dotb.gif

„TP”, Nr 16 (2806), 20 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2806/kultura04.php

"Stosunki Klary": Krystian Lupa czyta sztukę Dei Loher


Czynności daremne

Piotr Gruszczyński


Powierzchowne utożsamienie z bohaterką sztuki Dei Loher przychodzi wyjątkowo łatwo. Klara poszukuje tego, co obrzydliwie nazywamy samorealizacją, czasami spełnieniem, a w wyjątkowych okazjach kiedy myślimy, a nie kombinujemy, nasze życie - szczęściem.

Do szczęścia dziś niezbędne są dwa warunki: praca i miłość, zdaje się, że już w tej kolejności. Klara nie ma ani jednego, ani drugiego. Jest pożałowania godnym przykładem osobowości niszczonej przez plagę współczesności, czyli zdeterminowanie losu człowieka przez pracę, pozycję zawodową, a miłości przez cielesność. "Żeby moje życie nie okazało się na koniec zbędne" - to obsesyjne zdanie Klary. Jej największy lęk. Potrzeba odnalezienia tak zwanego sensu życia, nie poparta żadną predyspozycją osobowości.

W teatrze Krystiana Lupy Klara jest kolejną bohaterką, która zmaga się z potrzebą / koniecznością stworzenia dzieła. Ale tym razem nie ma powstać żadna księga, żadne "Studium o słuchu" ani "Wymazywanie". Klara podejmuje trud inny, z góry zresztą skazany na niepowodzenie: usiłuje uczynić dziełem swoje życie. Zupełnie nie wiadomo, jakiego rodzaju miałoby to być dzieło. Wiadomo jedno: ma być wielkie. Klara aspiruje do czegoś lepszego, zupełnie nie umiejąc spożytkować własnego pędu ani nadać mu jakiegokolwiek kierunku.


Implozja

Spektakl zaczyna się od ostrego dźwięku przypominającego zatrzaskiwanie ciężkiej żelaznej klapy. Klara (Maja Ostaszewska), utrzymująca się z pisania instrukcji obsługi sprzętu AGD, nagrywa na magnetofon kolejną instrukcję. Aktorka nonszalancko chwieje się w prostokącie światła rzucanego na środek sceny. Nagrywa tekst, wypadając co chwila w ciemność. Rozdrażnia, wprowadza rytm chaosu wzmocniony jeszcze ostrą, głupio rąbaną muzyką, która puentuje scenę.

Instrukcja obsługi żelazka nie jest zwykłą instrukcją. To jej parodia, drwina z pustosłowia żargonu tego rodzaju tekstów, zniechęcająca do prasowania w ogóle. To jawna prowokacja; Klara prowokuje swoje wyrzucenie z pracy. Uważa, że "ma prawo do ambitnej działalności, w której rozwijałaby się". I to tyle, jeśli chodzi o przemyślane czyny Klary. Cała reszta zdarzeń będzie raczej absurdalna, potoczy się poza kontrolą autorki dzieła - życia.

Jakkolwiek potrzeba stworzenia dzieła stawia Klarę w rzędzie z innymi bohaterami Lupy, to jednak jest coś, co zasadniczo ją od nich różni. Zwykle po wielkim przełomie następuje wielka przemiana, która powoduje odmianę losu bohatera, wyzwalając w nim dążenie, często będące celem samo w sobie. Powoduje powstanie programu pozytywnego, zmusza przynajmniej do podjęcia walki z własną niemożnością. Przełom jest rodzajem eksplozji. W przypadku Klary dzieje się odwrotnie. Wszystko, co stanie się po tym, kiedy z premedytacją sprowokowała swoje wyrzucenie z pracy, jest implozją. Żadnej pozytywnej przemiany. Przeświadczona, że stworzono ją do wyższych celów (niewiadomych nawet dla niej samej), Klara nabiera urazowego stosunku do świata. To jej podstawowy system nieudanych stosunków.


Dyskomfort

Pierwszy pomysł Klary to kredyt. Razem z Tomkiem, swoim chłopakiem (Sebastian Pawlak), udaje się do siostry (Aleksandra Konieczna) i szwagra (Mariusz Benoit), by prosić o pomoc w załatwieniu kredytu. Typowa dla Lupy scena konwersacyjna służy namnażaniu chaosu. Siostra zesztywniała z małżeńskiego nieszczęścia, szwagier gamoniowaty, stłamszony i znerwicowany. Siedzą przy okrągłym stoliku; Tomek i Klara nonszalancko rozpierają się na kanapie. Z sąsiedztwa dobiegają odgłosy awantury, choć tak naprawdę ta awantura współbrzmi jedynie z tym, co dzieje się na scenie. Tomek opowiada o swoim rzeźniczym wykształceniu i pracy handlarza starzyzną, żywiącego się ludzkimi odpadkami. Swobodnie kreśli niepatetyczną wizję przemijania.

Lupa metodycznie doprowadza widzów do stanu głębokiego rozdrażnienia. W następnej scenie Tomek zdradzi Klarę z dużo od siebie starszą Elżbietą (Maria Maj). Zrobi to w kościele modląc się do nieistniejącego świętego Judasza wziętego z dziecięcego pomylenia św. Judy Tadeusza. Klara znika ze sceny, wkracza na nią Japończyk, który zabiera ukrytą w kościelnej ławce martwą świnię. Ciało staje się mięsem, które mieszka między nami.

Drugi pomysł Klary to oddanie swego organizmu na użytek eksperymentów medycznych. Skończy się na oddaniu krwi, za co można dostać kilkadziesiąt marek. Klara zaczyna się nerwowo szamotać, brak pieniędzy zmusza ją do spuszczenia z tonu. Opieka nad dziećmi - może być. Wytrąceni z równowagi, powoli zaczynamy się orientować, że Klara nie jest poetką swojego życia. Nie jest damą z jednorożcem, którego emblemat widnieje na jej pretensjonalnej torbie noszonej na ramieniu. Jest przeciętną życiową idiotką. Właściwie nie ma powodu jej współczuć ani tolerować jej zarozumiałej głupoty. Ale przecież trzeba jej współczuć i odczuwać empatię z narastającą depresją. Oto cienka linia spektaklu Lupy, gry Ostaszewskiej i gry teatru z widzami, którzy czując się Klarą coraz bardziej, coraz mocniej muszą siebie za to nie lubić.


Przestrzeń kryzysu

Kiedy orientujemy się, że Klara nie nadaje się być może do niczego więcej niż pisania debilnych instrukcji? Może wtedy, kiedy krąży po pustej scenie mocno wybijając rytm obcasami i analizuje swoją sytuację, dochodząc do wniosku, że bycie bezrobotną to też jakaś możliwość? Albo zaraz potem, kiedy miota się od ściany do ściany, wykrzykując "nigdy więcej wojny", "nigdy więcej głodu". Klara jest nie do zniesienia tak samo jak pustka, która ją wypełnia, tak samo jak pustka, która wypełnia wszystkie inne postacie, tak samo jak pustka, która wypełnia widzów.

Lupa urządza stosunki Klary w fenomenalnej przestrzeni. To jedna z lepszych scenografii, jakie ostatnio widziałem. Po bokach sceny Teatru Rozmaitości ciągną się odrapane, liszajowate ściany: ciemnozielona, ciemnoczerwona. Przestrzeń ogranicza ruchome aluminiowe rusztowanie okryte błękitną folią (taką samą jak worki na śmiecie, które w norze Klary pełnią funkcję szaf). Na platformie ustawiane są przestrzenie Klary, jak w domu dla lalki: mieszkanie jej siostry, tani wynajęty pokój. Wszystko podporządkowane rygorowi funkcjonalności, wymuszonemu przez małą przestrzeń.

Owa przestawialność, modułowość przestrzeni prowadzi też do szybkiej relatywizacji stosunków Klary. Bycie tu czy tam, z tym czy z tamtym staje się coraz łatwiejsze. Poza tym wszystko dzieje się jawnie, żadnej metafizyki, o której mówi Klara z całą szczerością, że jej działanie zostało mocno zredukowane do paru chwil przedśmiertnej trwogi: "dotąd kwestionowana metafizyka zapędza wreszcie człowieka w kozi róg ostatnich dni". Raz tylko siostra Klary będzie opowiadać swój lesbijski sen prowokowana do zwierzeń butelką wody wpadającą przez okno, ale tę butelkę wrzuca na scenę sam reżyser. W tej przestrzeni nie ma się czego uchwycić. To nie są żadne wnętrza do życia. Raczej rodzaj hotelu, przestrzeni niczyjej, niszczącej nawet monolog wewnętrzny. Lupa zainstalował swych bohaterów w przestrzeni wrogiej człowiekowi, przestrzeni permanentnego kryzysu.


Ofiara?

Klara nawiązuje stosunki równoległe z poznanym w klinice Georgiem (Jacek Poniedziałek). Georg, żonaty, cynicznie wykorzystuje Klarę do nawiązania stosunków z Tomkiem - instaluje Klarę w trójkącie. Dochodzi do najbardziej chyba niezwykłej sceny w spektaklu: Klara klęczy nad milczącymi, nieruchomymi nagimi ciałami dwóch kochanków. Jak kapłanka składająca ofiarę, przepowiada ich szczęśliwy związek. Ale tylko zewnętrzność tej sceny dryfuje w stronę mistyczną. W rzeczywistości ten obrzęd także jest zupełnie pusty, uległ wyczerpaniu, zanim się rozpoczął.

W swej wędrówce do całkowitej niemiłości i obłędu Klara tworzy jeszcze jeden szczęśliwy związek: swojej siostry z Elżbietą. Sceny flirtu Ireny i Elżbiety to jedyne chwile beztroski w kilkugodzinnym procesie nawiązywania, a właściwie zamykania stosunków Klary. Irena zyskuje osobowość, uwalnia się z pancerza narzuconego kulturowym przymusem, małżeńską powinnością. Elżbieta odesłana na wcześniejszą emeryturę, czyli kolejny homo faber wtrącony do piekła bezczynności, przestaje być demoniczną uwodzicielką, zyskuje ciepło, którego szukała.

Elżbieta walczyła z niemiłością wydając jej symboliczną walkę w scenie, w której próbowała rozbić nietłukące się serce. Czerwony znak miłości uderzał z głupim plaśnięciem o ściany. Twarde serce, "skórzane serce z małpiej skóry" (nagły zwrot tekstu i spektaklu ku symbolizmowi!), trzeba rozbić, odrzucić. Klara, niezdolna do ofiar, składa je zupełnie mimowiednie. Czyni ofiarę z siebie. Zamykając własne nieudane stosunki otwiera innym szczęśliwe perspektywy. Nie może tylko zostać kapłanką własnego losu. Nawet kiedy zachodzi w ciążę z Tomkiem i Georgiem jednocześnie, próbując mistycyzować swój los, popada w brednię.

Stosunki Klary wyznaczają dwa wektory: jej miłości i jej pracy. Oba opadają w daremne czynności spotykając się w chwili, gdy Klara idzie do łóżka z przygodnie napotkanym facetem - jak zwykła prostytutka. Od tego momentu oba razem polecą gwałtownie w otchłań obłędu. W ostatniej scenie Klara pełznie po podłodze jak tonący pływak. Dociera do ściany, do której przykleja nietłukące serce. Serce zaczyna pulsować czerwonym światłem. Goreje. Klara ofiarowała siebie. Ale czy można się ofiarować nieświadomie? Ostatnie zdanie dobiegające z głębi sceny: "Żeby moje życie nie okazało się na koniec zbędne".

*

W "Stosunkach Klary" teatr Krystiana Lupy nabrał nowego odcienia. Nazwałbym go odcieniem Rozmaitości. Ten teatr, który stworzył swoją odrębność stylistyczną, narzucił ją Lupie. Myślę zresztą, że za zgodą reżysera, który sięgnął po tekst młodej pisarki, wystawił go po Pawle Miśkiewiczu, z aktorami Rozmaitości. Nie do końca potrafię ów odcień zdefiniować. Sporo w nim dystansu do spraw granych na scenie, co powoduje, że przedstawienie nie ma tak mocnej psychologicznej głębi, charakterystycznej dla teatru Lupy. Sprzyja to prezentacji stosunków Klary.

Spektakl w gruncie rzeczy okazuje się ponurą komedią egzystencji. Gatunkiem dziś nieomal realistycznym. Komedią drastyczną i nieprzyjemną. Bo skoro powiedzieliśmy, że Klara to ja, nie możemy być zachwyceni naszymi stosunkami, uzależnieniem od pracy, uwikłaniem w niemiłość. Ale mimo że drażniąca, ciągle jest to komedia. Choć może sama Klara, która walcząc z nijakością coraz bardziej się w niej pogrąża, jest postacią tragiczną? Jeśli tak, to wszyscy jesteśmy tragiczni, tyle że bardzo idiotycznie.



"Stosunki Klary", na podstawie sztuki Dei Loher "Przypadek Klary", reżyseria i scenografia: Krystian Lupa, kostiumy: Magdalena Maciejewska, muzyka: Jacek Ostaszewski, premiera w Teatrze Rozmaitości w Warszawie 5 kwietnia 2003.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl