adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 16 (2806)
20 kwietnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.tygodnik.onet.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Portret Jerzego Andrzejewskiego w 20. rocznicę śmierci


Czyściec mój będzie trwał długo

Tomasz Potkaj



Jerzy Andrzejewski z córką Agnieszką
rok 1981
Fot. Anna Beata Bohdziewicz
Przed wojną okrzyknięto go nadzieją polskiej literatury katolickiej. Po wojnie został piewcą nowego systemu. Od komunizmu odszedł jako jeden z pierwszych, w latach 70. związał się z opozycją demokratyczną, był członkiem KOR. Stał się autorytetem moralnym, choć prywatnie raczej nie nadawał się na wzór. 19 kwietnia przypada 20 rocznica jego samotnej śmierci; miał wtedy 74 lata.

Ostatniego dnia życia przed południem zadzwonił do zaprzyjaźnionej z nim Ireny Szymańskiej, jak to czynił od lat. "Masz być wesoła - powiedział - bo wesołość bardzo pomaga w życiu". Następnego dnia do Szymańskiej zadzwoniła jego córka Agnieszka z informacją, że ojciec nie żyje. Wylew. Jego ciało znalazła Urszula, gospodyni, która od 30 lat codziennie przychodziła posprzątać mieszkanie.


Był 20 kwietnia 1983 roku.
"Co z ciebie da owoce..."


W styczniu 1982 Jerzy Andrzejewski zanotował w "Dzienniku": "Cóż ze swoim życiem uczyniłeś? Dobrze je przeżyłeś, źle, czy przeciętnie, a nawet kulawo? Co mogłeś i z winy własnej nie dotrwałeś. Co z ciebie da owoce, co poszło na marne". "Jeszcze nie umiem myśleć o umieraniu i śmierci rozważnie, ze spokojem zgody i przyzwolenia" - pisał wiosną 1981 w tekście wydrukowanym później w "Tygodniku Powszechnym".

Książki Jerzego Andrzejewskiego:

"Drogi nieuniknione". Opowiadania (1936); "Ład serca" (1938); "Noc". Opowiadania (1945); "Święto Winkelrieda" (widowisko, 1946, z J. Zagórskim); "Popiół i diament" (1948); "Aby pokój zwyciężył!" (1950); "O człowieku radzieckim" (1951); "Ludzie i zdarzenia 1951" (1952); "Partia i twórczość pisarza" (1952); "Ludzie i zdarzenia 1952" (1953); "Wojna skuteczna czyli Opis bitew i potyczek z Zadufkami", t. 1 (1953; tomu 2 nie było); "Książka dla Marcina" (1954); "Złoty lis" (opowiadania, 1955, wyd. poszerz. 1956); "Ciemności kryją ziemię" (1957); "Niby gaj". Opowiadania 1933-1958 (1959, wyd. poszerz. 1967); "Bramy raju" (1960); "Idzie skacząc po górach" (1963); "Apelacja" (1968); "Prometeusz" (widowisko, 1973); "Teraz na ciebie zagłada" (1976); "Już prawie nic" (1979); "Miazga" (NOWA 1979, Londyn 1981); "Nowe opowiadania" (1980); "Nikt" (1983); "Gra z cieniem". Dziennik literacki (1987); "Z dnia na dzień". Dziennik literacki 1972-1979 (1988).
Po raz ostatni wystąpił publicznie w listopadzie 1981 roku w Domu Literatury, gdzie czytał fragment "Miazgi" poświęcony pogrzebowi Pawła Jasienicy. 11 grudnia 1981 pojawił się na Kongresie Kultury Polskiej, ale nie zabierał już głosu. Odtąd właściwie nie opuszczał mieszkania na pierwszym piętrze przy Świerczewskiego (dziś al. Solidarności) 53 m. 5, naprzeciwko parku praskiego. Ze światem komunikował się głównie przez telefon. Przez ostatnie dwa lata prawie nikt go też nie odwiedzał.

Był starym, schorowanym człowiekiem. Po przebytym wylewie prawie zupełnie stracił wzrok. Nie mógł już pisać ani czytać, próbował dyktować córce nową powieść, która miała nosić tytuł "Heliogabal", o romansie rzymskiego cesarza z niewolnikiem, ale nie skończył jej, podobnie jak opowiadania "Elegia", nad którym pracował wcześniej.

W nekrologu Andrzejewskiego zredagowanym przez prezydium zawieszonego Związku Literatów Polskich czytamy: "pisarz, wielki autorytet moralny, sumienie polskiej literatury współczesnej". Pogrzeb 26 kwietnia na Cmentarzu Powązkowskim zamienił się w patriotyczną manifestację: dwa tysiące uczestników odśpiewało hymn, niektórzy unieśli w górę dwa palce w znaku zwycięstwa. Jacek Bocheński w mowie pogrzebowej powiedział: "Nie byłbyś napisał swoich niezwykłych książek, z których każda jest niepodobna do innych, i nie byłbyś dokonał niezwykłych aktów publicznych, z których każdy jest niepodobny do innych, gdyby wielorakość nie leżała w twojej naturze (...). W umiejętności zmieniania się była prawdopodobnie istota twojego talentu".

