dotb.gif

„TP”, Nr 15 (2805), 13 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2805/kultura05.php

Irlandia w "Tygodniku" - suplement


Muzyka powietrza

Z polskim zespołem Carrantuohill, grającym muzykę irlandzką, rozmawiają Karolina Kosińska i Tomasz Cyz


TYGODNIK POWSZECHNY: - Dlaczego właśnie Irlandia?

CARRANTUOHILL: - Zaczęliśmy interesować się muzyką irlandzką, kiedy jedną z pierwszych swoich czarnych płyt poświęcił tej muzyce Kwartet Jorgi. Zbieraliśmy materiały, docieraliśmy do źródeł, o które na początku było bardzo trudno. To był przecież koniec lat 80., nie można było swobodnie podróżować. Inspiracją stał się także emitowany w polskiej telewizji serial "Robin Hood", do którego ścieżkę dźwiękową tworzył zespół Clannad. Przepiękne celtyckie klimaty.

Jest jeszcze trzeci powód: opowiadamy czasem, że przez tereny dzisiejszego Śląska wędrowali Celtowie. I jesteśmy przekonani, że zostawili w naszych przodkach odrobinę celtyckiej krwi, która być może przetrwała do dziś i w nas odżyła.

"Slavic soul"

- Skąd czerpaliście wiedzę? Skąd mieliście instrumenty? Jak się uczyliście?

- Początkowo wszystko zdobywaliśmy przez znajomych, amatorsko, na dziko. Wreszcie sami zdecydowaliśmy się pojechać do Irlandii. To był rok 1993. Przywieźliśmy całą masę materiałów, braliśmy wszystko: nuty, nagrania, pierwsze instrumenty. Wcześniej graliśmy głównie na gitarach, cytrze, mandolinie, skrzypcach oczywiście, szukając i naśladując charakterystyczne irlandzkie brzmienie. Dopiero w Irlandii zaczęliśmy poznawać brzmienie i używać irlandzkich fletów, dud, bodhranu, bouzuki itd.

- Uczestniczyliście tam w warsztatach muzycznych...

- Tak, w Sligo. "South Sligo Summer School" - czyli warsztaty organizowane przez najlepszych muzyków irlandzkich, głównie dla ludzi spoza Irlandii, którzy nie tyle chcą uczyć się grać na instrumencie, ile poznać specyfikę, pulsację irlandzkiej muzyki. Pod koniec naszego pobytu Irlandczycy mówili, że powstała nowa kraina, "Sligolisia" - czyli połączenie Sligo i Silesii, Irlandii i polskiego Śląska. Irlandczycy uświadomili nam coś, z czego nie zdawaliśmy i nie zdajemy sobie pewnie sprawy do dziś. Stwierdzili mianowicie, że gramy irlandzką muzykę z czymś, co określili jako "Slavic soul" - ze szczyptą słowiańszczyzny.

- Czym byłby ten duch słowiański, a czym sama irlandzkość?

- My staraliśmy się tylko jak najwierniej odtworzyć Irlandię - tak, jak ją czuliśmy. To oni dostrzegli w tym słowiańskiego ducha. Rodowitych Irlandczyków bardzo zaciekawiła ewolucja ich muzyki. Gdyby wszyscy w jednakowy sposób grali te same nuty, całość stawałaby się monotonna, a utwory różniłyby się jedynie jakością wykonania. A chodzi o to, by tradycyjna muzyka irlandzka rozwijała się - w tym przypadku w stronę, której nikt wcześniej nie zaproponował. Może to kwestia specyficznej pulsacji, innego oddechu naszej muzyki, przez co irlandzka przestrzeń przechodzi na słowiańską stronę... Nam w każdym razie wydawało się, że gramy dokładnie tak, jak oni.

"Bo tak się grało"

- Czym jest ta niezmienna pigułka rdzennej muzyki irlandzkiej? Co w niej pozostało z tradycji?

- Nie umiemy chyba tego wyrazić słowami; trzeba by to zagrać i wtedy pokazać różnice... Ciekawe, że w samej Irlandii są miejsca, gdzie tradycja jest silniejsza - chociażby regiony Galway oraz Connemara. Im bardziej na wschód, tym silniej muzyka poddawana jest filtracjom. Każdy rejon ma swoje dialekty muzyczne, które oni doskonale rozróżniają, a my już nie.

Najbardziej surowe jest chyba to, co przetrwało wieki, z pokolenia na pokolenie. Muzyka grana przez naturszczyków, ludzi, którzy nie myślą o tym, jak zagrać: ładniej, lepiej, szybciej czy skoczniej. Biorą instrumenty i grają, bo tak czują. Mieliśmy niezwykłe doświadczenia: gramy w jakiejś wiosce, w pubie. Przychodzą ludzie - prosto z pracy, z pola, brudni i zmęczeni. Biorą w ręce gitarę, dudy, skrzypce i kiedy zaczynają grać - coś się otwiera. Kiedy już "zbrataliśmy się" kolejnym Guinnessem, zaczynamy zadawać pytania: jak to zagraliście? Co to były za akordy? A oni odpowiadają: nie wiemy, nie znamy nut, ale bardzo nam się podoba, fajne, prawda?... Pięknie brzmi. Oni grali tak, jak to podpatrzyli u swojego dziadka, ojca. Bo tak się grało. I wiedzieli tylko, że ma to brzmieć tak a tak.

Druidzi i bardowie, pierwsi wędrowni irlandzcy grajkowie i poeci twierdzili, że w muzyce irlandzkiej jest magia. Coś, co wyzwala w ludziach radość, poczucie otwartości i szczerości. A z drugiej strony jest jakaś siła, która zmusza do konsekwencji i wierności. Irlandzka muzyka, jak może żadna inna, rozprzestrzeniła się na świecie, ale wszędzie zachowuje swoje korzenie. Nigdy nie zaciera się jej istota. To nie jest tak, jak z muzyką country, która jest transponowana, ulega daleko idącym przekształceniom. Muzyka irlandzka ma coś, co pozwala stwierdzić: to jest Irlandia, bez wątpliwości. Na płaszczyźnie czysto muzycznej jest to na przykład rzadko spotykane metrum. Jig, sleep jig - gra się na 6/8, 9/8, bardziej zbliżony do naszego metrum jest reel - który gra się na 4/4, jest jeszcze specyficzny horn pipe. Różnica jest subtelna - u nas metrum 6/8 to po prostu 3/4. To matematycznie da się podzielić, ale ich 6/8 powoduje wydłużenie frazy i specyficzny puls. Charakterystyczne jest wreszcie instrumentarium: dudy, bodhran, bouzuki (jedyny instrument z południa, z Grecji, zaadoptowany przez Irlandczyków), flety, wymagające zupełnie innego frazowania skrzypce. Nasz skrzypek Maciek - po warsztatach, na których wydawało się, że dość szybko "wyłapuje" te wszystkie irlandzkie smaczki - stwierdził, że musi zapomnieć o wszystkim, czego nauczył się wcześniej.

Z irlandzkimi dudami związana jest pewna anegdota. Według tradycji nauka gry na tym instrumencie wymaga 21 lat: przez pierwszych siedem zapoznajesz się z instrumentem, przez kolejne uczysz się, ostatnie siedem - to doszlifowanie. Dopiero wtedy można powiedzieć, że ktoś rzeczywiście potrafi grać na dudach... Nam wydaje się, że Darek Sojka potrafi już grać, ale kto wie, co będzie za te kilka lat, kiedy osiągnie wymaganą dojrzałość...

Jak powietrze

- Jak silna jest tradycyjna muzyka w Irlandii?

- Zachód Irlandii jest zdecydowanie bardziej tradycyjny. Ludzie grają z potrzeby serca, z przyzwyczajenia. I tam pewnie ta muzyka przetrwa jeszcze wieki. To regiony, gdzie kultywuje się celtycki staroirlandzki język. Im bardziej na wschód, tym wszystko jest bardziej cywilizowane. W Dublinie spotkaliśmy muzyków, którzy uważają, że irlandzka muzyka jest zarezerwowana tylko dla Irlandczyków; że nikt inny nie powinien jej wykonywać. Zaczynają ją kategoryzować, zamykać, doktoryzują się na niej - i przez to traci ona autentyczność. A chyba nie o to chodzi.

- Wykorzystujecie w swoich utworach tradycyjne melodie irlandzkie...

- W Irlandii podobno jest ok. 5 tysięcy obiegowych melodii-tematów. Na samym początku skupialiśmy się głównie na ich odtwarzaniu. Chcieliśmy być autentyczni, bardziej irlandzcy niż Irlandczycy. Z czasem zaczęło nam zależeć na własnej interpretacji. Po tylu latach wczuwania się w silną przecież tradycję potrzebujemy oddechu. Zaczęliśmy na bazie muzyki irlandzkiej tworzyć coś swojego. To teraz bardziej Carrantuohill oparty na muzyce irlandzkiej, a nie muzyka irlandzka wykonywana przez Carrantuohill.

- Stąd właśnie pomysł ostatniej płyty "Inis"?

- Chodziło nam o to, żeby przenieść Irlandię na polski grunt. Zaadaptować ją, zaśpiewać po polsku, spróbować wariacji. Mamy bagaż doświadczeń, umiejętności. Chcemy teraz przemówić własnym językiem. A jeśli ktoś chce tradycji, może sięgnąć do poprzednich nagrań. Zresztą my nigdy od Irlandii nie odejdziemy. Ona zawsze będzie podstawą. Nawet grając na jakimś prywatnym spotkaniu inną muzykę, gramy ją po irlandzku... To są brzmienia, instrumenty, wypracowane riffy i układy, które na pewno będą już w nas na zawsze. To, że powstało "Inis" nie znaczy zresztą, że kolejna płyta nie będzie bardzo tradycyjna, związana z korzeniami. Chcieliśmy postawić wyżej poprzeczkę, zrobić coś odważniejszego. Może zależało nam też na tym, aby znaleźć nowych odbiorców, pokazać się szerzej...

- Czy odczuwacie w Polsce silne zainteresowanie Irlandią? Czy zauważacie jakieś różnice stanu obecnego z tym choćby sprzed ponad piętnastu lat?

- Dziś jest sporo grup grających muzykę irlandzką, ludzi ćwiczących taniec irlandzki, poznających irlandzką literaturę. Na początku byliśmy sami. Po pewnym czasie zaczęły powstawać nawet oficjalne placówki. Ale główny nurt tworzony jest i tak od dołu, przez amatorów, miłośników, muzyków, tancerzy. Silnym ośrodkiem jest Poznań, gdzie działa Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Irlandzkiej, mające kilka oddziałów w innych miastach Polski. Prężny jest także Kraków, gdzie odbywa się festiwal celtycki. Jest jeszcze Dowspuda, choć tam silniejszy jest kierunek szkocki.

- Koncertujecie także w Europie. Czy w innych krajach zainteresowanie muzyką i kulturą irlandzką jest równie silne?

- Jest duży festiwal w Bretanii, która stała się nieformalnym centrum kultury celtyckiej. Graliśmy na festiwalach w Budapeszcie, w Niemczech, wkrótce wybieramy się do Bratysławy. Rzeczywiście, zainteresowanie muzyką i kulturą irlandzką jest silne. Może dlatego, że Europa się łączy, chce wzajemnie się poznać... A ludzie z krajów bloku wschodniego rozglądają się wokół siebie, szukają porozumienia, bratnich dusz.

- Czy muzyka tradycyjna może zginąć w Irlandii?

- Nie ma się o co bać. To jest tak żywe, tak naturalne, jak powietrze, codzienność.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl