dotb.gif

„TP”, Nr 15 (2805), 13 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2805/wiara04.php

O kobietach w Kościele


Fanki, grzesznice i służące

Agnieszka Tomasik


Kiedy przypominam sobie znany obrazek: nabożeństwo w kościele, po jednej stronie kapłani, po drugiej świeccy, w większości kobiety, zastanawiam się, jakie miejsce te ostatnie zajmują w polskim Kościele? Czy wiedzą, że są w nim potrzebne? Znają swoją wartość?

Czy w programie seminariów duchownych jest mowa o kobiecie? Nie o archetypie - Ewie-grzesznicy i Maryi Matce, tylko o współczesnej z krwi i kości (i z ciała), która ma swoje ambicje i przyziemne problemy. Chyba wciąż nazywa się nas i opisuje w dwóch modelach: świętej i diablicy.

Kobieta stała się dla kapłana wyzwaniem. Po pierwsze dlatego, że ksiądz jest mężczyzną. Po drugie, ponieważ rzadko otrzymuje od starszych kolegów właściwe wzorce, jak wobec kobiet powinien się zachowywać. Pół biedy, jeśli jest to starsza pani, która zaprasza na ciasto, haftuje ornaty i myje podłogi, gdy ksiądz ma przyjść z wizytą. Ona sama ustawia hierarchię ważności i dostojeństwa. Trudniej z młodymi. Energiczne, świetnie wykształcone (również w teologii), na każdy temat mają wyrobione zdanie. Nie chcą słuchać, chcą mówić. Czytają książki ks. Tischnera i encykliki Papieża. One już nie chcą sprzątać kościoła i wyszywać wzorów na komży. One "mądrzą się", jak ma wyglądać oprawa Mszy św., katecheza w szkole i zestaw lektur księdza-spowiednika.

Skoro tak się stało, że życie polskiego Kościoła zdominowała poetyka spotkań damsko-kapłańskich, warto je naszkicować.

"Idol i fanki" to kategoria młodzieżowa, upowszechniona w duszpasterstwach i podczas pielgrzymek - tam, gdzie wokół księdza formuje się wspólnota świeckich. Charyzmatyczny kapłan jest w niej inicjatorem, przywódcą, często spowiednikiem i ojcem duchowym. Jak twierdzą jego wielbicielki, ma on wiele zalet: zna "prawdy żywe" i potrafi je przekazać innym; okazuje wiele sympatii tym, którzy do niego przychodzą, zawsze wysłucha, pomoże, zrozumie, a kobiety lubią zwierzenia; ma świetne pomysły i potrafi zorganizować zarówno życie duchowe, jak towarzyskie młodzieży.

"Z takim księdzem można konie kraść..." - myślą jego fanki, spędzające sporo czasu w kościele. Przynoszą smakołyki, robią zdjęcia, rozmawiają z przyjaciółkami o licznych zaletach i mądrych kazaniach duszpasterza. Przybiegają na poranne nabożeństwa, mecze piłkarskie reprezentacji parafialnych, spotkania wspólnoty, wdzierają się do zaciszy parafialnych pokoi, chcąc pożyczyć książkę albo otrzymać poradę duchową. Wielbią w milczeniu, gdy ksiądz wstępuje na ambonę.

On o tym wie i schlebia mu taka adoracja. Chce być podziwiany i kochany, także jako mężczyzna. Z czego bierze się podświadome zabieganie o względy i chęć podobania się? Może z nierozwiązanego jeszcze problemu samotności, na którą każdy ksiądz musi się zgodzić? Z nieprzemyślanego celibatu? Ze zwykłej męskiej próżności? Nie ma w tym niczego złego, dopóki ksiądz prowadzący wspólnotę fanek nie zapomni, że jest tylko drogowskazem, a nie celem podróży.

Kolejna postawa jest starsza i dobrze w Kościele ugruntowana. Pojmuje świat jako pole bitwy. Człowiek, wydany na walkę żywiołów, stacza małe pojedynki z szatanem, światem, ciałem. Kobieta to mityczna Ewa - kobieta upadła, która dała się zwieść szatanowi. Nosi za krótkie spódniczki, maluje usta, chodzi do solarium i farbuje włosy. Potrzebuje nawrócenia. Pobożny ksiądz odwraca wzrok od współczesnej Ewy. Wolałby wprawdzie bezpieczne mury klasztorne i ciszę sprzyjającą kontemplacji, ale skoro i do upadłej niewiasty przyszedł Chrystus z Ewangelią, ksiądz siada w konfesjonale ze wzrokiem potępienia w oczach, by pogrążony w tym ubogim duchowo świecie kobiecym, powtarzać: "Z prochu powstałaś i w proch się obrócisz". Czy rozumie, gdy postaci po drugiej stronie kratek mówią o nerwach i pośpiechu? O braku czasu dla dzieci i plotkach w pracy? O problemie antykoncepcji? O tym, że małżeństwo to trudna sztuka kompromisu? O tym, że brakuje czasu na modlitwę i pobożne lektury? Każdej powie tę samą regułkę, wyczytaną rano w komentarzu do Ewangelii. Jednej pomoże, drugiej nie. Jeszcze tylko odmówi modlitwę za grzeszny świat i z ulgą schowa się w pobożnych lekturach, w samotności własnego pokoiku, gdzie żadna kobieta nie ma dostępu.

Za patronkę modelu, który nazywam "piękny i bestia", uznaję św. Katarzynę ze Sieny, pouczającą papieża. Jego upowszechnienie jest echem feminizacji życia społecznego. W ustalony porządek Kościoła zorganizowanego przez mężczyzn, ferment wnosi kobieta wykształcona i ekspansywna. Zakłóca bezpieczną stabilizację. Nie godzi się na rolę biernej i milczącej matrony, nic jej się nie podoba. Przychodzi do księdza po Mszy, polemizując z tezą wygłoszonego kazania. Na kolędzie poucza, jak powinna funkcjonować parafia. Podczas dyskusji powołuje się na wszystkie nowości z dziedziny teologii, nawet te, które nie należą do spisu seminaryjnych lektur obowiązkowych. To postrach niejednego wikarego i proboszcza - kobieta ciągle zgłaszająca pretensje.

I jeszcze te feministyczne pytania: dlaczego w kurii nie pracują kobiety? dlaczego na parafii mają zajęcie, ale tylko przy posługach? dlaczego w radzie parafialnej są tylko mężczyźni? Ma tupet kontaktować się z biskupem! A był taki spokój - ich matki i babki były pobożne i ciche, do głowy im nie przyszło, żeby szargać księżowski autorytet.

Przez wieki obowiązywał w Kościele podział na słuchających Słowa Bożego i głoszących Słowo. Choć taka hierarchia nie przystaje do współczesnego świata, wciąż najczęściej ksiądz jest zarządcą, a kobieta służącą. Istnieją więc szeregi parafialnych gospodyń, które o każdej porze nakarmią czterodaniowym obiadem, wypiorą i uprasują na zawołanie, sprzątną bałagan, upieką najlepsze ciasto, skutecznie lecząc chandry księdza. Są też zastępy pań myjących metry podłóg w kościele oraz szyjących kilometry obrusów i komż, czy zakrystianek dbających o kwiaty. Gdzieś na końcu są jeszcze siostry zakonne, na które rzadko ktoś zwraca uwagę, bo idealna siostra to taka, co nic nie mówi, ale z pokorą wszystko, co trzeba, wykona. Przecież ona na to jest, by służyć. A służba nie doprasza się słowa "dziękuję". Wszystko to w końcu "na chwałę Pana". I przez myśl nie przejdzie kapłańskiej głowie zaprzątniętej pobożnymi myślami, że brud widać zawsze, a porządku nigdy.

Księża coraz bardziej oddalają się od spraw i problemów świeckich. A przecież, żeby być dobrym księdzem, trzeba żyć tak, jak zwykli ludzie, których nie stać na gospodynię i wczasy w Rzymie, a do pracy, jeśli ją mają, jeżdżą tramwajami.

Kościół hierarchiczny to ciągle jeszcze Kościół mężczyzn. Dlaczego brakuje odwagi, by to zmienić? Nie po to kształci się tyle kobiet na uczelniach teologicznych, by pomijać je przy obsadzaniu stanowisk w kurii czy tworzeniu rad parafialnych. Dlaczego nie przewietrzyć seminaryjnych posad? Może wreszcie i tam kluczem do zatrudniania będą kwalifikacje, a nie np. płeć? Podnosząc temat na forum, słyszy się głosy sprzeciwu tych, którzy obawiają się, że rozkrzyczane feministki będą wspominać o kapłaństwie kobiet. Ale jak uczyć świeckich odpowiedzialności za Kościół, gdy hierarchia traktuje ich tak nieufnie?

AGNIESZKA TOMASIK (ur. 1972) jest nauczycielką języka polskiego w V LO w Gdańsku. Pisze doktorat na Uniwersytecie Gdańskim, mieszka w Sopocie.

Patrz też: "Ta druga, inna od mężczyzny"- wywiad Anny Matei z Elżbietą Adamiak ("TP" nr 49/2002) oraz polemika Ludmiły Grygiel z Elżbietą Adamiak ("TP" nr 7 i 8/2003).

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl