|
Irlandia w "Tygodniku" - suplement
Muzyka powietrza
Z polskim zespołem Carrantuohill, grającym muzykę irlandzką, rozmawiają Karolina Kosińska
i Tomasz Cyz
TYGODNIK POWSZECHNY: - Dlaczego właśnie Irlandia?
CARRANTUOHILL: - Zaczęliśmy interesować się muzyką irlandzką, kiedy jedną z
pierwszych swoich czarnych płyt poświęcił tej muzyce Kwartet Jorgi. Zbieraliśmy
materiały, docieraliśmy do źródeł, o które na początku było bardzo trudno. To był
przecież koniec lat 80., nie można było swobodnie podróżować. Inspiracją stał się
także emitowany w polskiej telewizji serial "Robin Hood", do którego ścieżkę
dźwiękową tworzył zespół Clannad. Przepiękne celtyckie klimaty.
Jest jeszcze trzeci powód: opowiadamy czasem, że przez tereny dzisiejszego Śląska wędrowali
Celtowie. I jesteśmy przekonani, że zostawili w naszych przodkach odrobinę celtyckiej
krwi, która być może przetrwała do dziś i w nas odżyła.
"Slavic soul"
- Skąd czerpaliście wiedzę? Skąd mieliście instrumenty? Jak się uczyliście?
- Początkowo wszystko zdobywaliśmy przez znajomych, amatorsko, na dziko. Wreszcie sami
zdecydowaliśmy się pojechać do Irlandii. To był rok 1993. Przywieźliśmy całą masę
materiałów, braliśmy wszystko: nuty, nagrania, pierwsze instrumenty. Wcześniej graliśmy
głównie na gitarach, cytrze, mandolinie, skrzypcach oczywiście, szukając i naśladując
charakterystyczne irlandzkie brzmienie. Dopiero w Irlandii zaczęliśmy poznawać
brzmienie i używać irlandzkich fletów, dud, bodhranu, bouzuki itd.
- Uczestniczyliście tam w warsztatach muzycznych...
- Tak, w Sligo. "South Sligo Summer School" - czyli warsztaty organizowane przez
najlepszych muzyków irlandzkich, głównie dla ludzi spoza Irlandii, którzy nie tyle chcą
uczyć się grać na instrumencie, ile poznać specyfikę, pulsację irlandzkiej muzyki.
Pod koniec naszego pobytu Irlandczycy mówili, że powstała nowa kraina,
"Sligolisia" - czyli połączenie Sligo i Silesii, Irlandii i polskiego Śląska.
Irlandczycy uświadomili nam coś, z czego nie zdawaliśmy i nie zdajemy sobie pewnie
sprawy do dziś. Stwierdzili mianowicie, że gramy irlandzką muzykę z czymś, co określili
jako "Slavic soul" - ze szczyptą słowiańszczyzny.
- Czym byłby ten duch słowiański, a czym sama irlandzkość?
- My staraliśmy się tylko jak najwierniej odtworzyć Irlandię - tak, jak ją czuliśmy.
To oni dostrzegli w tym słowiańskiego ducha. Rodowitych Irlandczyków bardzo zaciekawiła
ewolucja ich muzyki. Gdyby wszyscy w jednakowy sposób grali te same nuty, całość stawałaby
się monotonna, a utwory różniłyby się jedynie jakością wykonania. A chodzi o to, by
tradycyjna muzyka irlandzka rozwijała się - w tym przypadku w stronę, której nikt wcześniej
nie zaproponował. Może to kwestia specyficznej pulsacji, innego oddechu naszej muzyki,
przez co irlandzka przestrzeń przechodzi na słowiańską stronę... Nam w każdym razie
wydawało się, że gramy dokładnie tak, jak oni.
"Bo tak się grało"
- Czym jest ta niezmienna pigułka rdzennej muzyki irlandzkiej? Co w niej pozostało z
tradycji?
- Nie umiemy chyba tego wyrazić słowami; trzeba by to zagrać i wtedy pokazać różnice...
Ciekawe, że w samej Irlandii są miejsca, gdzie tradycja jest silniejsza - chociażby
regiony Galway oraz Connemara. Im bardziej na wschód, tym silniej muzyka poddawana jest
filtracjom. Każdy rejon ma swoje dialekty muzyczne, które oni doskonale rozróżniają,
a my już nie.
Najbardziej surowe jest chyba to, co przetrwało wieki, z pokolenia na pokolenie. Muzyka
grana przez naturszczyków, ludzi, którzy nie myślą o tym, jak zagrać: ładniej,
lepiej, szybciej czy skoczniej. Biorą instrumenty i grają, bo tak czują. Mieliśmy
niezwykłe doświadczenia: gramy w jakiejś wiosce, w pubie. Przychodzą ludzie - prosto z
pracy, z pola, brudni i zmęczeni. Biorą w ręce gitarę, dudy, skrzypce i kiedy zaczynają
grać - coś się otwiera. Kiedy już "zbrataliśmy się" kolejnym Guinnessem,
zaczynamy zadawać pytania: jak to zagraliście? Co to były za akordy? A oni odpowiadają:
nie wiemy, nie znamy nut, ale bardzo nam się podoba, fajne, prawda?... Pięknie brzmi.
Oni grali tak, jak to podpatrzyli u swojego dziadka, ojca. Bo tak się grało. I wiedzieli
tylko, że ma to brzmieć tak a tak.
Druidzi i bardowie, pierwsi wędrowni irlandzcy grajkowie i poeci twierdzili, że w muzyce
irlandzkiej jest magia. Coś, co wyzwala w ludziach radość, poczucie otwartości i
szczerości. A z drugiej strony jest jakaś siła, która zmusza do konsekwencji i wierności.
Irlandzka muzyka, jak może żadna inna, rozprzestrzeniła się na świecie, ale wszędzie
zachowuje swoje korzenie. Nigdy nie zaciera się jej istota. To nie jest tak, jak z muzyką
country, która jest transponowana, ulega daleko idącym przekształceniom. Muzyka
irlandzka ma coś, co pozwala stwierdzić: to jest Irlandia, bez wątpliwości. Na płaszczyźnie
czysto muzycznej jest to na przykład rzadko spotykane metrum. Jig, sleep jig - gra się
na 6/8, 9/8, bardziej zbliżony do naszego metrum jest reel - który gra się na 4/4, jest
jeszcze specyficzny horn pipe. Różnica jest subtelna - u nas metrum 6/8 to po prostu
3/4. To matematycznie da się podzielić, ale ich 6/8 powoduje wydłużenie frazy i
specyficzny puls. Charakterystyczne jest wreszcie instrumentarium: dudy, bodhran, bouzuki
(jedyny instrument z południa, z Grecji, zaadoptowany przez Irlandczyków), flety,
wymagające zupełnie innego frazowania skrzypce. Nasz skrzypek Maciek - po warsztatach,
na których wydawało się, że dość szybko "wyłapuje" te wszystkie
irlandzkie smaczki - stwierdził, że musi zapomnieć o wszystkim, czego nauczył się
wcześniej.
Z irlandzkimi dudami związana jest pewna anegdota. Według tradycji nauka gry na tym
instrumencie wymaga 21 lat: przez pierwszych siedem zapoznajesz się z instrumentem, przez
kolejne uczysz się, ostatnie siedem - to doszlifowanie. Dopiero wtedy można powiedzieć,
że ktoś rzeczywiście potrafi grać na dudach... Nam wydaje się, że Darek Sojka
potrafi już grać, ale kto wie, co będzie za te kilka lat, kiedy osiągnie wymaganą
dojrzałość...
Jak powietrze
- Jak silna jest tradycyjna muzyka w Irlandii?
- Zachód Irlandii jest zdecydowanie bardziej tradycyjny. Ludzie grają z potrzeby serca,
z przyzwyczajenia. I tam pewnie ta muzyka przetrwa jeszcze wieki. To regiony, gdzie
kultywuje się celtycki staroirlandzki język. Im bardziej na wschód, tym wszystko jest
bardziej cywilizowane. W Dublinie spotkaliśmy muzyków, którzy uważają, że irlandzka
muzyka jest zarezerwowana tylko dla Irlandczyków; że nikt inny nie powinien jej wykonywać.
Zaczynają ją kategoryzować, zamykać, doktoryzują się na niej - i przez to traci ona
autentyczność. A chyba nie o to chodzi.
- Wykorzystujecie w swoich utworach tradycyjne melodie irlandzkie...
- W Irlandii podobno jest ok. 5 tysięcy obiegowych melodii-tematów. Na samym początku
skupialiśmy się głównie na ich odtwarzaniu. Chcieliśmy być autentyczni, bardziej
irlandzcy niż Irlandczycy. Z czasem zaczęło nam zależeć na własnej interpretacji. Po
tylu latach wczuwania się w silną przecież tradycję potrzebujemy oddechu. Zaczęliśmy
na bazie muzyki irlandzkiej tworzyć coś swojego. To teraz bardziej Carrantuohill oparty
na muzyce irlandzkiej, a nie muzyka irlandzka wykonywana przez Carrantuohill.
- Stąd właśnie pomysł ostatniej płyty "Inis"?
- Chodziło nam o to, żeby przenieść Irlandię na polski grunt. Zaadaptować ją, zaśpiewać
po polsku, spróbować wariacji. Mamy bagaż doświadczeń, umiejętności. Chcemy teraz
przemówić własnym językiem. A jeśli ktoś chce tradycji, może sięgnąć do
poprzednich nagrań. Zresztą my nigdy od Irlandii nie odejdziemy. Ona zawsze będzie
podstawą. Nawet grając na jakimś prywatnym spotkaniu inną muzykę, gramy ją po
irlandzku... To są brzmienia, instrumenty, wypracowane riffy i układy, które na pewno będą
już w nas na zawsze. To, że powstało "Inis" nie znaczy zresztą, że kolejna
płyta nie będzie bardzo tradycyjna, związana z korzeniami. Chcieliśmy postawić wyżej
poprzeczkę, zrobić coś odważniejszego. Może zależało nam też na tym, aby znaleźć
nowych odbiorców, pokazać się szerzej...
- Czy odczuwacie w Polsce silne zainteresowanie Irlandią? Czy zauważacie jakieś różnice
stanu obecnego z tym choćby sprzed ponad piętnastu lat?
- Dziś jest sporo grup grających muzykę irlandzką, ludzi ćwiczących taniec
irlandzki, poznających irlandzką literaturę. Na początku byliśmy sami. Po pewnym
czasie zaczęły powstawać nawet oficjalne placówki. Ale główny nurt tworzony jest i
tak od dołu, przez amatorów, miłośników, muzyków, tancerzy. Silnym ośrodkiem jest
Poznań, gdzie działa Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Irlandzkiej, mające kilka oddziałów
w innych miastach Polski. Prężny jest także Kraków, gdzie odbywa się festiwal
celtycki. Jest jeszcze Dowspuda, choć tam silniejszy jest kierunek szkocki.
- Koncertujecie także w Europie. Czy w innych krajach zainteresowanie muzyką i kulturą
irlandzką jest równie silne?
- Jest duży festiwal w Bretanii, która stała się nieformalnym centrum kultury
celtyckiej. Graliśmy na festiwalach w Budapeszcie, w Niemczech, wkrótce wybieramy się
do Bratysławy. Rzeczywiście, zainteresowanie muzyką i kulturą irlandzką jest silne.
Może dlatego, że Europa się łączy, chce wzajemnie się poznać... A ludzie z krajów
bloku wschodniego rozglądają się wokół siebie, szukają porozumienia, bratnich dusz.
- Czy muzyka tradycyjna może zginąć w Irlandii?
- Nie ma się o co bać. To jest tak żywe, tak naturalne, jak powietrze, codzienność.
|