adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 15 (2805)
13 kwietnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Teatr Castorfa i polska publiczność


Niemcy w Warszawie

Piotr Gruszczyński


Teatr niemiecki przez długi czas był wzorcem rozliczenia ze swoim narodem, z jego historią, z jego głupotą, hipokryzją i zadufaniem. Teatr Franka Castorfa dodatkowo uczył, jak kopać kapitalizm i punktować jego wady.

Teatr Castorfa Volksbuhne am Rosa Luxemburg Platz, pracujący w sercu dawnego Berlina Wschodniego pod dumnym i wielkim szyldem OST, jest teatrem wyjątkowo bezlitosnym. Wobec kraju, w którym pracuje, wobec widzów, wobec aktorów i wobec siebie. Trzeba wszystko rozwalić, bo tylko całkowita demolka daje szansę na odbudowę. Programem pozytywnym Castorf się już jednak nie zajmuje. Podobnie jak jego wierny i jeszcze radykalniejszy uczeń RenŢé Pollesch. Teatr nie ma wszak obowiązku tworzyć programów reform czy budować utopii. Ale ma obowiązek potrząsać sumieniami widzów.

Przywieziony do Warszawy "Tramwaj zwany pożądaniem" Tennessee Williamsa, grany pod świetnym i wszystko mówiącym tytułem "Endstation Amerika", zmienionym na żądanie spadkobierców pisarza, widziałem po raz pierwszy kilka lat temu w Berlinie. Wtedy wydał mi się niebywale ostrym atakiem na kombatanctwo, będące maskowaniem zdrady ideałów, i masakrującą wręcz analizą miłości w czasach rozpędzonej konsumpcji. Stanley Kowalski, główny bohater dramatu, paradujący po scenie w spranej koszulce z wytartym znakiem Solidarności i kowbojskim kapeluszu, wulgarny, samczy i prymitywny, był w Berlinie znakiem Polaczka i cwaniaka. Poza Polską był znakiem tych wszystkich, od których chcemy uciec, z którymi nie chcemy mieć nic wspólnego, reprezentantem dresiarstwa mentalnego i politycznego.

Zastanawiałem się wtedy, jak spektakl odebrano by w Polsce, kiedy, dociążony kontekstem, stałby się spektaklem o Polakach (dla publiczności niemieckiej przedstawienie było przede wszystkim kolejnym dziełem z cyklu "Kapitalismus und Depression"). W grudniu ubiegłego roku we Wrocławiu spektakl podobno wywołał wielkie oburzenie. W Warszawie, pokazany w ramach Aneksu do warszawskiego Festiwalu Festiwali Teatralnych Spotkania, wywołał zachwyt publiczności, która jakby czekała, aż ktoś wreszcie odważy się dać nam brutalnie w pysk.

Castorf wystawił Williamsa na złość tekstowi, nicując jego sentymentalno-nostalgiczną wymowę. Wystarczy czytać wyświetlane nad sceną poetyzujące didaskalia i porównywać je z tym, co widać na scenie: paskudne wnętrze ze znamionami tandetnej elegancji. Stella i Eunice, w swoim mniemaniu pięknie ubrane, wyglądają jak tanie dziwki. W takt szlagieru zachwalającego perfect day wybijają jajka na patelnię, na której później dwukrotnie będą je przypalać dręcząc widzów potwornym smrodem. Ameryka nie jest żadną obietnicą: to właśnie stacja końcowa, ślepy zaułek bez życia duchowego i zmysłu ironii, w którym grzęźnie się, pocieszając się konsumpcją, dostosowaną do każdej kieszeni. Można przecież zadowolić się ślicznym przelewowym ekspresikiem do kawy i czerwoną lampką z abażurem, jak zrobiła to Stella. Ale nie ma tu mowy o wolności.

Castorf drastycznie podkreśla patriarchalny charakter kultury amerykańskiej. Miejsce kobiet jest w łazience (do której zaglądamy przez drzwi i okiem zainstalowanej w niej kamery). Zajmują się w niej obsesyjnie szorowaniem wanny albo siebie, by stać się godne seksu z mężczyzną. Podążają gęsiego do łazienki, wiedzą, gdzie należą, świetnie znają swoją rolę. Zasady gry akceptuje także Blanche. Stacja końcowa Ameryka jest zresztą nie tylko w Ameryce. Rozprzestrzeniła się na całą Europę.

Takiego teatru, jaki uprawia Castorf, w Polsce w ogóle nie ma. Brakuje nam po pierwsze Brechtowskiej tradycji. Po drugie, nie mamy u nas takich aktorów, gotowych na wszystko i bezlitosnych wobec siebie i postaci, unikających zarazem grania psychologicznego. Po trzecie, brakuje nam dziwnej niefrasobliwości, która sprawia, że Castorf robi spektakle w gniewnym pędzie, nie starając się cyzelować efektu, nie bacząc na arcydzielność roboty. Nie jest wirtuozem ani poetą sceny, lecz reżyserem czynu. Stąd gwałtowność jego przedstawień, ich wysoka temperatura oraz bardzo silne odczucie depresji, osamotnienia w pustce, które powstaje po każdym gwałtownym scenicznym spiętrzeniu.

Stanley w Ameryce dorabia reklamując gumę do żucia. Przebrany za goryla, uczestniczy w pokazach w supermarketach. Zjawa się w przebraniu w domu zaraz po rozmowie Stelli i Blanche na temat jego zwierzęcej samczości. Jest ośmieszony i zdegradowany. Co gorsza, głęboko przeżywa niepowodzenie, jakie spotkało go w pracy, gdy żyrafa zasłoniła go w czasie występu. W związku z Polakami pojawia się też na przykład szczegółowy opis szmuglowania spirytusu w opakowaniach ajaxa. Bohaterowie piją spirytus prosto z plastikowych butelek po płynie do czyszczenia. Wszystkie nasze wady pokazane w teatralnym kondensacie. Tacy jesteśmy: odrażający, wulgarni, bez zasad, źli. Jedynie konflikt iracki złagodził nieco krytykę Polaczków, kierując uwagę na antyamerykańską wymowę sztuki. Ale przecież my też posłaliśmy żołnierzy do Iraku. Endstation Ameryka to już także Polska.


"Endstation Amerika" według "Tramwaju zwanego pożądaniem" Tennessee Williamsa. Reżyseria: Frank Castorf, scenografia Bert Neumann, Volksbuhne am Rosa Luxemburg Platz, pokaz w warszawskim Teatrze Dramatycznym 29 marca 2003.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny