|
Perypetie kolekcji Flicka: sztuka nowoczesna i cienie nazistowskiej przeszłości
Pośmiertny tryumf dziadka
Nawojka Cieślińska
Nieźle jest być bogatym. Jeszcze lepiej bardzo bogatym. Można wtedy zbierać sztukę -
najpierw starą, potem nowszą, by wreszcie zdecydować się na współczesną.
Komercyjnie najatrakcyjniejszą. Tak, jak to robi niemiecki multimilioner, 57-letni dziś
Friedrich Christian Flick.
Kolekcja Flicka składa się z 2500 dzieł. Znajdziemy w niej klasyków nowoczesności -
Duchampa, Picabię, Schwittersa, Mondriana, Broodthaersa. A także najwyżej cenionych
artystów żyjących - w Polsce niestety niemal nieznanych - Gerharda Richtera, Sigmara
Polke, Richarda Serrę, Dan Flavina, Dietera Rotha. I największy w świecie zbiór prac
Bruce'a Naumana.
Wartość kolekcji szacuje się dziś na ok. 125 milionów euro. Jest to jakoby równowartość
sumy, którą Flick oszczędził na niemieckim fiskusie, przenosząc się w 1975 r. do
bardziej przyjaznej podatkowo Szwajcarii. Flick nadał swym zbiorom status fundacji, co
zwalnia ją z opodatkowania. Co w tym złego, że odziedziczywszy po dziadku spory majątek
- 400 milionów marek na początku lat 70. - pomnożył go, jak przystało na
utalentowanego przedsiębiorcę i teraz dobrze inwestuje? A jeśli jeszcze znalazł
szlachetną pasję i chce się jej owocami dzielić z innymi?!
Szkopuł w tym, że kolekcji Flicka nikt dotąd nie widział, mimo że jej właściciel chętnie
wypożycza pojedyncze prace na prestiżowe wystawy i od dawna szuka miejsca dla jej
publicznej prezentacji. W minionym roku dwukrotnie musiał się wycofać ze swoich planów:
w Zurychu, gdzie chciał położyć kamień węgielny pod prywatne muzeum, i w Monachium,
gdzie w 2002 r. miała mieć miejsce pierwsza publiczna wystawa zbiorów milionera.
Wyłącznie interes
A wszystkiemu winien dziadek. Friedrich Flick (1883-1972) - niekoronowany król Zagłębia
Ruhry, właściciel potężnych koncernów stali i węgla - stał się największym
dostawcą broni Adolfa Hitlera. Był członkiem NSDAP i ekskluzywnego Kręgu Przyjaciół
Reichsführera SS Heinricha Himmlera. Pozostawał w przyjaznych stosunkach z Goeringiem. W
1938 r. przepisał na niego 1/3 udziałów kopalni Harpener, w zamian za co przejął
poddane tzw. aryzacji kopalnie czesko-żydowskiej rodziny Petschek. Nie był nazistą -
chodziło wyłącznie o interes.
W 1944 r. koncern Flicka zatrudniał 120 tysięcy robotników, z czego ponad 40 %
stanowili więźniowie obozów koncentracyjnych, robotnicy przymusowi i jeńcy wojenni. W
1947 r. w jednym z procesów norymberskich uznano starego Flicka za zbrodniarza wojennego
i skazano go na siedem lat więzienia. Wyszedł po trzech. Już w 1960 r. znów był
najbogatszym człowiekiem w Niemczech.
W tym samym czasie 1300 węgierskich Żydówek, które w czasie wojny były robotnicami
przymusowymi w fabrykach Flicka, wystąpiło pod jego adresem z roszczeniami
odszkodowawczymi. Kiedy wreszcie przedstawicielom firmy udało się wynegocjować końcową
sumę (5 milionów marek), stary Flick zażądał zaświadczenia, że "nie było
humanitarnych ani moralnych powodów tej wypłaty". Dopiero w 1986 r. - 14 lat po śmierci
Flicka - gdy jego koncern kupił Deutsche Bank, pieniądze zostały przekazane
poszkodowanym. Dobre imię zaczęło być w cenie.
Spadkobiercy Friedricha Flicka należą do najbogatszych rodzin w RFN. Fortuna jego syna
(również kolekcjonera, ale zajmującego się sztuką dawną), 76-letniego
Friedricha-Karla oceniana bywa na 5 miliardów euro, Friedricha Christiana, zwanego
Mickiem, na pół miliarda, podobnie jak jego starszego brata Gerda-Rudolfa, zwanego
Muckiem. Siostra Dagmara i matka Barbara są uposażone skromniej: dysponują 250 i 50
milionami euro.
W radzie rodzinnej mówi się niekiedy o odszkodowaniach. Barbara uchodzi za twardogłową.
Uważa, że robotnicy przymusowi byli traktowani dobrze. Mick i Muck to obywatele świata,
posiadają żydowskich przyjaciół. Mick pragnie od artystów dowiadywać się o wojnie,
rasizmie, totalitaryzmie. Dlatego szczególnie ceni Richtera, Polkego i Naumana. Muck
mieszka w Londynie, zbiera obrazy, a w 1995 r. podarował Uniwersytetowi Oxfordzkiemu 800
tys. marek. W "Timesie" ukazał się wówczas artykuł brytyjskiego historyka,
zatytułowany "Dlaczego szacunek zbrodniarzowi wojennemu?". Po jego publikacji
wnuk cofnął donację. Muck wystosował list otwarty, w którym z "głębokim
osobistym wstydem" zdystansował się wobec czynów dziadka i oświadczył, że
"całkiem możliwe, iż zapłaci jakieś odszkodowania ofiarom, które przeżyły
Holokaust". Jest "jednak członkiem rodziny i w takiej sprawie musi zebrać się
rada familijna. Do tego czas jeszcze nie dojrzał, a poza tym czyż w ogóle można za
ludzkie tragedie płacić pieniędzmi".
Rodzinna odpowiedzialność
W marcu 2001 r. do pięciu członków klanu Flicków zwrócono się z prośbą o finansową
partycypację w Fundacji "Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość". Brakowało
jej wówczas ok. półtora miliarda marek do ogólnej sumy 10 miliardów przeznaczonych na
wypłaty odszkodowań dla byłych pracowników przymusowych i ofiar eksperymentów
medycznych. Prośba spotkała się z odmową Micka.
Mick tłumaczył negatywną decyzję statusem osoby prywatnej, która nie ma nic wspólnego
z dawnymi przedsiębiorstwami koncernu Flicka. Był też krytyczny w kwestii efektywnego
sposobu rozdziału zebranych środków przez niemieckich dysponentów. Nadto irytować go
mogli domorośli strażnicy moralności, którzy apelowali do jego sumienia, zapominając,
że powstanie Funduszu "Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość" zostało
wymuszone groźbą bojkotu gospodarki niemieckiej w USA i widmem pozwów zbiorowych
wytaczanych w imieniu byłych robotników przymusowych.
Odmowa Micka sprawiła, że wiosną 2002 r. jego kolekcja znalazła się pod pręgierzem
opinii publicznej jako zakupiona ze środków mających swe źródło w hańbie. 32
intelektualistów i artystów postanowiło przypomnieć Flickowi jego historyczną
odpowiedzialność. Pisali: "Użycie dzieł artystycznych jako prywatnego
odpuszczenia win wydaje nam się w kontekście osobistej sytuacji ofiar cyniczne i w
wysokim stopniu szkodliwe dla postrzegania niemieckiej sztuki i kultury". Pikanterii
dodaje fakt, że list powstał z inicjatywy pracownika berlińskiej agencji
konsultingowej, która doradzała firmom i osobom prywatnym, czy i jaką sumą muszą
partycypować w Funduszu Odszkodowawczym. Z protestami solidaryzowała się niemal cała
prasa szwajcarska i niemiecka.
Brutalność i pryncypialność tego ataku - mówiono o "krwawej kolekcji" i
"zbrodniczym pieniądzu" - sprawiała wrażenie kompensacji po aferach związanych
z nazistowskim złotem i polisami ubezpieczeniowymi ofiar Holokaustu złożonymi w
szwajcarskich bankach. Było w nim zresztą mnóstwo hipokryzji. Wystarczy powiedzieć, że
sala im. Bührlego w zuryskim Kunsthausie została opłacona z pieniędzy zarobionych
przez jej patrona na handlu bronią z III Rzeszą, a niektóre obrazy z jego kolekcji
pochodzą z nazistowskiej grabieży. Muzeum w Bazylei zawdzięcza niezwykłą jakość
swych zbiorów zakupom od rządu nazistowskiego dzieł wyrzuconych z muzeów niemieckich
jako "zdegenerowane". W katalogach muzeów szwajcarskich zauważyć można, jak
wiele nabytków pochodzi z pierwszej połowy lat 40. i jak enigmatycznie określane bywa
pochodzenie tych obiektów.
W marcu 2002 r. Mick potwierdził utworzenie w nowych landach własnej fundacji przeciw
ksenofobii, rasizmowi i nietolerancji - z kapitałem 10 milionów marek. Argumentował, że
nie sądzi, by dziedziczyło się winę. Ale jest zdania, że dziedziczy się
odpowiedzialność. I on ją dziedziczy - jako Niemiec i jako nosiciel nazwiska Flick.
Chce podjąć odpowiedzialność aktywnie. Pragnie ją także wpoić swoim dzieciom, z którymi,
choć niepełnoletnie, już o tym rozmawiał, zobowiązując je, by w przyszłości
kontynuowały jego zaangażowanie.
W tym samym czasie Mick publicznie zrezygnował z budowy zuryskiego muzeum oraz z
prezentacji kolekcji w monachijskim Haus der Kunst, "bo w powstałej sytuacji mogłaby
zaszkodzić artystom i dziełom". I to wbrew opinii Christopha Vitalego, dyrektora
tej galerii (wybudowanej dla Hitlera w 1937 r.), który uznał zuryską dyskusję za
"zastępczą". Prawdziwą "mogłaby wywołać ekspozycja kolekcji Flicka w
gmachu Haus der Kunst, właśnie z racji jej historii".
Berlińskie plany
Potem zapadło kilkumiesięczne medialne milczenie. W pierwszej połowie lipca 2002 r.
niemiecka opinia publiczna po raz pierwszy dowiedziała się, że rozmowy z Mickiem
Flickiem prowadzi naczelny dyrektor berlińskich muzeów państwowych Fundacji Pruskiego
Dziedzictwa Kultury, Klaus-Peter Schuster. Fundacja Pruska jest niezwykle prestiżową
instytucją Republiki Berlińskiej - choć jej początki wiążą się z niechlubnym rozwiązaniem
państwa pruskiego. Należy do niej kilkanaście muzeów, biblioteki, archiwa, instytuty
naukowe. Jest symbolem troski o pamięć i ciągłość historyczną niemieckiej kultury.
To na pewno Schuster zaczął zabiegać o kolekcję Flicka. Kolekcjoner zapewne nie ośmieliłby
się mierzyć w Berlin - dawną stolicę Rzeszy. To, co dla Micka nieosiągalne, dla
dyrektora Schustera oraz dla prezydenta Fundacji Klausa-Dietera Lehmanna było oczywiste,
ale i niewystarczające. Szefowie Fundacji wiedzą doskonale, że Berlin (pominąwszy
straty, które sam sobie zadał w latach 30. podczas akcji "czyszczenia" zbiorów
ze sztuki "zdegenerowanej"), jeśli chodzi o sztukę współczesną, przez całe
powojenne dziesięciolecia był prowincjonalny, i to nawet w porównaniu z Kolonią i
muzeami Nadrenii. Teraz, by nadrobić straty, Berlin sprowadza najlepszych architektów,
najbardziej kreatywnych twórców i najbardziej obiecującą młodzież artystyczną.
Fundacja Pruska zaprasza wielkich kolekcjonerów.
Zbiory Friedricha Christiana Flicka mogłyby stanowić część tych dalekosiężnych (i
już realizowanych) planów. Z tej perspektywy inicjatywa Schustera wydawała się
oczywista. Problemem stało się to, jak rozegrać tę sprawę politycznie i medialnie.
Oraz, jak wynegocjować umowę z Mickiem Flickiem.
Co na to opinia publiczna w Niemczech? Przecież nie otrząśnięto się jeszcze z
niedawnej afery medialnej "Martin Walser kontra Marcel Reich-Ranicki". W dodatku
w Berlinie ciągle brakuje środków na dokończenie gigantycznego pomnika ku czci
zamordowanych podczas Holokaustu Żydów, który za dwa lata ma stanąć przy Bramie
Brandenburskiej. Z podobnymi problemami boryka się projekt budowy Centrum Topografii
Terroru, dokumentującego zbrodnie nazistowskie. Można by się spodziewać burzy.
Tymczasem panuje niemal niezmącona cisza.
W trakcie trwania negocjacji do mediów docierały bardzo wstrzemięźliwe i selektywnie
dozowane strzępy wiadomości. Najpierw Schuster prowadził "od pewnego czasu rozmowy
z zamiarem czasowego pokazania kolekcji Flicka", następnego dnia okazywało się, że
"żadnego muzeum Flicka w Berlinie się nie planuje". Potem media doniosły, że
pertraktowano wstępnie z nadburmistrzem Wowereitem i że "rozmawia się o długotrwałej
obecności kolekcji w Berlinie i to w sąsiedztwie Hamburger Bahnhof". "Die
Welt", gazeta zaprzyjaźniona z Fundacją Pruską, pisała w lipcu 2002:
"Berlinowi wypada życzyć, by inicjatywa Schustera, wspierana przez Wowereita, nie
rozbiła się mimo moralnych wątpliwości wobec zachowania Flicka w sprawach funduszu
odszkodowawczego dla robotników przymusowych". "Berliner Morgenpost"
komentował 24 lipca: "jeśli Berlin nie skorzysta z tej sposobności, nadejdzie
czas, by przemyśleć "polityczną poprawność"".
90-letni żydowski reemigrant, wybitny, uhonorowany przez Fundację kolekcjoner Heinz
Berggruen, z radością powitał w Berlinie kolekcję Flicka - to już było niemal
namaszczenie.
Z ostrą polemiką wystąpiła jedynie Alice Ströver, rzecznik kulturalny berlińskich
Zielonych. Zażądała, by Flick włączył się przynajmniej w finansowanie berlińskiego
centrum "Topografia terroru". Wołaniem na puszczy okazał się też głos właściciela
jednej z berlińskich galerii, Harry'ego Lybke (nota bene z dawnego NRD), optujący za
otwartą debatą, w której - jeszcze przed podjęciem decyzji o losach kolekcji Flicka -
opinia publiczna miałaby możliwość wypowiedzenia się za lub przeciw umieszczeniu jej
w Berlinie.
Niedźwiedzia przysługa
I tak nastał Nowy Rok, a z nim radosna nowina: Berlin będzie miał Flick Collection. 9
stycznia 2003 r. podpisano umowę między Friedrichem Christianem Flickiem a prezydentem
Fundacji Pruskiego Dziedzictwa Kultury Karlem-Dieterem Lehmannem. Atmosfera przypominała
najważniejsze uroczystości państwowe.
Bo też była to koronkowa robota. Ustalono, że Flick wybierze architektów i da 5 milionów
euro na przebudowę hali przemysłowej w pobliżu Hamburger Bahnhof. Wystawę - której
otwarcie nastąpi na początku 2004 r. - przygotują kuratorzy Fundacji. Depozyt opiewa na
7 lat, jednak Mick już zapowiedział, że "zbiory powinny zostać w Berlinie dłużej".
Dziadek byłby chyba zadowolony, że nazwisku przywrócone zostaje dobre imię.
I pytam, gdzie w tej całej sprawie podziali się artyści - ci, którzy zwykli postrzegać
siebie jako sejsmograf społeczeństwa, a we współczesnych Niemczech pretendują w
dodatku do miana wyrazicieli historycznej "nadwrażliwości"? Gdzie są
sygnatariusze zuryskiego protestu sprzed kilku miesięcy? Tylko jeden z nich, berlińczyk
Jochen Gertz jest zdania, że "miejsce tej kolekcji jest za granicą. W Niemczech
zawsze będzie postrzegana w historycznym kontekście, z którym w istocie nie ma nic wspólnego.
Flick będąc miłośnikiem sztuki nie może dopuścić do tego, by kolekcję nazywać
"krwawą sztuką". Dlatego też Berlin powinien z niej zrezygnować. Łapczywe
życzenie zainstalowania jej tutaj może okazać się dla niej niedźwiedzią przysługą.
A ona z pewnością na to nie zasługuje. Berlin ma i bez niej wystarczająco wiele miejsc
brzemiennych historią najnowszą".
Puenty nie będzie, bo byłoby ich zbyt wiele, a każda niewesoła.
Nawojka Cieślińska jest historykiem i krytykiem sztuki, kuratorem wystaw; w
latach 1991-1994 była radcą kulturalnym ambasady RP w Niemczech i dyrektorem Instytutu
Polskiego w Duesseldforfie, a w latach 1995-1996 dyrektorem Muzeum Sztuki w Łodzi.
Mieszka w Warszawie i pod Monachium
|