|
„TP”, Nr 16 (2806), 20 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2806/kraj06.php
To idzie młodość? Środkowo-Europejczycy po podpisaniu traktatu akcesyjnego w
Atenach
Uwodzenie Europy
Anna Wolff-Powęska
Gintaras Beresnevičius, litewski pisarz i religioznawca, zapytał starą Europę:
"Kto nas pokocha?". Chodziło mu o miłość do ich samych "jako Litwinów".
Rzucone pół żartem, pół serio pytanie wyraża obawy
i nadzieje krajów nominowanych do uprzywilejowanego świata zorganizowanej Europy.
Zostawmy finansowe kalkulacje, zobaczmy, z kim przekraczamy europejski Rubikon, jaki
niesiemy bagaż i co wnosimy w posagu. Może, posiadając taką wiedzę, unikniemy
rozczarowań.
Kraje, które prawdopodobnie w 2004 r. wejdą do UE, szukają potwierdzenia swej
europejskości. Przez publiczne dyskusje o wspólnych korzeniach europejskich przebija tęsknota
za "normalnością" i nadzieja, że "starsza" Europa nie tylko pozna
"młodszą", ale też zrozumie jej problemy z wolnością.
Idee integracyjne RWPG i Układu Warszawskiego przeczyły wartościom wynikającym z
tradycji kulturowej narodów i ich duchowości. Słowa Mieczysława Moczara, członka KC
PPR, z 28 sierpnia 1948 r.: "Dla nas, partyjniaków, Związek Radziecki jest naszą
ojczyzną, a granic naszych nie jesteśmy w stanie dziś określić, dziś są za
Berlinem, a jutro za Gibraltarem", świadczą o arogancji tych, którzy występowali
w roli architektów komunistycznej Europy.
Wbrew propagandzie, która słowami Nikity Chruszczowa przewidywała rychły koniec
zachodniej integracji ("To drzewo uschnie, zanim wyda właściwe owoce"), oraz
potępieniu EWG, m.in. przez Stefana Jędrychowskiego, ministra spraw zagranicznych Polski
w latach 1968-71, jako "Świętego Przymierza reakcji" wymierzonego przeciw postępowym
siłom Europy, współpraca zachodnich mężów stanu okazała się najskuteczniejszym z
wszystkich dotychczasowych prób jednoczenia Europy. To, co Jean Monnet określał w pamiętnikach
jako podstawę idei integracyjnej: poniechanie odwetu, odrzucenie chęci dominacji zwycięzców
i zgoda na wspólne sprawowanie władzy nad częścią wspólnego bogactwa - węgla i
stali, wyznaczyło trwałe ramy pokojowej polityki.
Wschodnioeuropejskie odpady historii
Brzemiennymi w konsekwencje obciążeniami epoki muru berlińskiego były izolacja od
Zachodu oraz oddzielenie od siebie "bratnich narodów", żyjących na wschód od
Łaby. Zwrot 1989/90 przełamał mury, nie odblokował nas jednak na tyle, by, np.
zainteresować się kulturą Estonii lub przezwyciężyć uprzedzenia w Grupie
Wyszehradzkiej. Po raz trzeci, po 1918 i 1945 r., zaczynamy od nowa, z całym historycznym
i moralnym uwikłaniem. Czy mimo wszystkich odmienności istnieje pojęcie, którym
potrafilibyśmy objąć Europę Środkowo-Wschodnią jako całość?
Pod pojęciem "wschodniości", które w 1912 r. stworzył węgierski poeta Endre
Ady, kryły się różne treści: podporządkowanie, absurd etnograficzny oraz ziemia, na
której wszystko było marginalne, względne i nostalgiczne. Na tym niestabilnym
"kontynencie" jeszcze w XX w. mieszkali zarówno pusztańscy Cyganie,
podkarpaccy Huculi, jak muzułmańscy kupcy z Sarajewa. Komunizm uczynił z tego regionu
odrutowane peryferie, doprowadzając do skarlenia wartości obywatelskich. Pod rządami
ideologii, nie trzeba przecież wykazywać się demokratycznymi cnotami.
Gdy kraje te budziły się do wolności, Timothy Garton Ash porównywał je do statku, który
odbił od brzegu i dryfując we mgle, nie bardzo wie, kiedy i do jakiego dotrze brzegu. Może
sądził, że pijany kapitan nie utrzyma kursu na Zachód? Dzisiaj czeski pisarz Jiři
Kratochvil, na łamach czasopisma poświęconego Europie Środkowej "Kafka",
podejrzewa, że społeczności wschodnioeuropejskie boją się spotkania z Europą starych
demokracji m.in. z powodu słabego wyposażenia cywilizacyjnego, nieufności do obcych
oraz utraty aureoli męczeństwa. Nie przybywamy jednak do obcej ziemi, byliśmy współaktorami
historii Europy oraz odbiorcami i twórcami jej dóbr. Lew Tołstoj czy Fiodor Dostojewski
mieli głębszy wpływ na kulturę zachodnioeuropejską aniżeli wielu zachodnich pisarzy
na kulturę środkowo- i wschodnioeuropejską. Czy jednak obecne oczekiwania i niepokoje różnią
nas od Europy, czy do niej zbliżają?
Obok Polski, kraju o najdłuższej tradycji nieprzerwanej państwowości, członkami UE
zostaną Słowacja i Słowenia, doświadczone w wielusetletnim pielęgnowaniu języka, świadomości
i kultury narodowej bez posiadania państwa. Kraje, które odzyskały niepodległość w
1918 r., za wyjątkiem Czechosłowacji, nie stworzyły w okresie międzywojennym trwałych
podstaw ustroju demokratycznego i gospodarki zbliżonej do zachodniej. Społeczeństwa
postkomunistyczne różnią się też skojarzeniami historycznymi i symbolami pamięci
narodowej. Dla Węgrów pierwszoplanowym dziejowym wydarzeniem jest chrystianizacja kraju
przez św. Stefana, dla Polaków 1 września 1939 r., a dla Czechów i Słowaków
utworzenie państwa czechosłowackiego w 1918 r.
Zróżnicowanie dialektów, regionów i kultur schodzi na plan dalszy, gdy przyjrzymy się
historii i dziedzictwu geopolitycznemu. Kraje, które pozornie niewiele łączy, okazuje
się, że posiadają podobny dziejowy "kod genetyczny". Tym, co je różniło od
"starszej" Europy, było jednak systematyczne przerywanie ciągłości
kulturowej, m.in. z racji sąsiadowania z dynamicznie rozwijającymi się i ekspansywnymi
mocarstwami: Rosją i Niemcami. Częste przesuwanie granic stworzyło niesymetryczne
puzzle. Zagęszczenie języków, wyznań, kultur zaborców i narodów podbitych nawarstwiło
konflikty. W tym regionie zawsze brakowało minuty namysłu nad burzliwą przeszłością
i nieprzewidywalnym jutrem - pożegnania z tym, co własne. Zmiany władców czy zaborców
nadchodziły często i nagle. Wielowiekowe podporządkowanie nie przekreśliło jednak
kulturowej tożsamości małych narodów w sercu Europy, które Fryderyk Engels uznał za
"odpady historii".
Kundle udające niemieckie owczarki
UE nie tylko powiększy obszar o blisko 23 proc. i zwiększy liczbę mieszkańców o
prawie 20 proc. W jej granicach znajdą się bogate kultury narodów indogermańskiej,
ugrofińskiej i ałtajskiej rodziny językowej. Obok państw homogenicznych jak Czechy i
Polska, członkami Unii zostaną: Estonia z 26 proc. Rosjan, Łotwa z 30 proc. Rosjan, Słowacja,
w której co dziesiąty obywatel jest Węgrem, oraz Słowenia z 3 proc. Chorwatów i 2
proc. Serbów (według sondaży z 2002 r. najmniejszy entuzjazm dla wejścia do UE
odnotowano w Estonii, największy w Słowacji - 73,3 proc. poparcia).
Europa pograniczy, z narodotwórczą rolą inteligencji, zawdzięczała rozwój
cywilizacyjny wieloetniczności. Wobec takiej tradycji dziwią obecne uprzedzenia. Chcemy
zostać pełnoprawnymi członkami Europy - kontynentu coraz bardziej migranckiego, ale na
każdym kroku wyrażamy niechęć wobec obcych: 27 proc. Słowaków nie chce mieszkać
obok Węgrów, ośmiu na dziesięciu Czechów nie chce sąsiadować z Romami, sześciu na
dziesięciu z Ukraińcami. Żaden z narodów-kandydatów nie lubi najbliższych sąsiadów,
kocha zaś Amerykanów, Francuzów, Japończyków. Taka miłość nic nie kosztuje, nie
wymaga deklaracji wzajemności, rzadko jest sprawdzana. Jak pogodzić te sprzeczne dążenia?
Ideał czystości etnicznej, gorliwie zachowywany przez kraje kandydackie, jest ulicą
jednokierunkową. W najbliższych latach czeka nas egzamin trudniejszy od umiejętności
zagospodarowania funduszy unijnych - test na tolerancję. Musimy przywyknąć do myśli,
że obok nas osiedli się muzułmanin z Cypru, protestancka rodzina z Estonii, kolorowi
mieszkańcy byłych kolonii. Czy jesteśmy na to przygotowani? Co zrobiliśmy, by nie powtórzyły
się ekscesy z byłej NRD, gdy gorycz transformacji odreagowano na kobietach i dzieciach
tureckich oraz uciekinierach z regionu bałkańskiego?
Europejczycy muszą odpowiedzieć nie tylko na pytanie, czy migracje są wędrówką czy
ucieczką oraz czego "obcy" od nich oczekują, lecz przede wszystkim, co mogą
im zaoferować. To nasze zobowiązanie, ponieważ prawie wszyscy jesteśmy potomkami
migrantów. Do każdego odnosi się określenie Petera Turrini, urodzonego w Karyntii i
mieszkającego w Wiedniu dramaturga, który ksenofobicznych Austriaków nazwał kundlami
udającymi owczarka niemieckiego.
Sąsiedzkie uprzedzenia powstały w XIX w., gdy Czesi, Słowacy i Polacy zamieszkiwali pod
wspólnym, habsburskim dachem. Czy samowolna polska szlachta mogła kimś bardziej gardzić
niż znającym język niemiecki i urzędniczy fach Czechem? Lekceważenie przeniosło się
na czas wojny. Choć uwarunkowania międzynarodowe w przededniu jej wybuchu nie dawały
Czechosłowacji szansy na skuteczną obronę, dla Polaka, który przeżył piekło
Powstania Warszawskiego, Czech wydawał się godnym pożałowania kapitulantem. Czy nasi
południowi sąsiedzi zapomną nam, że w decydujących momentach dziejowych stawaliśmy
po stronie najeźdźców i silniejszych? Zmiana sąsiedztwa narodów w unijne partnerstwo
jest też szansą dla Polaków i Litwinów. Chwalimy się długim stażem integracyjnym w
Europie Wschodniej, wskazując na Unię Lubelską z 1569 r., nie potrafimy jednak zrozumieć,
dlaczego Litwini mają nam za złe sentyment do Wilna. Czy już zapomnieliśmy, że ulice
Oppelnstrasse czy Breslauerstrasse w niemieckich miastach długo kojarzyły się nam z
zachodnioniemieckim rewanżyzmem?
Oburzamy się na wyniki badań, z których dowiedzieliśmy się, że młodzi Europejczycy
nie zrewidowali opinii rodziców o Polakach ("Polityka", nr 5/2003). A gdyby w
krajach kandydackich przeprowadzono podobne badania, czy nie okazałoby się, że też
zachowaliśmy historyczne urazy i obojętność? Umowy o współpracy handlowej i
kulturalnej stwarzają tylko ramy współpracy, do zmiany stosunków społeczeństw
potrzebna jest edukacja.
Paradygmat romantyczny musimy zastąpić pracą organiczną. Inaczej nie zrozumiemy,
dlaczego zachodni inwestorzy i zwykli turyści preferują naszych południowych lub bałtyckich
sąsiadów. Wybudowanie dróg i autostrad, sprawnych przejść granicznych, które
pomieszczą nie tylko kantory, ale i toalety oraz konkurencyjne ceny usług turystycznych
stworzą lepszy wizerunek Polski, kojarzonej dotąd ze złodziejami samochodów lub
warcholskim blokowaniem dróg.
Nie koalicja państw, tylko zjednoczenie ludzi
Dyskusja o integracji prowadzona w krajach kandydackich trafiła na niesprzyjający czas.
Na naszych oczach zamazuje się pierwotny sens założeń jej ojców. Wojna w Iraku,
amerykańsko-europejskie gry i nieporozumienia, zróżnicowanie stanowisk starych członków
Unii i kandydatów w kwestii zwalczania międzynarodowego terroryzmu i polityki USA
wystawiają wschodnio- i południowoeuropejskie demokracje na próbę lojalności.
Utrudniają porozumienie z sobą oraz partnerami zachodnimi, których do niedawna nazywaliśmy
naszymi najgorliwszymi adwokatami w drodze do Unii.
Integracja Europy wymaga wyobraźni na miarę zamierzeń Jeana Monneta, zapewniającego:
"My formujemy nie koalicję państw, my jednoczymy ludzi". Tak jak sukces EWG
przyczynił się do rozpadu komunizmu, tak sukces postkomunistycznej demokracji nada
integracji europejskiej dynamikę i nowy charakter. EWG poszerzano jednak w czasach
dobrobytu, rozkwitu masowych partii politycznych i entuzjazmu dla politycznej partycypacji
obywateli. Teraz Europa pogrążona jest w kryzysie gospodarczym, a przyjmowane kraje
odbiegają poziomem cywilizacyjnym i kulturą polityczną od wcześniejszych kandydatów,
którzy przed wstąpieniem nie musieli przeprowadzać transformacji wszystkich dziedzin życia.
Czynnikiem najmocniej integrującym poszerzoną UE mógłby być chrześcijański
uniwersalizm, na którego dobroczynne wartości wszyscy się powołują. Razi jednak
antagonizujący sposób podejścia do nich, również Polski, najgłośniej demonstrującej
zasługi w kultywowaniu wartości chrześcijańskich. Sympatycy LPR postrzegają przecież
Polskę jako jedyny kraj w Europie wierny Kościołowi i zmuszony do obrony "łacińskiej
i chrześcijańskiej duszy" europejskiej.
Poseł Roman Giertych ("Lot orła", Szczecinek 2000) ostrzega naród znad Wisły
sugestywnym obrazem Jezusa, zatroskanego wizją zwrócenia się Polski na Zachód i zadającego
pytanie: "Czyż i wy chcecie odejść?". Jak żywo przypomina on opowieść
spotkania na Via Appia św. Piotra, opuszczającego Rzym w szczytowym okresie prześladowań
chrześcijan, z Chrystusem. Odpowiedź Polaków, jak sugeruje Giertych, winna być
zdecydowana: "Panie, do kogo pójdziemy? Do materializmu Europy, która zabija własne
dzieci, legalizuje zboczenia, likwiduje starców, popiera przemoc i rozkład?".
Uproszczony obraz dychotomicznej Europy, w której po jednej stronie są wierni ojczyźnie,
Bogu i Kościołowi, po drugiej ateiści i "obce" religie, z jednej św.
Wojciech, odsiecz wiedeńska, cud nad Wisłą, z drugiej niosąca trujące idee rewolucja
francuska, imperialistyczna Anglia, Bismarck i Hitler, musi prowadzić do wniosku, że
jedynym celem misji cywilizacyjnej i religijnej Polski pozostaje Rosja i Europa Środkowa.
Do tego dzieła chce zaprząc lider LPR cały naród, bo "Polska jako jedyna ma dość
siły i ducha". Po ostrzeżeniu ojca Rydzyka: "Wielu ma ochotę na Polskę"
widać, że dyktatura chrześcijańska (czy katolicka) ciągle znajduje zwolenników wśród
ludzi lękających się wolności.
Patriotyzm mojego podwórka
Europa, by obronić swe podstawowe wartości, musi zachować pamięć historyczną.
Hiszpania i Portugalia, wbrew rewelacjom publikowanym przez lidera LPR, który w dawnym
kolonializmie tych katolickich państw widział tylko pokojową misję kulturową,
przyznają się do najbardziej wstydliwych rozdziałów historii. Świadome są tego, iż
na ich bogaty dorobek składa się duma i wstyd, wysokich lotów kultura, ale i segregacja
rasowa z wszechmocną Inkwizycją, mającą na swym koncie około 340 tys. ofiar - Wielki
Inkwizytor, dominikanin Thomas de Torquemada uważał, że "lepiej dla człowieka wejść
do nieba z jednym okiem niż do piekła z dwojgiem".
Historia Europy była dziejami stawiania murów i ich burzenia. Inspiratorzy jednoczenia i
destruktorzy jej dorobku wyznawali różne religie. Podstawy integracji europejskiej po II
wojnie światowej kształtowali nie tylko znani politycy chadeccy: Alcide de Gasperi,
Robert Schuman i Konrad Adenauer, lecz również francuski liberał Jean Monnet oraz
belgijski socjalista Paul Henri Spaak. Trzeba było niezwykłej dalekowzroczności, by
łączyć niedawnych śmiertelnych wrogów i to w czasach, gdy rany nie były jeszcze
zagojone. Wspólnotę wartości, o której dyskutuje się na międzynarodowych
konferencjach, nie stworzy patriotyzm ograniczony do własnego podwórka i pełen strachu
przed obcymi, lecz poczucie odpowiedzialności za innych. Powrót do "kryjówek"
w czasach, kiedy suwerenność nie zabezpieczy przed terroryzmem międzynarodowym, jest
uchylaniem się przed odpowiedzialnością za zbiorowość. Trwając na swoich pozycjach,
zwolennicy murów już niedługo nie będą mieli czego bronić.
Czy kandydaci, wnosząc do "starej" Europy "młodość", wniosą również
energię, świeżość myśli, entuzjazm? Co przeważy: odwaga i prężność działania
czy brak doświadczenia i odpowiedzialności? Podniesiemy gorączkę sporów na temat
duchowej wyższości czy wzbogacimy myśl europejską własnymi wnioskami integracyjnymi?
UE nie będzie wyłącznie domem aukcyjnym, towarowym albo modlitwy. Nie spełnią się
marzenia o kontynencie czystego sumienia. Żadne, nawet największe, walory intelektualne
nie uchronią człowieka od błędów, w tym politycznych. Warto jednak dążyć do
wskazanego przez byłego prezydenta Czech, Václava Havla, celu. Jest nim poszukiwanie
prawdy w zrozumieniu innych, dzięki wiedzy i poznawaniu języka sąsiadów.
James Madison, czwarty prezydent USA powiedział o amerykańskiej konstytucji, że nie była
"niczym więcej jak martwą literą tak długo, póki głos narodu nie tchnął w nią
życia i skuteczności prawnej". Poszerzenie Unii wymaga wysiłku i to nie tylko w
trakcie formułowania preambuły unijnej konstytucji, także w demokratyzowaniu świadomości
obywatelskiej, od której zależy europejska "dusza".

Prof. ANNA WOLFF-POWĘSKA jest historykiem i politologiem, od 1990 r. dyrektorem
Instytutu Zachodniego w Poznaniu. Ostatnio wydała: "Oswojona rewolucja. Europa Środkowo-Wschodnia
w procesie demokratyzacji" (1998), "Być Polakiem w Niemczech" (z E.
Schulzem, 2000), "Przestrzeń i polityka" (z E. Schulzem, 2000).
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|