|
„TP”, Nr 16 (2806), 20 kwietnia 2003, http://www2.tygodnik.com.pl/tp/2806/komentarze.php
Komentarze
Wojciech Pięciak
Agentka "Wilma" ujawnia się
Choć reżim Husajna padł, a Irakijczycy pokazali, co o nim sądzą, na ulicach
europejskich miast nie widać końca protestów. W miniony weekend w tzw. marszach
wielkanocnych nad tłumem płynęły podobizny Che Guevary. W masie demonstrantów próżno
było jednak szukać sprzeciwu wobec tego, co kilka dni wcześniej stało się w państwie
"Che".
77 lat - w takim wieku będzie Marta Beatriz Roque, kiedy wyjdzie na wolność. Ta kubańska
ekonomistka, spędziła niedawno 3 lata w więzieniu za kierowanie grupą autorów
memorandum La Patria es de todos (Ojczyzna dla wszystkich), postulujących wprowadzenie na
wyspie demokracji. Teraz 57-letnia Roque znalazła się w grupie 78 dysydentów, skazanych
na kary wieloletniego (nawet do 28 lat) więzienia. Również 20 lat otrzymał Raul
Rivero, pisarz (w ub. r. jego tekst o Kubie publikowaliśmy w "TP"). Wszyscy pod
zarzutami "konspiracji" i "szpiegostwa na rzecz USA". Zarzutami
absurdalnymi, bo działają jawnie. Dowodem mają być kontakty z amerykańskimi
dyplomatami oraz korzystanie z internetu na terenie tzw. stałego przedstawiciela USA w
Hawanie.
Akcja była skoordynowana wedle najlepszych stalinowskich wzorów: dysydentów aresztowano
niemal jednej nocy, wyroki zapadły po błyskawicznych procesach, równocześnie przed 14
sądami. Na wolności zostało tylko dwóch liderów opozycji: Elizardo Sanchez, kierujący
Komisją Praw Człowieka i Oswaldo Paya, którego chroni Nagroda Sacharowa od Rady Europy.
Dlaczego uderzono teraz? Może Castro chciał rozwiać złudzenia, że z wiekiem złagodniał,
i że "tolerowanie" (mniejsze prześladowania) opozycji w ostatnich latach to
zjawisko trwałe. Być może chciał konfrontacji z Waszyngtonem: James Cason,
przedstawiciel USA na Kubie ożywił kontakty z opozycją i próbował jej pomagać.
Głównym dowodem w procesach były jednak zeznania tajnych współpracowników policji.
Szokiem dla skazanych musiało być odkrycie, że agentem był Manuel David Orrio, ich
przyjaciel i "opozycyjny dziennikarz". Można się domyślać, co przeżyła
Marta Beatriz Roque, gdy zobaczyła, że świadkiem w jej procesie jest agentka o
pseudonimie "Wilma" - przez wiele lat najbliższa jej współpracowniczka. Fakt,
że reżim "spalił" w ten sposób tylu donosicieli sugeruje, że skazani nie
mogą liczyć na szybkie uwolnienie.
Michał Okoński
Ostatni dzwonek
Trzech krakowskich proboszczów parafii rzymskokatolickich i proboszcz parafii
polskokatolickiej zgodziło się przyjąć pieniądze od przebranych za biznesmenów
dziennikarzy i wystawić im zaświadczenia o darowiźnie na kwoty dużo wyższe. Tą
dziennikarską prowokacją tygodnik "Newsweek" pokazał, że duchowni godzili się
na naruszenie przepisów o darowiznach na cele religijne. Można podejrzewać, że podobne
zachowanie nie jest rzadkością, a nieuczciwym postawom sprzyjają luki prawne: ustawa o
podatku dochodowym nakazuje wprawdzie w ciągu dwóch lat przedstawić sprawozdanie z
rozdysponowania darowizny, ale do dziś nie ma do niej aktów wykonawczych - a więc nie
wiadomo, jak właściwie sprawozdania mają wyglądać.
Ta historia powinna zabrzmieć jak ostatni dzwonek. "Newsweek" wyciąga z niej
wniosek, że należy zlikwidować ulgi przysługujące Kościołom: "to wystarczy, by
nie było księżowskich zaświadczeń o fikcyjnych sumach darowanych na Kościół i bezcłowego
sprowadzania dóbr rzekomo w celach religijnych, a naprawdę w biznesowych". Można
się spodziewać, że podobnego zdania będą niektórzy politycy. A przecież istnieje
rozwiązanie prostsze: wprowadzenie w Kościele przejrzystych procedur postępowania z
pieniędzmi. Odciążenie proboszczów przez autentyczne parafialne rady ekonomiczne: w
polskich warunkach łatwo znaleźć wśród parafian kompetentnych księgowych.
Publikowanie, np. w gazetkach przykościelnych, systematycznych sprawozdań finansowych.
Skończenie z wciąż popularną w polskim Kościele metodą rozliczeń "z ręki do ręki".
I wreszcie: jasna ocena nieuczciwych.
Mało jest kwestii, które z równą siłą odbierają Kościołowi wiarygodność niż te
dotyczące pieniędzy. Niczego nie zmienia fakt, że "lewa kasa" zwykle bywa
przeznaczona na cele dobroczynne lub związane z funkcjonowaniem parafii: w przypadku
jednego z opisanych przez "Newsweeka" proboszczów - na odbudowę spalonej świątyni.
Krzysztof Burnetko
Forum nie forum
Najpierw Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji wydaje rozporządzenie ustalające, które
ugrupowania polityczne dziennikarze muszą zapraszać do programów. Potem - po
interwencji Rzecznika Praw Obywatelskich - je uchyla. Telewizja publiczna, nawiązując do
sposobu myślenia Rady, stwarza program "Forum", by umożliwić w nim politykom
długie i nieskrępowane dyskusje. Ostatnio jednak ni stąd ni zowąd ogłasza, że
likwiduje "Forum", tworzy "Forum polityczne" i wprowadza nowe zasady
zapraszania gości (sprowadzają się one do tego, że zamiast pozaparlamentarnej i
opozycyjnej Unii Wolności prawo zabierania głosu będzie mieć koalicyjna Unia Pracy).
Rychło jednak sam Zarząd TVP wstrzymuje ten plan. Postanawia bowiem wystąpić do... Państwowej
Komisji Wyborczej, by to ona wydała wytyczne, na podstawie których TVP będzie zapraszać
polityków do swoich programów.
Oczywiście: można podejrzewać, że decyzja szefa I programu TVP Sławomira Zielińskiego
o zamianie "Forum" na "Forum polityczne" (a w istocie listy gości)
miała podtekst polityczny, ba, związany najpewniej z aferą Rywina. Ale to wcale nie ona
i jej podteksty są najważniejsze. Istotniejsze jest, że całe zamieszanie pokazuje, jak
silna jest wciąż mentalność nakazująca prezentować życie społeczno-polityczne
kraju wedle klucza partyjnego. Jej elementy widać - co się jeszcze da wytłumaczyć - wśród
polityków i decydentów. Niestety przekłada się to także na przepisy. Co jednak pewnie
najgorsze, ulegają jej też niektórzy redaktorzy i dziennikarze. A przecież dla nich
przynajmniej powinno być jasne, że z zebrania w studiu gadających głów działaczy
partyjnych trudno zrobić interesujący program (chyba że kogoś rajcują pyskówki) i że
skuteczniejszym sposobem na sprawdzenie kompetencji polityków, zweryfikowanie deklaracji
czy wyciśnięcie faktów i opinii jest ostra rozmowa jeden na jednego. Nie mówiąc
wreszcie o tym, że obywatele zapewne więcej skorzystaliby, gdyby w mediach publicznych
zamiast powtarzanych w kółko i idealnie przewidywalnych partyjnych sloganów,
prezentowano dyskusje i opinie niezależnych ekspertów i analityków. Politycy i partie służyliby
zaś co najwyżej jako materiał do oceny.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|