dotb.gif

„TP”, Nr 16 (2806), 20 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2806/kraj03.php

Być może polskie ofiary represji w ZSRR dostaną odszkodowanie od Rosji - ale tylko symboliczne



Bagdad wolny, czyli spełniony sen księdza Josepha

Wojciech Pięciak


Ostatnie chwile dyktatur bywają do siebie uderzająco podobne. Jeszcze poprzedniego dnia Mohammed Said al-Sahhaf, umundurowany minister informacji zapewniał z uśmiechem, że "najemnicy", którzy "najechali" naród iracki, zostaną "niezwłocznie" pokonani tajemną, "niekonwencjonalną" Wunderwaffe, "ukochany wódz" kontroluje sytuację, a wróg popełnia samobójstwo. Następnego dnia, w ciągu kilku zaledwie godzin, rozleciał się nie tylko system władzy Saddama Husajna, ale także argumentacja przeciwników tej wojny.

Logika dyktatur polega na tym, że, póki istnieją, wydaje się, iż "lud" niewzruszenie je popiera: tak było w Afganistanie i Serbii, a kiedyś w III Rzeszy. Prawdziwy ich charakter oraz rozmiary ich zbrodni poznać można dopiero, gdy nie ma już dyktatora. Także zbrodnie Husajna - opisywane od dawna, lecz przyjmowane z niedowierzaniem - można będzie udokumentować dopiero dziś. Co już się dzieje - w Basrze, gdzie codziennie tłumy Irakijczyków zwiedzają klockowaty, betonowy budynek: więzienie bezpieki, w którego miniaturowych celach uwięzieni nie mogli się nawet położyć. Albo w Bagdadzie, gdzie żołnierze piechoty morskiej USA zajęli kompleks Komitetu Olimpijskiego, czyli w istocie prywatne więzienie psychopatycznego syna Husajna, Udaja, którego ulubionym zajęciem było torturowanie ludzi na oczach zaproszonych na kolację gości.

13 lat temu, podczas rzymskiego synodu biskupów Europy, poświęconego kondycji religii po upadku komunizmu, poruszenie i oburzenie wśród zachodnich dziennikarzy wywołał nieznany, świeżo mianowany biskup z Polski, Józef Życiński, który powiedział publicznie, że większą mądrością od zachodnioeuropejskich intelektualistów, zauroczonych ideą komunistyczną, wykazały się proste rosyjskie babuszki, trwające mimo represji w wierze przodków.

W minioną środę 9 kwietnia, w godzinach popołudniowych, na ekranach telewizorów całego chyba świata pojawił się stary, zaniedbany Irakijczyk z bagdadzkich slumsów, zwanych dotąd oficjalnie Saddam City. Śmiejąc się i płacząc na przemian, starzec tłukł zdjętym z nogi butem w zerwany (kilka godzin wcześniej groziła za to kara śmierci) portret Husajna, powtarzając w kółko: "Ty bandyto, ty zbrodniarzu".

Stary Irakijczyk, który ostatnie 24 lata swego życia spędził pod rządami "wodza narodu" (jak chciał minister informacji, przy którym Joseph Goebbels to mistrz finezji), wykazał się większą mądrością niż zastępy polityków, pacyfistów i moralistów, którzy powtarzali z uporem od 21 dni, że wojna ta jest niesprawiedliwa i bezsensowna, alianci, w tym Polska, to agresorzy, a naród iracki jest "torturowany" (przez Amerykanów rzecz jasna, a nie np. Husajna).

W minioną środę, gdy bagdadzka biedota wyległa na ulice, by rabować z pałaców wodza (budowanych już w głodowych dla zwykłych ludzi latach 90.) złocone deski klozetowe i rzucać się na szyję amerykańskim marines, w ciągu tych kilku godzin prysły budowane od miesięcy polityczne i (pseudo)etyczne konstrukcje tych, którzy woleli nie zauważać, że alternatywą wobec zbrojnego uderzenia na Husajna nie był pokój, ale trwanie jego dyktatury, mającej na sumieniu śmierć setek tysięcy (jeśli nie paru milionów) ludzi, nędzę i terror.

W minioną środę dłużej niż zwykle oglądali telewizję zapewne nie tylko mieszkańcy krajów arabskich, lecz także kanclerz Niemiec i prezydent Francji. Kiedy tłum Irakijczyków wlókł ulicami resztki pomnika Husajna, komentator pełniącej w państwach islamskich rolę CNN, katarskiej telewizji Al-Dżazira - tej, która na początku wojny dawała się instrumentalizować reżimowi, a której później minister (dez)informacji zarzucił, że "uprawia marketing dla USA" - wyznawał szczerze: nie wiemy, co teraz czują mieszkańcy państw arabskich, dotąd protestujący przeciw tej wojnie, ale widzimy na własne oczy, co czują mieszkańcy Bagdadu. Widzimy, mówił dziennikarz Al-Dżaziry, że to moment przełomowy nie tylko dla Iraku, ale może dla całego Bliskiego Wschodu.

Mniej więcej w tym samym czasie w Warszawie, na specjalnie zwołanej konferencji prasowej, prezydent Kwaśniewski wyznawał, że sceny z Bagdadu przypominają mu to, co jesienią 1989 r. działo się w Warszawie, Berlinie i Bukareszcie. Kwaśniewski mówił też o uczuciu satysfakcji, że Polska, niedawno tak krytykowana przez wielu europejskich sąsiadów, podjęła słuszną decyzję, stając zbrojnie po stronie USA.

Tego dnia zapewne dłużej niż zwykle oglądał telewizję również ksiądz Ken Joseph, od połowy marca oczekujący na rozwój wypadków w stolicy Jordanii, Ammanie.

Ksiądz Joseph jest duchownym, pastorem wspólnoty ewangelickiej Narimasu Christ Church w Tokio. Jest dyrektorem organizacji humanitarnej Japan Helpline, która pomagała uchodźcom (od lat 80. w Afganistanie, teraz w Kosowie) i chorym na AIDS. Jest też ks. Joseph twórcą Instytutu Keiko, zajmującego się dziejami chrześcijaństwa w Azji, i publicystą "Japan Times".

Choć urodzony i wychowany w Japonii, jest ks. Joseph Irakijczykiem: potomkiem w trzeciej generacji asyryjskich chrześcijan, emigrantów w USA. Jego dziadek uciekł w 1917 r. z terenów przyszłego północnego Iraku przed prześladowaniami do Ameryki. Z kolei po 1945 r. przyszli rodzice Kena Josepha znaleźli się w gronie 10 tys. Amerykanów, którzy poszli za wezwaniem generała Douglasa McArthura - dowódcy wojsk amerykańskich na Pacyfiku podczas II wojny światowej, a potem przez kilka lat szefa wojskowej administracji USA w Japonii - i przyjechali na wyspy japońskie pomagać Japończykom w odbudowie kraju, a także w budowie nowego społeczeństwa i demokracji.

Tam właśnie, w Japonii, rodzice Kena Josepha poznali się, pobrali, i tam Ken przyszedł na świat. Idąc w ślady rodziców, został nie tylko duchownym, ale także działaczem społecznym - niejako "etatowym" aktywistą ruchu pokojowego. To znaczy: był do niedawna. Bo na początku wszystko miało być inaczej...

Z początkiem marca tego roku ks. Joseph znalazł się w Bagdadzie: przyjechał jako jedna z zachodnich "żywych tarcz", jako ochotnik i żywy zakładnik zarazem, mający ochronić - jak sądził - naród iracki przed amerykańsko-angielsko-australijsko-polską agresją. Ale to, co Ken Joseph zobaczył w Bagdadzie, zmieniło go. A po wyjeździe ze stolicy Iraku do Ammanu (na trzy dni przed rozpoczęciem alianckiej ofensywy), ks. Joseph szybko spisał swą relację i umieścił w internecie na stronie jordańskiego Kościoła asyryjskiego (http://assyrianchristians.com), pod tytułem: "I was wrong!" (Pomyliłem się). Taki tytuł ma mieć też książka, będąca świadectwem jego "nawrócenia" - z pacyfisty na zwolennika użycia siły, jeśli tylko ma ona prowadzić do usunięcia tyranów.

Tak powstała wstrząsająca, emocjonalna relacja człowieka, który zrewidował swe poglądy. Księdzu Josephowi łatwiej było rozmawiać z ludźmi, bo przez irackich chrześcijan traktowany był jak rodak. I zobaczył on, jak pisze, "piekło na ziemi". Rozmawiał z ludźmi, którzy najpierw uczestniczyli w oficjalnym "nabożeństwie o pokój", aby potem, po cichu, wyznać mu, że zostali do tego zmuszeni - i mówili mu, że nie potrzebują wcale takiej jego pomocy. Od pewnej matki dwojga dzieci usłyszał: "Po co wy, protestujący niby w imię pokoju, przyjeżdżacie? Nie znacie nas, nie wiecie, jak tu jest".

Ken Joseph spotkał ludzi, żyjących w ciągłym strachu; widział tych, którzy na skutek takiego życia i prześladowań postradali zmysły. Nauczył się porozumiewać "językiem uwięzionych we własnym kraju".

Iraccy współwyznawcy mówili mu, że międzynarodowa armia, stojąca u granic Iraku, jest ich ostatnią nadzieją. "Wojna? Jak możecie pragnąć wojny?" - oburzał się ks. Joseph. Na to pewna starsza kobieta wyznała mu, że pragnie, by wojna wreszcie się zaczęła. Nie boimy się bomb, mówiła, bo wiemy, że alianci nie będą zrzucać ich na nas umyślnie, a "wojna jest ostatnią szansą na ucieczkę z tego piekła".

Ksiądz Joseph - były pacyfista, który po wizycie w Bagdadzie stał się zwolennikiem wojny o usunięcie reżimu Husajna (czyli "podżegaczem", by użyć języka jego dawnych przyjaciół) - od początku alianckiej ofensywy oczekiwał niecierpliwie w Jordanii na rozwój wypadków. Przygotowywał się do powrotu do Iraku, ale już w innej roli: postanowił organizować dla Irakijczyków pomoc. Nie tylko humanitarną: chce pomóc również w odbudowie struktur społecznych w kraju swoich przodków.

Tak, jak kiedyś jego rodzice w obcej im Japonii.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl