|
„TP”, Nr 15 (2805), 13 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2805/main02.php
Przed 60. rocznicą Powstania w getcie warszawskim
Dlaczego nie brać na serio świętych obcowania?
O pamięci, historykach, postmodernizmie i o tym, jak słyszymy Zagładę, rozmawiają
Anka Grupińska, autorka książki "Odczytanie Listy", i Joanna Tokarska-Bakir
Joanna Tokarska-Bakir: - Marek Edelman powiedział, że "Odczytanie
Listy" jest nagrobkiem. Dominick LaCapra, badacz Zagłady, twierdzi, że to jest
zadanie historyków: zbudować nagrobek i zwrócić ofiarom utraconą godność. W Polsce
ciężko z realizacją takiego zadania. Widać to na przykładzie Jedwabnego: historycy
bardzo długo zwlekali z opowiedzeniem o tamtej śmierci, nie mówiąc o zbudowaniu
nagrobka. Jak wygląda nagrobek Żydów zamordowanych w Jedwabnem - każdy wie. Kłótnia
o napis jest ilustracją nieprzygotowania do pochówku.
Można zapytać, czy LaCapra się nie myli powierzając to zadanie historykom. Ty nie masz
ambicji, które sobie stawiają historycy. Nie jesteś historykiem, a wykonujesz robotę,
którą oni zaniedbali. Mówisz im: panowie, nie jesteście jedynymi ludźmi, których ta
sprawa dotyczy. To jest także moja historia.
Czy lubimy historyków?
ANKA GRUPIŃSKA: - Czy rozmawiamy o tym, że nie lubimy historyków? Co mamy im za
złe?
JT-B: - Ależ nie, niewykluczone, że cenimy historyków bardziej niż oni cenią
samych siebie. Historycy są absolutnie niezbędni do tego, by przeszłość została
przepracowana i byśmy mogli się od niej uwolnić. Mówimy im jedynie: panowie, jesteśmy
rozczarowane tym, jak bardzo się z waszą pracą spóźniacie. Macie obowiązki, z
których nie wywiązujecie się należycie. Ty w pewnym sensie stawiasz historyka na
równi z każdym innym informatorem. Jakbyś mówiła: przychodzą do mnie różni ludzie,
jeden mówi to, drugi tamto, jest między nimi historyk. Jest tylko jednym z wielu,
których historia obchodzi i którzy mają do niej prawo.
AG: - Bardzo często używam zwrotu: "historyk powiedział", albo:
"zapamiętano", albo: "zapisano" bez podawania źródła, bo wierzę,
że nie źródło jest tu istotne, nie o źródła w (takim) pamiętaniu chodzi. Istotna
jest sama informacja, która buduje pamięć. Opowieść, która miała swoje źródło,
ale w drodze czasu zanurzała się w innych źródłach, traciła dziewiczość i krzepła
w różnych pamięciach. W końcu przychodzi sobota, zaglądamy do garnka z czulentem,
który się przez lata warzył, i wielu składników w garnku historii oddzielić czy
nawet rozpoznać często nie potrafimy.
Pilnuję zanotowania źródła, kiedy wiem, że jestem pierwszą, która informację
podaje. Kiedy notuję rzecz, której nigdzie dotąd nie zanotowano: że Dawidek Hochberg
nie był dowódcą grupy, a zwykłym żołnierzem w grupie Lejba Gruzalca. Wtedy
zapisuję: "Masza Glajtman pamięta" i przeciwstawiam jej pamięć pamięci
Marka Edelmana. Tak naprawdę przeciwstawiam pamięć Maszy zapisowi historycznemu (zdaje
się - błędnemu) powtarzanemu od prawie 60 lat. Natomiast jeśli dzieje się tak, że
informacja została przed laty zanotowana przez jakiegoś historyka, a potem w kolejnych
książkach przez inny przymiotnik, inny kontekst zmieniała kształt, czasem nie do
rozpoznania, nie podaję źródła. Bo i po co?
Taką ładną ilustracją mojej tezy, że pamięć historii się kłamie, jest opowieść
o powstańcu imieniem Aleksander. Pepeerowcu, którego imię? pseudonim? Bernard Mark
piszący po wojnie o Powstaniu skojarzył, z zastrzeżeniem
"najprawdopodobniej", z działaczem pepeerowskiem w getcie Efraimem
Fondamińskim. Po drodze, w kolejnych książkach kolejnych historyków to
"najprawdopodobniej" się zagubiło. I po wielu latach odnajdujemy zapomniany
kawałek układanki: Marek Edelman mówi, że Aleksander nie miał nic wspólnego z
Fondamińskim. Tak się historia kłamie, tak się nasza pamięć historii buduje. A ja
tę pamięć historii, która czasem ludowe bajanie przypomina, staram się zapisywać.
JT-B: - Więc nie jesteś nierzetelna?
AG: - Moja książka nie jest pracą historyczną, a ci wszyscy przeze mnie wspominani bez
nazwiska są autorami książek z półki holokaustowej, nietrudno ich odnaleźć i imiona
im nadać. "Odczytanie Listy", jeśli jest jakimś świadectwem, to jest
świadectwem literackim, zapisem istniejących zapisów. Historia akademicka musi być
zdyscyplinowana. Moje zapisywanie nie musi. Ja opowiadam cudze opowiadania trochę swoimi,
trochę cudzymi słowami.
Odpomnienie, zapomnienie
JT-B: - Wskazałabym jeszcze jedną różnicę między tobą a historykami. Ty
słuchasz, nie mówisz: "tak było", tylko: "tak usłyszałam".
Jesteś opowiadaczką cudzych opowieści, wchodzisz w wielki kanion historii ustnej,
źródła ustnego, które jest bardzo specyficzne. Historycy mają ze źródłem ustnym
kłopot, bo nie wiedzą, jak je weryfikować. Źródło ustne podlega innej dynamice i
powinno podlegać innej obróbce, innej krytyce. To źródło jest takim zlepieńcem.
Ktoś komuś powiedział - autorstwo nie ma tu specjalnego znaczenia. Autor jest zbiorowy,
jak autor opowieści folklorystycznych. W grupie twoich rozmówców, "Żydów,
którzy jeszcze żyją", jak ich określiła pani doktor Alina Margolis, istnieje
pamięć, która jest czymś więcej niż tylko etapem w wypracowywaniu finału "jak
to było naprawdę".
Twoje pisanie jest bliskie zapisowi etnograficznemu. W Polsce to pogląd raczej rzadki -
słabą mamy etnografię - ale na świecie uchodzi ona za najbardziej podstawową formę
badań społecznych. Etnografia zapisuje "skaz" [w rosyjskim folklorze forma
opowiadania ustnego charakteryzującego się zwrotami do słuchacza, powtórzeniami]
kultury, to znaczy opowieść w żywym, ludzkim języku. Opowieść, w której bohaterem
jest opowiadający i opowiadanie. W porównaniu z nią historia jest już bardzo
zaawansowanym destylatem. Szwy, za pomocą których kleci się obraz przeszłości, są w
niej już bardzo pozacierane. Twoja książka jest zapisem pewnego stanu zbiorowej,
odchodzącej świadomości.
AG: - Wolałabym powiedzieć, że moja książka jest zapisem "pewnego stanu
odchodzącej pamięci". Albo inaczej: zapisem różnych kawałków pamięci.
JT-B: - Ty mówisz o pamięci w sensie anamnezy czyli odpomnienia, a ja mam na myśli
pamięć szerszą, taką rzekę okresową, która jest też wprawdzie odpomnieniem, ale ma
i drugi, niewidoczny dopływ: starszy, dyskretny i bardzo produktywny. Jest nim
zapomnienie. Coś się zdarza, potem gdzieś niknie, schodzi poniżej poziomu widoczności
i nagle wybija jak źródło. Ludziom coś nagle się przypomina, śnią się im sprawy
dawne i zapomniane, mają halucynacje, przeszłość do nich przychodzi. Jak w tym
opowiadaniu Hanny Krall: mieszkają na warszawskim Muranowie, w ich pokoju co pewien czas
pojawia się nieznana kobieta i wyskakuje przez okno. To nie żart. To metafizyka. A
metafizyka nie stosuje krytyki źródeł. My mówimy o rzeczach ostatecznych, takich jak
życie, śmierć.
AG: - A nie bardzo wiadomo, jak o nich mówić i pewnie dlatego mamy kłopot. Nie mamy
języka do opisywania stanów aż tak nasyconych.
JT-B: - Tak jest. Na przykładzie tego, jak historycy traktują pamięć widać, jak
są bezradni wobec metafizyki.
AG: - Metafizyki, która bywa źródłem pamięci, albo raczej odpomnienia.
JT-B: - To truizm, ale trzeba go dziwnie często przypominać: przeszłości nie wolno
sprowadzać do tego, co historyk zweryfikował, wyposażył w prawo do istnienia.
Pamięć, która opiera się tylko na źródłach zweryfikowanych, nie jest wszystkim, co
dociera do nas z przeszłości. Ty spisujesz pamięć, różne pamiętania, nie mówisz
tego, jak było naprawdę, a jak naprawdę nie było.
AG: - A jakbym mogła?! A kto to wie?! Nigdy nie widziałam innej możliwości niż
zapisanie, kto coś, jakoś pamięta. I zawsze się cieszyłam, że nie jestem
historykiem, nie muszę ustalać tej jednej prawdziwej wersji. Przeciwnie - zapisuję
wszystko, co możliwe, im więcej kawałków, tym prawdziwsza w swojej wielości mnie się
taka opowieść wydaje.
Sceptyczna jestem wobec metody historyków: weryfikowanie jednej opowieści za pomocą
drugiej. Nie rozumiem, skąd można brać pewność, że czyjeś pamiętanie jest
ważniejsze od innego pamiętania, albo że dwa podobne obrazy przeszłości są bardziej
wiarygodne niż ten jeden, który jest inny.
JT-B: - Marceli Handelsman mówił, że wszystko ma swoją historię i że trzeba
badać język, w jakim ta historia jest. Wszystko jest źródłem i wartość źródła
zależna jest od tego, czy historyk potrafi źródłu postawić pytanie. Mimo że ty
robisz taki recycling źródeł, twoja książka może być źródłem dla historyka.
AG: - Bardzo mi się podoba określenie "recycling źródeł". Tak! Tak! Ja
chciałam poskładać te skrawki, jakoś przemielić i pokazać na nowo: nie gubiąc po
drodze specyfiki materiału odzyskiwanego.
JT-B: - Siła twojej książki polega także i na tym, że przez fragment, szczegół,
detal przywołujesz całość. A twojemu słuchaniu jakiś rodzaj skromności towarzyszy.
Szukanie prawdy
JT-B: - Miłosz gdzieś napisał: "w szumie oceanu jest zawsze smak nicości.
Lepiej jest próbować chwytać mały czas ludzki". I ty to właśnie robisz.
Budujesz w oczach czytelnika obrazy, które niosą więcej niż opasłe tomy historyka.
Można ci oczywiście postawić zarzut, że jesteś, za przeproszeniem, postmodernistką.
AG: - A co to znaczy?
JT-B: - W znaczeniu, w jakim przyjęło się u nas to słowo jako wyzwisko, oznacza
ono, że ktoś taki nie wierzy w prawdę, uważa, że wszystko można łączyć ze
wszystkim. To ktoś, kto zamiast czyszczenia form uprawia kolaże, kpi sobie z wartości i
w ogóle jest amoralny.
AG: - W takim razie przynajmniej trochę jestem postmodernistką. Tyle że ja wierzę w
prawdę. Ba, wiem na pewno, że ona istnieje. Ból tylko w tym, żeby ją umieć
zobaczyć.
JT-B: - Otóż to. Czy tę prawdę można chwycić? Pojmać i usidlić? Twoja książka
jest szukaniem prawdy.
AG: - Moja książka, wierzę, podaje obrazy prawdziwe do prawdy nas przybliżające. A
czasem obrazy prawdziwe pokazujące okrutnie, jak w żaden sposób do prawdy dojść nie
można.
Jest wiele opowieści o tym, jak powstańcy wychodzili z kanałów włazem gdzieś przy
Łuckiej, niedaleko Prostej, dnia 10 maja w godzinach rannych. I wiem, jak wielu rzeczy o
tamtym zdarzeniu już wiedzieć nie możemy. Począwszy od tego, ilu ich było, jak długo
to trwało, przez pytania o to: jak i kiedy zjawiła się tam policja granatowa?
żandarmeria? czy pozostali w kanale z drugiej grupy bronili się? czy zginęli pod
ziemią od gazu? czy może od granatów? czy niektórzy wyszli i zostali zabici na oczach
gapiów? czy wszyscy zginęli w kanale? Aż wreszcie: jak zginął Rysiek Moselman i Tadek
Szejngut, łącznicy ŻOB-u, którzy obstawiali wychodzących?
Często mam też inny kłopot z prawdą. Zastanawiam się, czy prawdą jest precyzyjne
nazwanie sytuacji, ustalenie faktu? Czy też może prawdą jest odczucie tamtej sytuacji,
jakaś uczuciowa symbioza z minionym cudzym doświadczeniem? Mnie jakoś za wcześnie na
podręczniki o Zagładzie, mnie ciągle trzeba dotykać, wyobrażać, przypominać cudze
myśli i cudze uczucia.
Duchy i kości
AG: - Chciałaś mówić o duchach, ale my nie możemy mówić o duchach. Wyśmieją nas.
JT-B: - Wyśmieją. Ale o duchach powiedzieć trzeba! W kraju katolickim, w którym tak
bardzo wierzy się w ciągłość kultury, duchy trzeba traktować serio. Chyba że
marksiści wygrali.
Mówiłaś o nośnikach pamięci. Ciągłości nie ma: ludzie zginęli, wyjechali. A
jednak istnieje tu jakiś rodzaj trwania. Choćby w języku. Czasem antysemita
nieświadomie barwi swój język jidyszyzmami. Albo jakiś dawno zapomniany wątek ożywa
w nowej opowieści: niesie tamtą obecność, podtrzymuje trwanie.
AG: - I co nam z tego wynika?
JT-B: - Że rzeczywistość, w której żyjemy, jest mniej zdziesiątkowana, niż
myślimy. Że obecność jest zjawiskiem dużo bardziej złożonym, niż rozumie to nasza
świadomość.
AG: - Że potęga mitu jest o wiele większa, niż nam się wydaje.
JT-B: - I stąd wynikają pewne obowiązki. Jestem etnografem, wiele ci o egzorcyzmach
mogę powiedzieć. Ja nie boję się zmarłych, od czasu, gdy im współczuję, to znaczy,
gdy z nimi współ-czuję.
AG: - Czy to wielka sztuka nie bać się zmarłych? Bo ja też mam do nich serdeczny
stosunek. Chciałabym z nimi jeszcze więcej obcować niż obcuję. Jak tę książkę
pisałam - to oni wszyscy żyli. Do ostatniego zdania w każdej opowieści opowiadałam o
kimś, kto jest obok mnie. A to ostatnie zdanie zawsze formułowało mi się tak, jakby z
innego, martwego świata przyszło. Bliższe, prawdziwsze było te osiem zdań, a
ostatnie, dziewiąte, odrywało mi się od całej historii i odchodziło gdzieś w obcą
przeszłość. Przeszłością jest dla mnie ich umieranie. Obecne są skrawki ich życia.
Są tu obok, w mojej teraźniejszości. Z martwych wstali? Ożywieni zostali literą i
duchem? Marek Edelman mówi, że to nagrobki ze słów i liter. A ja myślę, że to są
także - przywołane, przypomniane i włożone w naszą codzienność - cudze życia. Ja
bardzo potrzebowałam obecności tych ludzi. Wierzę, że komuś jeszcze okażą się
pomocni.
JT-B: - Mówiłyśmy o niebaniu się zmarłych. Uważam, że logo dla Polski XXI wieku
to chocholi taniec z "Wesela". Na tym micie zbudowany jest etos narodowy. Nie
wiem, kim jestem, gdzie jestem, nie akceptuję swego miejsca, mam cholerne kompleksy, moja
samoocena jest nieadekwatna: albo zawyżona, albo zaniżona.
AG: - To taki zespół cech, które charakteryzują współczesnego Polaka?
JT-B: - Tak. Jest taka przepaść między urojeniami wielkościowymi a kompleksami. A
pamięć polska jest niekompletna, nieprzyswojona. W naszym katolickim kraju nikt nie
wierzy w duchy. Wszyscy, z wyjątkiem paru kobiet, mają duchy za nic. A te kobiety pewnie
są histeryczkami, albo może niewiele mają do stracenia i mogą sobie pozwolić na
śmieszność. I mogą powiedzieć: tak, proszę państwa, żyjemy na zwłokach i te
kości tu są, w naszych piwnicach i ogródkach.
AG: - A nad nami duchy pilnujące swoich kości i upominające się o swoje. Wołają do
nas o przyswojenie.
JT-B: - No, właśnie: im chodzi o pamięć, wtedy odejdą. O przyswojenie przez
nazwanie, opowiedzenie, może jakieś oznakowanie ich przestrzeni. (Może nie należy na
tych kościach stawiać krzyża czy kamienia księdzu Popiełuszce? A vis a vis pomnika
Umschlagplatzu nie należy budować rywalizującego pomnika katyńskiego?...) Ty
przywracasz ich obecność tej przestrzeni. Taki zabieg stosujesz: w opowieści o tych, o
których wiesz najmniej, dwa razy wypowiadasz ich imię.
AG: - To prawda, to tryb świadomie przez mnie zastosowany. Piszę: "Zeew Wortman to
imię powstańca kwietniowego, które dowódcy wpisali na listę zamordowanych żołnierzy
Żydowskiej Organizacji Bojowej. Podali, że należał do Haszomer Hacair. Nie znalazłam
żadnej wiadomości o Zeewie Wortmanie". Pamiętam, jak mi się to zdanie napisało.
I już wiedziałam, że wkleję je w inne opowieści bez fabuły. Pamiętam ten przymus
powtórzenia imienia, bo jedynym szczegółem, który znam, jest właśnie imię.
Powtarzając imię, ożywiam je jakby. Odczytanie listy przestaje być tylko apelem
poległych. Jest też poszukiwaniem życia.
JT-B: - I to jest obowiązek żywych wobec umarłych. A kiedy to rozumiesz i jesteś
uczciwa wobec umarłych - nie boisz się ich. Nasz lęk przed duchami oznacza, że nie
spełniamy wobec nich swoich powinności. Tu się celebruje rocznice, ale nikt nie walczy
o osobisty dostęp do przeszłości. No i przeszłość nas dręczy. Nagrobki, które
zbudowałaś, to nie jest marsz żałobny. Przywracasz umarłych na moment do życia,
żeby mogli odejść. Ale oni muszą odejść. Bo jeśli zostają, to istnieje
niebezpieczeństwo, że pomylisz żywych z umarłymi.
AG: - Ja ich nie mylę, ale lubię, jak przy jednym stole siedzą. I nie bardzo tu widzę
jakieś niebezpieczeństwo.
JT-B: - Życie w przeszłości jest niebezpieczne! Z drugiej strony, jeśli mamy tylko
symboliczny nagrobek, to bardzo trudno uwolnić się od duchów.
AG: - Trochę mi niewygodnie z tą rozmową o duchach. Ja uważam, że "Odczytanie
Listy" to jest książka o życiu: o miłości, o przyjaźniach, o ideałach tamtych
młodych, o ich tęsknieniu do Erec Israel. I te życia mają swój epilog: tak jak
wszystkie inne kończą się umieraniem.
Spojrzeć w przepaść
AG: - Każdy człowiek ma potrzebę obcowania ze złem, z mrocznością, z dramatem.
Łatwiej, bo bezpieczniej obcować z takim doświadczeniem pośrednio. My, tu w Polsce,
często odnosimy się do potęgi zła i tragedii Holokaustu, bo on nam tu najbliżej.
Rozsiadł się w naszej przestrzeni, żywił się nami, a dziś my żywimy się nim. My -
znaczy: Żydzi, Polacy, wszyscy ci, którzy te głosy słyszą. Potrzebujemy swojego
dramatu, swojej żałoby, swojego nieprawdopodobieństwa, własnej metafizyki.
JT-B: - W rzeczywistości zacierają się kontury, rozmywa nam się świat. I może
"atrakcyjność" Zagłady polega na tym, że ona jest konkretna, rzeczywista.
Śmierć, zagłada mogą być fundamentem. Józef Czapski mówił, że aby malować i
zwyczajnie żyć, musi co pewien czas popatrzyć w przepaść.
AG: - Każdy musi czasem spojrzeć w przepaść. To mi przypomina zdziwienie Hani Krall
jej powodzeniem w Szwecji. Jej książki mają po kilka wydań, a na spotkania autorskie
przychodzą tłumy długich, jasnych i błękitnookich istot. Przychodzą na spotkania z
niską, ciemną kobietą. Bo chcą zaglądnąć w cudzą przepaść i może trochę
zrównoważyć swoją jasność agresywną.
JT-B: - Prawda naukowa zdominowała nasze myślenie o świecie, mówimy sobie - ach, ta
druga prawda to jest tylko prawda sztuki, i jeszcze paru starych kobiet za górami. Twoje
książki o Zagładzie wprowadzają historyków w zakłopotanie, bo oni są przywiązani
do odmierzania prawdy tylko i wyłącznie swoją miarką.
AG: - Myślę, że ich drażnią, czasem nawet oburzają. Wiesz, ja mam ciągle kłopot z
tym, co dla nich jest wiarygodnym źródłem. Często myślę, że wiarygodne to takie,
które jakoś zostało przepuszczone przez maszynkę ich przyzwoitości. Wiele lat temu
Hanna Krall rozmawiała z Markiem Edelmanem w książce "Zdążyć przez Panem
Bogiem". Marek opowiadał o Anielewiczu i powiedział, że matka Anielewicza
malowała skrzela rybie na czerwono, żeby się nieświeże ryby sprzedały. To była
okropnie nieprzyzwoita opowieść. Nigdy w nią Markowi nie uwierzono. Masza Putermilch
opowiedziała mi o śmiertelnie rannym Mejlochu Perelmanie, którego nie można było
nigdzie przenieść; leżał w płonącym domu, do którego zaraz mieli wejść Niemcy.
Nie można go było przenieść, nie można go było dobić, można mu było tylko
zostawić jego broń. Ale Anielewicz kazał zabrać pistolet, bo pistolet był na wagę
życia. Tej opowieści Maszy nigdy nie wybaczono. Niedawno usłyszałam od znanego
historyka Zagłady: to jest kłamstwo, a pani nie powinna była tego napisać.
Więc pewnie mamy swoje i cudze źródła. I potem historycy piszą swoje historie - mamy
historię opowiadaną przez nacjonalistów, chrześcijan, żydów, europejczyków,
feministki, przez czarnych, białych i grubych. Masza powiedziała, że jej mama w czasie
Wielkiej Akcji robiła politykę na podwórkach. Historycy robią politykę na swoich
podwórkach.
Warszawa, styczeń - marzec 2003
ANKA GRUPIŃSKA wydała m. in. "Najtrudniej jest spotkać Lilit. Opowieści
chasydek" (1999) i "Ciągle po kole. Rozmowy z żołnierzami getta
warszawskiego" (2000), jest współautorką opracowania albumu "Warszawa 1943,
Warszawa 1944. Fotograf nieznany" (2002). "Odczytanie Listy" (2003) to jej
najnowsza książka.
Joanna Tokarska-Bakir jest etnografem i antropologiem kultury, pracownikiem
naukowym Uniwersytetu Warszawskiego. Ostatnio opublikowała: "Obraz osobliwy.
Hermeneutyczna lektura źródeł etnograficznych" (2000). Wkrótce ukażą się
"Rzeczy mgliste".
9 kwietnia 1943 roku w getcie warszawskim wybuchło powstanie; trwało do początku maja. Latem 1943 ocaleli przywódcy Żydowskiej Organizacji Bojowej spisali listę poległych; w listopadzie przesłano ją do polskich władz na emigracji. Odnalezioną w zbiorach Studium Polski Podziemnej w Londynie listę Anka Grupińska uczyniła punktem wyjścia niezwykłej książki.
"Odczytanie Listy" to wedle słów Marka Edelmana "cmentarz z liter, cmentarz ze słów o tamtych ludziach". Cmentarz - ale taki, na którym słyszy się głosy umarłych. Bo wchodzimy w ich świat, pełen planów, nadziei, emocji. Postacie wskrzeszane są ze strzępów czyichś relacji, często niedokładnych i wzajemnie sprzecznych. Czasem nie ocalało prawie nic. "Lea Korngold zginęła 22 kwietnia na terenie szopów Toebbensa-Schultza - czytamy na stronie 89. - Tylko Aron Chmielnicki zapamiętał jej imię".
Wśród sylwetek, ułożonych w porządku alfabetycznym, są także ci nieliczni, którzy powstanie przeżyli, i są Polacy, którzy wspierali bojowców ŻOB-u. Na końcu dodano słownik nazw, pojęć, terminów, instytucji i wydarzeń, reprodukcję londyńskiej listy, rekonstrukcję struktury organizacyjnej ŻOB-u i tekst Marka Edelmana "Obrona ghetta" z 1945 roku.
TF
ANKA GRUPIŃSKA, "Odczytanie Listy. Opowieść o powstańcach żydowskich", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003. Na okładce wykorzystano obraz Leona Tarasewicza.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|