Zaprzyjaźnionego z Andrzejewskim reżysera Filipa Bajona wiadomość o śmierci pisarza zastała w Zakopanem. Zapamiętał, że telewizja po informacji o tej śmierci zamiast zdjęcia Andrzejewskiego pokazała przez pomyłkę radzieckich kosmonautów idących w stronę rakiety. - To był żart w stylu Jerzego. Myślę, że bardzo by go rozbawił - mówi dziś. Mszę żałobną odprawiał w kościele Wizytek ksiądz Jan Twardowski. Andrzejewski, który stracił wiarę w czasie wojny, mówił o sobie pod koniec życia, że jest laickim chrześcijaninem.


Pisarz katolicki

Styczeń 1939, Warszawa. 30-letni Jerzy Andrzejewski otrzymuje nagrodę Polskiej Akademii Literatury za "Ład serca". Powieść powstała pod wyraźnym wpływem Georgesa Bernanosa, jej bohaterem jest ksiądz w małej wsi, a fabuła skupia się wokół konfliktów moralnych. Krytycy okrzyknęli książkę "pierwszą prawdziwą powieścią katolicką", a jej autora - pisarzem katolickim. "Wysoki, chudy młodzieniec w rogowych okularach" - jak opisywał go Miłosz w "Zniewolonym umyśle" - starał się dobrze zagrać tę rolę. Gombrowicz drwił z ostentacyjnie okazywanej religijności Andrzejewskiego, pytając w kawiarni Zodiak: "Jerzy, jak się miewa Pan Jezus?" (na co Andrzejewski odpowiedzieć miał: "dziękuję, dobrze i serdecznie ciebie pozdrawia"). Wkrótce potem autor "Ładu serca", przez kilka lat publicysta prawicowego "Prosto z Mostu", otrzymał nagrodę czytelników liberalnych "Wiadomości Literackich", dołączając do literackiego Parnasu.

- Poznałem go, kiedy był już znany i sławny, na jakimś balu w gmachu Konserwatorium - opowiada młodszy o 5 lat Ryszard Matuszewski. - Bardzo mi imponowało, że znany pisarz poświęca czas początkującemu poecie i krytykowi, więc piłem kolejne kieliszki wódki, które skwapliwie mi dolewał, tak, że w końcu mnie upił.

Andrzejewski przez pewien czas związany był ze środowiskiem Lasek, skupionym wokół Zakładu dla Ociemniałych prowadzonego przez siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża. Opiekunem duchowym zgromadzenia był ksiądz Władysław Korniłowicz, którego duchowość, czerpiąca z wzorców francuskich, wywierała spory wpływ na środowiska odległe od Kościoła, także poprzez kwartalnik "Verbum".

W zapiskach "Z dnia na dzień" drukowanych w latach 70. w "Literaturze", Andrzejewski wspominał wieczór sylwestrowy 1937/38 i wrażenie, jakie zrobiło na nim spotkanie z Korniłowiczem oraz odbyte w Laskach rekolekcje wielkopostne. Miłosz, który również uczestniczył w tych rekolekcjach, pisał po latach, że mimo powoływania się na tomizm i Maritaina katolicyzm Andrzejewskiego był maską: dzięki pojęciom "grzechu" i "łaski" pisarz mógł budować w swojej prozie konflikty moralne. On sam twierdził potem, że jego wiara trwała tyle, ile było potrzeba do napisania "Ładu serca". Rozejście nastąpiło w pierwszych latach okupacji. "W maju i czerwcu 1940 roku pisałem "Siedem próśb Ojcze nasz", ostatni wydech wygasającego we mnie katolicyzmu" - notował w dzienniku.


Odwaga i szczęście

- Pamiętam dobrze wszystkie jego okupacyjne mieszkania w Warszawie - wspomina Matuszewski. - Odwiedzałem go w garsonierze Iwaszkiewicza przy ulicy Trębackiej, na Nowiniarskiej i Bielanach, gdzie mieszkał z żoną i synem. Pamiętam też dyskusję nad jego opowiadaniem "Przed sądem", która odbyła się wiosną 1942 w moim mieszkaniu przy Krasińskiego, a w której oprócz autora i mnie uczestniczyli Kott, Miłosz, Jastrun, Stefan Żółkiewski i Władysław Bieńkowski. To opowiadanie, historia chłopaka aresztowanego przez gestapo, który bojąc się umierać samotnie wydaje najbliższego przyjaciela, a ten przebacza mu stojąc przed plutonem egzekucyjnym, nie bardzo nam się podobało, ale było typowe dla tego okresu twórczości Andrzejewskiego, który zerwał z katolicyzmem, ale nadal bardzo interesował się problemami psychologicznymi.

Z okien mieszkania przy Nowiniarskiej, nieopodal Placu Krasińskich, Andrzejewski oglądał karuzelę opisaną przez Miłosza w "Campo di Fiori". Kilkaset metrów dalej wznosiły się mury getta. W maju 1943 roku, kiedy zginęli lub wyszli kanałami ostatni bojownicy getta i kiedy hitlerowcy wysadzili w powietrze Wielką Synagogę przy Tłomackiem, Andrzejewski, mieszkający już na Bielanach, zaczął pisać pod bezpośrednim wpływem wydarzeń "Wielki Tydzień", którego głównym tematem jest Zagłada. Opublikowane po wojnie opowiadanie znacznie różni się od pierwowzoru. Ryszard Matuszewski, który znał pierwszą wersję, twierdzi, że Andrzejewski przerobił "Wielki Tydzień" pod wpływem krytycznych uwag Jana Kotta, tuż po wojnie czołowego publicysty "Kuźnicy". Pisarz wielokrotnie będzie przerabiał także inne prace: "Popiół i diament", "Miazgę". "Chciał, żeby ktoś nim kierował. Potrzebował feudała" - powie po latach Szymańska.

Z okupacyjnych wspomnień o Andrzejewskim najważniejsze dotyczą jego odwagi. Miał odwagę nie podać ręki kolaborującemu z Niemcami literatowi Janowi Emilowi Skiwskiemu, a znajomym powtarzał, że przed łapanką chroni go parasol. Z tą samą odwagą w latach 60. i 70. podpisywać będzie kolejne listy protestacyjne przeciwko polityce władz PRL. W gronie przyjaciół powie jednak kiedyś (co zanotował w swoim dzienniku Krzysztof Mętrak), że był dzieckiem szczęścia: wojna go tylko musnęła, nigdy nie zaznał przemocy fizycznej, nie miał w ręku karabinu.

Utrzymywał się z zaliczek wypłacanych przez podziemne instytucje i pośredniczył w rozdzielaniu tych środków pomiędzy innych pisarzy. W mieszkaniu Miłosza przy ulicy Dynasy składał jego okupacyjny tomik poezji wydany pod pseudonimem Jan Syruć. Miłosz i Andrzejewski pisali do siebie długie listy (opublikowane w latach 90.), w których wiedli filozoficzne i religijne dyskusje. Łączyło ich też podobne poczucie humoru. Jan Kott zanotował scenę, która przeszła do legendy: nad ranem, po nocnym pijaństwie w jednym z mieszkań okupacyjnej Warszawy, Miłosz i Andrzejewski klęczą obok siebie tocząc pojedynek na miny, jak Syfon i Miętus w "Ferdydurke". Kiedy Miłosz na koniec zrobił minę Pana Boga, Andrzejewski poddał się i padł na ziemię.


"Zaćma i katarakta"

W październiku 1945 r. 36-letni Andrzejewski został prezesem krakowskiego oddziału Związku Zawodowego Literatów Polskich. Do Krakowa przyjechał z Zakopanego, dokąd trafił po wyjściu z Warszawy w czasie powstania. Wraz z rodziną - żoną Marią, synem Marcinem (ur. 1943) oraz córką Agnieszką - zamieszkali w domu literatów przy Krupniczej 22.

Wiosną 1947 tygodnik "Odrodzenie" drukuje w odcinkach powieść "Zaraz po wojnie", która później ukaże się jako "Popiół i diament". Andrzejewski otrzyma za nią nagrodę "Odrodzenia" i będzie to jego najsłynniejsza książka, lektura szkolna przez 40 lat. On sam jednak nie był z niej dumny. W rozmowie z Jackiem Trznadlem jesienią 1981 roku powie, że od 1957 roku, czyli od czasu pisania scenariusza do filmu Wajdy, nigdy do "Popiołu i diamentu" nie zajrzał, choć skądinąd wiadomo, że często wracał do swoich dawnych tekstów.

W styczniu 1950, rok po szczecińskim zjeździe ZLP, na którym zadekretowano "konieczność świadomego udziału pisarzy w budowie socjalizmu w Polsce" Andrzejewski opublikował w "Odrodzeniu" tekst "Wyznania i rozmyślania". Była to samokrytyka, w której swoją przedwojenną twórczość nazwał "bełkotem", a "Popiół i diament" uznał za nie dosyć zaangażowany. Kilka miesięcy później wstąpił do partii. Kiedy sekretarz organizacji partyjnej stwierdził, że zaszczytem dla partii jest mieć w swoich szeregach tej rangi pisarza, zerwał się Wiktor Woroszylski mówiąc, że to Andrzejewski powinien być dumny z tego, że partia chce go w ogóle przyjąć. Woroszylski zapamiętał, że Andrzejewski zareagował tak, jakby pragnął tego poniżenia.

Pisarz, który mieszkał wtedy w Szczecinie, w poniemieckiej sześciopokojowej willi wyremontowanej na koszt miasta, włączył się w budowę nowego ustroju. W cotygodniowych felietonach dla "Głosu Szczecińskiego" (wydanych później pt. "Ludzie i zdarzenia") piętnował "amerykańskich imperialistów" i Watykan. W jednym z nich uchylił rąbka rodzinnej prywatności opisując, jak jego dzieci śpiewają przed zaśnięciem na dwa głosy "Międzynarodówkę", "Czerwony sztandar", "Naprzód młodzieży świata" i "Miliony rąk".

Z tego okresu pochodzi książka "Partia i twórczość pisarza". W rozdziale "Czego chce od nas partia" czytamy: "Światopoglądem, który pozwala pisarzowi poznawać, wartościować i kształtować obiektywną rzeczywistość, jest światopogląd klasy robotniczej: materializm dialektyczny (...). Partia uczy nas humanizmu socjalistycznego, żarliwości ideologicznej (...). Partia uczy nas partyjności". W książce 14 razy pojawia się nazwisko Lenina, 9 - Bieruta, 8 - Stalina, 7 - Marksa, 5 - Engelsa, 3 - Bermana.

Pisarz został też działaczem społecznym: był członkiem zarządu głównego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, przewodniczącym Wojewódzkiego Komitetu Obrońców Pokoju, członkiem Miejskiej Rady Narodowej, prezesem szczecińskiego oddziału ZLP, od 1952 roku posłem na Sejm. W 1950 roku uczestniczył w pochodzie pierwszomajowym na Placu Czerwonym, był gościem zjazdu pisarzy NRD i uczestnikiem Kongresu Obrońców Pokoju w Sofii.

"Książki, które napisał w tym czasie, nie miały sensu i nic po nich nie zostanie. Kompletnie niszczył siebie jako pisarza - oceniał na początku lat 90. Woroszylski. - Ale Jerzy zawsze musiał mieć głęboką motywację tego, co robi. Musiał mieć ideologię, religię". Sam Andrzejewski nazwał po latach ten stan "zaćmą i kataraktą". W innym miejscu zapisał jednak, że czas ten był jedynym okresem w jego życiu, w którym nie doświadczał żadnych niepokojów egzystencjalnych i był naprawdę szczęśliwy.


Otrzeźwiające omdlenie

Andrzejewski był jednym z pierwszych ludzi pióra zaangażowanych w komunizm, którzy zaczęli od niego odchodzić. Po latach wyzna: "Jako człowiek fideizmu marksistowskiego należałem do partii tylko do 1953 roku".

17 listopada 1952 roku na uroczystym wieczorze z okazji 40-lecia pracy literackiej Marii Dąbrowskiej Andrzejewski, będący u szczytu politycznej kariery, wygłasza przemówienie. Przemawiając dostrzega w pewnej chwili, że Janina Broniewska, sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej przy ZLP, pochyla się do Pawła Hoffmana, kierownika wydziału kultury KC PZPR, i szepce mu coś do ucha. Ogarnięty paraliżującym strachem, że powiedział coś niezgodnego z aktualną linią partii, Andrzejewski osuwa się nieprzytomny na mównicę. Irena Szymańska odwozi go do hotelu Bristol (nie miał jeszcze mieszkania w Warszawie), on nazajutrz opowiada jej całe zdarzenie (opisuje je także Dąbrowska w "Dziennikach").

"Od tego zemdlenia coś się w nim jakby ocknęło - pisała po latach Szymańska. - Nie chciał jeszcze z partii wystąpić, ale już chciał ją reformować (...). W 1954 roku w Zakopanem przeczytał Karolowi Małcużyńskiemu i mnie "Wielki lament papierowej głowy" (...). Dobrze wiedziałam, że Jerzy będzie teraz innym człowiekiem".

"Wielki lament papierowej głowy", zatrzymany przez cenzurę, ukazał się dopiero w 1956 roku. Wcześniej opowiadanie krążyło w maszynopisie po Warszawie, Andrzejewski czytał je wielokrotnie przy różnych okazjach. Jacek Bocheński, który pracował wtedy w redakcji "Przeglądu Kulturalnego" (redaktorem naczelnym był Andrzejewski), pamięta nabożeństwo, z jakim pisarz celebrował lekturę. Czytanie własnych tekstów znajomym z prośbą o opinię (najlepiej pochlebną) było jego słabością, przejawem próżności. Ale odchodzenie od ideologicznego szaleństwa było bolesne.

Zaprzyjaźniony z Andrzejewskimi kompozytor Zygmunt Mycielski opisał w dzienniku pod datą 4 kwietnia 1955 wstrząsającą scenę: "Koło 23-ciej zapukał Andrzejewski. Powiedział: jest mi tak źle, że nie wiedziałem, co robić. Zaczął płakać (...). Myślał, że przyjęcie panującej linii partii będzie jak nawrócenie, jak chrzest i on będzie busolą moralną partii (...). Dał slogan, gorliwość, upajał własne ambicje kilkoma stanowiskami. Wszystko oczywiście na nic".

W ostatniej scenie "Ciemności kryją ziemię", rozrachunkowej powieści Andrzejewskiego pisanej od grudnia 1955 do kwietnia 1957, główny bohater, Diego, człowiek o żarliwej wierze i czystej duszy, przekonany wcześniej do nowej doktryny i konieczności ponoszenia ofiar w jej imię, nagle dowiaduje się, że to, w co wierzył, było szaleństwem i zbrodnią. W symbolicznym geście bezsilnej rozpaczy uderza w twarz swego zmarłego mistrza Torquemadę. Czy ten gest uczynił go wolnym?


Od pożegnania do zerwania

Od nocnej wizyty u Mycielskiego Andrzejewski potrzebował jeszcze ponad dwóch lat, by pożegnać się z partią. Zrobił to w listopadzie 1957 roku wraz z grupą pisarzy: Pawłem Hertzem, Adamem Ważykiem, Mieczysławem Jastrunem, Juliuszem Żuławskim i Janem Kottem, po rozwiązaniu zespołu miesięcznika "Europa", którego miał być redaktorem naczelnym (przygotowano trzy numery, żaden się nie ukazał). Legitymację partyjną nr 1 436 996 złożył na ręce Jana Strzeleckiego, ówczesnego szefa POP przy ZLP, wraz z krótkim listem: "Od dłuższego czasu moja przynależność do Partii stała się tylko formalna. (...). Nie byłem, nie jestem i nie chcę, zwłaszcza po Październiku, być uważanym za przeciwnika politycznego (...) [ale] nie mogę być [też] uważany za pisarza partyjnego".

Gomułka zareagował emocjonalnie stwierdzając, że wystąpienie z partii grupy "Europy" jest dla niego nożem w plecy. Biuro Polityczne podjęło uchwałę, w myśl której eks-partyjnych pisarzy miano traktować jak przeciwników politycznych.

Pewnego grudniowego wieczora 1963 roku w gabinecie Jerzego Andrzejewskiego w jego pięciopokojowym mieszkaniu na Pradze spotkało się kilkanaście osób, wśród nich Maria Dąbrowska, Melchior Wańkowicz, Paweł Jasienica i Jerzy Zawieyski. Chcieli wspólnie naradzić się, w jaki sposób zareagować na coraz bardziej restrykcyjną politykę kulturalną władz. Myśleli o obszernym memoriale, ale zamiast niego powstały w końcu dwa zdania, domagające się zmiany polityki kulturalnej "w duchu praw zagwarantowanych przez Konstytucję Państwa Polskiego i zgodnych z dobrem narodu". Przy słynnym stoliku w Czytelniku napisał je w marcu 1964 Antoni Słonimski, a Jan Józef Lipski, wówczas pracownik naukowy Instytutu Badań Literackich PAN, zaczął zbierać podpisy pod listem, adresowanym na ręce prezesa Rady Ministrów.

Sygnatariuszy zebrało się trzydziestu czterech (stąd nazwa: List 34), na miejscu czternastym znalazło się nazwisko Andrzejewskiego. 14 marca Antoni Słonimski dostarczył list do Urzędu Rady Ministrów, trzy dni później o sprawie poinformowała Wolna Europa. Władze zareagowały z wściekłością: nazwiska sygnatariuszy zniknęły z mediów, odmawiano im paszportów, nie organizowano wieczorów autorskich.

W maju na spotkaniu z władzami ZLP Gomułka zastanawiał się nad fenomenem ideowych wyborów Andrzejewskiego. "Był człowiek katolikiem. Potem stał się, jak twierdzi, marksistą. Odszedł, by znów szukać czegoś innego. Przecież to nie żadna ewolucja, tylko brak jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego". Jednak dla studentów zbierających pod koniec stycznia 1968 podpisy pod protestem przeciwko zdjęciu "Dziadów" w Teatrze Narodowym Andrzejewski był właśnie autorytetem moralnym. To u niego i u Kazimierza Brandysa złożono kopie petycji; oryginały trafiły do Sejmu.


Wielki rok 1968

Był jednym z ośmiu pisarzy, którzy podpisali list do rektora UW w obronie studentów represjonowanych za udział w demonstracji przed pomnikiem Mickiewicza 30 stycznia 1968 roku. 29 lutego na słynnym zebraniu warszawskiego oddziału ZLP mówił o niszczeniu polskiej kultury.

Po pobiciu Stefana Kisielewskiego przez "nieznanych sprawców" za wypowiedź o "dyktaturze ciemniaków", Andrzejewski przestał wychodzić z domu. - Siedział i czytał Balzaca, którego pełne czytelnikowskie wydanie dostarczyła mu moja żona Irena Szymańska - opowiada Matuszewski. - Potem dzwonili do siebie i rozmawiali o Eugenii Grandet i ojcu Goriot, jakby kpiąc z podsłuchujących ich ubeków, którzy musieli podejrzewać w tym jakiś szyfr.

To był wielki rok Andrzejewskiego. Jesienią 1968 Instytut Literacki w Paryżu opublikuje jego "Apelację", której nie puściła wcześniej krajowa cenzura. Będzie pierwszym pisarzem z kraju, który zdecydował się wydać książkę w Paryżu pod własnym nazwiskiem. Będzie też jedynym pisarzem zamieszkałym w Polsce, który zaprotestuje przeciwko wkroczeniu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji, kierując we wrześniu 1968 list otwarty do Eduarda Goldstueckera, prezesa Związku Pisarzy Czechosłowackich (na podobny protest zdobędzie się tylko kompozytor Zygmunt Mycielski). - To był gest wielkiej odwagi - mówi dziś Jacek Bocheński. - Ani ja, ani nikt z moich kolegów nie mieliśmy jej wtedy wystarczająco wiele.

W 1971 roku Andrzejewski podpisuje list wzywający władze do złagodzenia drastycznych wyroków w procesie przywódców organizacji Ruch, cztery lata później weźmie udział w kampanii przeciwko wprowadzeniu do konstytucji PRL zapisu o sojuszu z ZSRR. Znajduje się wśród założycieli Komitetu Obrony Robotników, wchodzi do redakcji "Zapisu", pierwszego pisma kulturalnego wydawanego poza cenzurą. W 1976 roku, w wywiadzie udzielonym zachodnioniemieckiemu dziennikarzowi powie otwarcie: "Jestem przeciwnikiem tego systemu w jego radzieckim wydaniu".

Antoni Libera, który zaprzyjaźnił się z Andrzejewskim właśnie wtedy (pisarz uczynił go nawet jednym z bohaterów "Miazgi"), mówi dziś: - Cena, jaką zapłacił za list do Goldstueckera, była naprawdę ogromna. Po 68 roku przez cztery lata miał bezwzględny zakaz druku, przestano mu nawet wznawiać "Popiół i diament", po wielu miesiącach robienia złudnych nadziei nie wydano "Miazgi". To miało go, po pierwsze, zniszczyć finansowo, bo w tym czasie on nie miał w Polsce żadnych źródeł dochodu (wyłącznie z honorariów za zagraniczne wydania), a po drugie zniszczyć jako autora. Bo Andrzejewski był pisarzem, który łatwo popadał w kryzys twórczy, więc niemożność druku stawała się dlań usprawiedliwieniem niepisania w ogóle, utrwalała stan inercji, znacznie osłabiała dyscyplinę intelektualną. Władze komunistyczne, zwłaszcza te od kultury, dobrze o tym wiedziały.


"Tragiczna przygoda"

Ale były też działania bardziej brutalne: głuche telefony, cegła przysłana w paczce, książki zwracane przez rzekomych czytelników. I sporządzony na Rakowieckiej w roku 1976, po przystąpieniu Andrzejewskiego do KOR, apel ze sfałszowanym podpisem pisarza, w którym domagać się miał w imieniu własnym i przyjaciół szczególnych praw dla homoseksualistów. Ta próba zdyskredytowania była dla Andrzejewskiego szczególnie bolesna. Nigdy nie ukrywał swojego homoseksualizmu, opowiadał przyjaciołom o swoich związkach, ich ślady można też znaleźć w "Dzienniku".

- Z Andrzejewskim jako autorytetem liczyliśmy się i na Andrzejewskiego zawsze można było liczyć - opowiada Jacek Bocheński, w latach 70. zaangażowany w działalność opozycyjną. - Podpisywał wszystkie ważne listy protestacyjne, choć raczej nie był ich inicjatorem. Był też jeden warunek: trzeba było pójść do niego odpowiednio wcześnie, dopóki butelka czerwonego wina egri bikaver nie była jeszcze opróżniona.

Irena Szymańska nazwała alkoholizm Andrzejewskiego "tragiczną przygodą". Miał z nim kłopoty od dawna, poddawał się kuracjom odwykowym, które jego rodzina nazywała "odlakierowaniem" i które zresztą bywały inspirujące: podczas pobytu na oddziale odwykowym przyszedł mu do głowy pomysł "Apelacji". Jego stan pogorszył się po śmierci żony (zmarła w 1970 roku). Neurochirurg Jerzy Szapiro, który go wtedy badał, powiedział Szymańskiej: "Mogę spróbować go leczyć, ale uprzedzam: wyleczony może stracić talent. U niego jest to sprzęgnięte".

Wspomina Julia Hartwig: - Jerzy uważał, że jest wielkim pisarzem, że ma do spełnienia misję. To poczucie misji rosło wraz z jego angażowaniem się w ruch opozycyjny. Chciał być autorytetem, choć bardzo dobrze widział swoją sytuację. Często powtarzał, że to zaufanie zawodzi. Potrafił też kpić z samego siebie. Mówił na przykład: "Jakim ja jestem wspaniałym pisarzem", a chwilę potem dodawał: "ale takim, co się źle prowadzi. I jak ktoś taki ma być autorytetem?". Było w nim sporo megalomanii, ale miał wielkie poczucie humoru. Marysia, żona Jerzego, była dobrym duchem tego małżeństwa. On zachowywał się wobec niej bardzo poprawnie: pisał do niej czułe listy z Paryża. Starali się utrzymywać pozory normalności, choć przyzwyczajenia i tryb życia Jerzego nie mogły pozostać bez wpływu na życie rodziny.

- To był całkiem zwyczajny, trochę mieszczański dom bez nadmiernego kultu ojca - wspomina Agnieszka Andrzejewska. - Mama nie była zresztą wyłącznie żoną pisarza, przez wiele lat miała własne zawodowe życie. Oczywiście to na jej barkach spoczywał główny ciężar wychowania dzieci, to ona prowadziła domowy budżet, zapisując wszystkie wydatki starannym pismem w grubych zeszytach, gotowała znakomite obiady, mimo że zawsze mieliśmy gosposię. Ale była też dla ojca partnerem, pierwszym czytelnikiem wszystkich jego tekstów. O tym, jak bardzo byli związani, przekonałam się dopiero po jej śmierci, którą ojciec bardzo przeżył. Wtedy właśnie on, rodowity warszawiak, zaczął wymawiać dźwięczne "h", jak ludzie z Kresów, i mówił tak do końca życia, dokładnie tak jak mama, która była z pochodzenia Ormianką.


Mann na biurku

- Zacząłem się pojawiać u Andrzejewskiego chyba pod koniec lat 60. - wspomina Filip Bajon, spokrewniony z żoną pisarza (to w pensjonacie ciotki Bajona w Zakopanem Andrzejewscy spędzili ostatnie miesiące okupacji) - Dawałem mu do oceny moje teksty. Zawdzięczam mu debiut: wysłał moją powieść "Białe niedźwiedzie nie lubią słonecznej pogody" Irenie Szymańskiej, umówił mnie z nią na pierwszą rozmowę. Rozmawiał ze mną o literaturze, polityce, filmie. Bardzo lubił kino, a Chaplina uważał za jednego z największych artystów XX wieku. Miał bardzo złośliwe komentarze polityczne. Pamiętam, że wyciął z "Trybuny Ludu" zdjęcie ośmiu przywódców demoludów stojących na Kremlu i zabawnie komentował tę scenę.

Julia Hartwig: - Jerzy bardzo dbał o swój wygląd. Często kupował ubrania za granicą, pytał o opinię na temat płaszcza, koszuli czy krawata. Był pedantem. Na jego biurku panował zawsze idealny porządek. Mówił, że nieporządek go rozprasza.

Trochę inaczej zapamiętała to córka pisarza: - Ojciec nie cierpiał krawatów i garniturów, w ostatnich latach życia miał swoje jedne ulubione spodnie i jedną koszulę, z którymi właściwie się nie rozstawał. Ale nie wyobrażał sobie, że może wyjść z domu nieuczesany, w pewnym momencie zaczął używać lakieru do włosów, żeby wiatr nie zniszczył mu ułożonej fryzury. Miał swoje dziwactwa: czekoladki w szufladzie biurka, pieniądze, które wkładał między kartki książek i potem nie potrafił ich znaleźć.

Andrzejewski pracował zwykle rano. Jeśli miał pomysł, pisał szybko, ręcznie, drobnym pismem, poprawiał, skreślał, potem przepisywał to na maszynie. Lubił pisać w domu pracy twórczej w Oborach, gdzie często zajmował apartament numer 9, dwupokojowy, z własną łazienką. Nad łóżkiem w jego domowym gabinecie wisiała martwa natura Artura Nachta-Samborskiego, wszystkie ściany pokoju były zabudowane półkami z książkami (te półki do dziś stoją w mieszkaniu córki pisarza). Książki ulubionych autorów - Tołstoja, Gide'a, Manna i Prousta - trzymał nad telewizorem, potem przeniósł je na półkę nad łóżkiem. Na biurku zawsze znajdował się nóż do przecinania kartek i paczka francuskich papierosów, nawet wtedy, gdy już rzucił palenie.

Przez wiele lat na biurku Andrzejewskiego stało zdjęcie Tomasza Manna, jego największego mistrza. - Pewnego razu Jerzy w napadzie wściekłości zrzucił zdjęcie na podłogę i nigdy go już nie odstawił na miejsce - opowiada Julia Hartwig. - Może było to poczucie, że nigdy Mannowi nie dorówna, a może zawód po przemyśleniu jego prozy czy lekturze listów? Do dziś jest to dla mnie zagadka.


Dni przedostatnie

Filip Bajon: - Pod koniec lat 70. przestał wychodzić z domu. Właściwie nie wiadomo dlaczego, bo fizycznie trzymał się jeszcze całkiem nieźle. Wcześniej można było umówić się z nim w którejś z knajp leżących na jego szlaku: Kamiennych Schodkach, Bristolu, SPATIF-ie. A potem już tylko chodziliśmy do jego mieszkania, opowiadaliśmy mu, co się dzieje na świecie. On już tego świata nie dotykał. Patrzył na świat schowany za firanką swojego pokoju.

Jacek Bocheński, który po Wiktorze Woroszylskim przejął prowadzenie "Zapisu", opowiada: - Na początku Jerzy bardzo angażował się w pracę redakcji. Dawał teksty, drukowaliśmy fragment jego "Miazgi". Potem było już gorzej. Tekst na 60. rocznicę odzyskania niepodległości powstawał tak długo, że w końcu poszedł w wersji niedokończonej, z usprawiedliwiającym dopiskiem autora. W ostatnich latach widywałem go rzadko. Zawsze lubił celebrować swą wielkość i oryginalność, ale pod koniec jego egotyzm stał się trudny do zniesienia.

Antoni Libera: - Po zamordowaniu Stanisława Pyjasa w maju 1977 roku panowało przekonanie, że trzeba jak najwięcej pisać w tej sprawie. Pojechałem do Andrzejewskiego, który był wtedy w Poroninie. Przybyłem tam bez uprzedzenia (ze względu na bezpieczeństwo), więc był dosyć zdziwiony. Słyszał już o sprawie, ale do pisania listu protestacyjnego specjalnie się nie kwapił. Zaproponowałem pomoc w zredagowaniu tego listu, wreszcie sam go naszkicowałem wiedząc, że potrafi się zapalić, kiedy tekst jest już ułożony i trzeba go tylko doszlifować. Tym razem jednak nie zdecydował się na podpis.

Krzysztof Myszkowski, pisarz i redaktor bydgoskiego "Kwartalnika Artystycznego", pod koniec lat 70. student toruńskiej polonistyki, odwiedzał wtedy Andrzejewskiego. Pamięta zasłonięte szczelnie okna jego gabinetu, telefon na podsłuchu, żołnierzy przynoszących wezwania na przesłuchania do prokuratury wojskowej.

- Podczas swoich 70. urodzin, które obchodził w Oborach, zaczął mnie przesłuchiwać w obecności gości. Choć lubił takie gry, tym razem był zupełnie serio. "Dlaczego pan się spotyka z Jerzym Andrzejewskim? Czy pan wie, kim jest Jerzy Andrzejewski?" - pytał, wcielając się w rolę oficera SB. Jakiś czas potem rzeczywiście miałem podobne przesłuchanie w komendzie MO w Toruniu.

Ostatnim opowiadaniem, jakie Andrzejewski ukończył, był "Nikt - ostatnia podróż Odyseusza". - Ta praca szła mu trudno. Przerywał, potem znowu wracał do tekstu, potem znów skarżył się, że brakuje mu pomysłu - opowiada Myszkowski. - Pamiętam, jak powtórzył za kimś, że każdy pisarz po śmierci trafia do literackiego czyśćca. "Mój czyściec - dodał już od siebie - będzie trwał bardzo długo".

Filip Bajon: - Ostatni dobry okres miał chyba w 1981 roku. Był w jury festiwalu polskich filmów w Gdyni, przegadaliśmy tam wiele godzin, wypił nawet jakąś wódkę, miał bardzo dobre przemówienie. Potem odwiedziłem go kilka dni po wprowadzeniu stanu wojennego. "Zobacz - powiedział komentując decyzję WRON - nawet to potrafili sp...ć".

Bajon bywał jeszcze u Andrzejewskiego w 1982 roku, ale pamięta tylko tyle, że "był w złym stanie" (co w opowieściach jego przyjaciół oznacza zawsze, że pił) i że kontakt z nim był mocno utrudniony.

Może dlatego nie zareagował już na fakt opublikowania "Miazgi" przez Czytelnika w pierwszych tygodniach stanu wojennego, ponad 10 lat od ukończenia powieści, 10 lat za późno, i oczywiście z ingerencjami cenzury. "Miazga" mogła być książką jego życia; nie stała się nią, bo pisarz nie chciał ogłosić pełnej wersji w Instytucie Literackim. W końcu lat 70. wydała ją podziemna Niezależna Oficyna Wydawnicza, potem londyńska Polonia, a pierwsze pełne oficjalne wydanie krajowe, w opracowaniu i ze wstępem Anny Synoradzkiej-Demadre, ukazało się dopiero w lutym 2003 nakładem Ossolineum.


W czyśćcu

Odkąd na początku lat 90. z wykazu lektur szkolnych zniknął "Popiół i diament", Andrzejewski-pisarz jest nieobecny wśród uczniów liceów (podobny los spotkał zresztą wielu pisarzy tego pokolenia: Adolfa Rudnickiego, Juliana Stryjkowskiego, Antoniego Słonimskiego, Jarosława Iwaszkiewicza). Nie jest też pisarzem specjalnie "trendy" wśród studentów polonistyki, choć jego książki znajdują się w wykazach lektur.

Julia Hartwig: - Andrzejewski był dobrym, więcej, jednym z najlepszych pisarzy swego pokolenia. Ale to była szkoła XIX-wiecznej powieści, niezbyt dziś modnej, i może stąd to zapomnienie. Wydaje mi się, że jego twórczość na to nie zasługuje.

- Andrzejewski był dobrym rzemieślnikiem pióra, choć nie był obdarzony geniuszem tej miary co Miłosz - twierdzi Anna Synoradzka-Demadre, autorka biografii pisarza. - Raczej nie obroni się "Popiół i diament" - oczywiście książka, a nie znakomity film Wajdy - pewnie nie ostanie się też "Miazga". Ale myślę, że zawsze będzie można z przyjemnością wrócić do "Idzie skacząc po górach", "Bram raju", "Ciemności...".

Filip Bajon: - Lubię jego pisarstwo, czasem do niego wracam, cieszę się, że wznowiono "Miazgę". Właściwie to jest doskonały scenariusz na film. Nie wiem, dlaczego nikt nigdy się za to nie zabrał.
Agnieszka Andrzejewska: - Nie chcę stawiać ojcu pomnika, bo wiem przecież, jak bardzo skomplikowana była jego osobowość. Nie był łatwym człowiekiem, ale z pewnością był człowiekiem dobrym. Mimo upływu lat nadal nie potrafię mówić o nim bez emocji. Nie umiem i nie chcę go oceniać. On sam zresztą bardzo tego nie lubił.

Pisząc tekst korzystałem m.in. z książki Anny Synoradzkiej "Andrzejewski" (Warszawa 1997), ze wspomnienia Ireny Szymańskiej o Jerzym Andrzejewskim w: "Miałam dar zachwytu" (Warszawa 2001), z cyklu "Towarzysze nieudanej podróży" Anny Bikont i Joanny Szczęsnej opublikowanego w "Gazecie Wyborczej" w 2000 r. oraz ze ścieżki dźwiękowej filmu dokumentalnego Pawła Woldana "Andrzejewski"


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny