|
"Polowanie na króliki", czyli australijski "szkielet w szafie"
Cień wielkiego płotu
Anita Piotrowska
Czy rzeczywiście żyjemy w najlepszym z możliwych światów i czy mamy w związku z tym
prawo uszczęśliwiać na siłę inne kultury, wpajając im sprawdzone u nas wzorce?
Wstydliwie skrywane "białe plamy" znaczą historię współczesnego świata. Często
dopiero za sprawą ważnych książek czy filmów dowiadujemy się o kolejnym trupie głęboko
ukrytym w szafie. W historii wielu krajów, również tych należących do naszego kręgu
kultury, opartych na wolności słowa i demokracji, ciągle potykamy się o fakty
dotychczas przemilczane.
Gdyby nie "Sąsiedzi" Grossa, długo jeszcze skrywalibyśmy pod korcem drażliwy
problem polskiego antysemityzmu. Przed kilku laty na Krakowskim Festiwalu Filmowym
pokazywany był odważny fiński dokument pt. "Oddajcie nam nasze szkielety!" -
o odrażających eksperymentach genetycznych, jakich dopuszczali się Skandynawowie na
Lapończykach. Francuzi od lat próbują się rozliczać z haniebnym epizodem czasów
Vichy, czego przykładem był ubiegłoroczny film "Laissez-passer" Bertranda
Taverniera. Może tylko Amerykanie radzą sobie z niechlubnym dziedzictwem: dość
przypomnieć falę ekologicznych antywesternów z lat 70. czy liczne filmy odreagowujące
wietnamską traumę.

"Polowanie na króliki" przenosi nas na kontynent, który jeszcze nie załatwił
swoich porachunków z historią. Choć ma charakter fabularny, został oparty na
autentycznych zdarzeniach, opisanych po latach przez córkę głównej bohaterki. Odwołuje
się do ponurych faktów z nie tak dawnej przeszłości Australii.
Jest rok 1931. Na mocy Ustawy o Aborygenach dzieci pochodzące z mieszanych rodzin są siłą
odbierane rodzicom, po czym umieszczane w specjalnych ośrodkach wychowawczych, gdzie
poddaje się je przyspieszonej, cywilizacyjnej obróbce. Proceder ten, mający na celu
wyeliminowanie tzw. trzeciej rasy, trwał ponoć jeszcze do lat 70. Jego ofiarami padały
zarówno niemowlęta, jak i dzieci starsze. W licznych zakładach, będących skrzyżowaniem
domu dziecka i zakładu poprawczego, miały wyrzec się tożsamości i przysposobić do życia
w nowoczesnym społeczeństwie.
Hipokryzja tego projektu polegała na tym, że wielu "wychowanków"
wykorzystywano potem do niewolniczej pracy na rzecz białych dobroczyńców. Nielicznym
udawało się wcześniej uciec i odnaleźć żyjących gdzieś daleko w buszu rodziców.
Trzy spokrewnione z sobą dziewczynki z filmu Noyce'a podjęły się właśnie takiej próby.
Porwane i umieszczone w oddalonym o 2500 kilometrów obskurnym ośrodku prowadzonym przez
zakonnice, miały przed sobą zadanie trudne do udźwignięcia nawet dla dorosłego. Nie
miały w tej ucieczce żadnych sprzymierzeńców, ich wysiłki zdawały się beznadziejne.
Gdzieś daleko ktoś jednak wierzył, że ponowne spotkanie jest możliwe.
Noyce znalazł dla tej historii mocną metaforę, której nie oddaje do końca polskie tłumaczenie
tytułu "Rabbit-Proof Fence". Ciągnące się setki kilometrów siatki, najeżone
drutem kolczastym, budowali Australijczycy, by ustrzec pola farmerów przez plagą długouchych
szkodników. Dla uciekających dziewczynek właśnie taki płot łączący północ z południem
staje się jedynym drogowskazem - posuwając się wzdłuż niego przez wiele tygodni, mają
nadzieję dotrzeć wreszcie do domu.
Jak na ironię - takich przecinających kontynent płotów jest kilka, co dodaje
dramatyzmu i tak przecież heroicznej podróży. Przedzieranie się wycieńczonych dzieci
przez pustynie i nieprzyjazne ludzkie osady staje się możliwe tylko dzięki determinacji
najstarszej z dziewczynek. Swój udział mają też opiekuńcze duchy, które w ostatnim,
najbardziej niebezpiecznym odcinku drogi przyjdą im z pomocą.
Końcowe, niemal magiczne ujęcie filmu przedstawia dwie staruszki - nie aktorki, ale
prawdziwe bohaterki tej opowieści. Poznajemy też w telegraficznym skrócie ich dalsze,
jeszcze bardziej pogmatwane losy. W Australii mówi się o nich dzisiaj "skradzione
pokolenie", choć skutki barbarzyńskiej ustawy dotknęły również ich dzieci, które
trafiały potem do tych samych ośrodków i często już nigdy nie miały okazji zobaczyć
najbliższych.
Ujmująco prosty, stroniący od efekciarstwa film Philipa Noyce'a, ilustrowany dyskretną,
zakorzenioną w etnicznych brzmieniach muzyką Petera Gabriela, jest z pewnością oskarżycielski,
ale wcale nie tendencyjny. Pokazuje na przykład i tych "białych", którzy w
bezinteresownym odruchu serca próbują pomagać małym uciekinierkom. Kiedy jednak słyszymy
zza kadru zachrypnięty głos narratorki opowiadającej nam w języku jabba niewiarygodną
historię swojej matki, nie sposób uciec od jednej refleksji. Czy rzeczywiście żyjemy w
najlepszym z możliwych światów i czy mamy w związku z tym prawo uszczęśliwiać na siłę
inne kultury, wpajając im sprawdzone u nas wzorce?
Znakiem takiej arogancji jest w tym filmie pan Neville, grany "na zimno" przez
Kennetha Branagha, aktora uchodzącego we współczesnym kinie za uosobienie brytyjskości.
Pan Neville to specjalista od inżynierii społecznej, bezwzględnie kierujący akcją
"pomocy tubylcom - nawet wbrew ich woli". Ale znamienna jest też inna postać -
przekabacony przez białych panów autochton o przezwisku "Tropiciel", zwierzęco
sprytny, z pełnym poświęceniem polujący na zbiegłe dzieci (gra go najsłynniejszy
aktor i tancerz aborygeński David Gulpilil, znany choćby z "Ostatniej fali"
Weira). "Polowanie na króliki" jawi się w kontekście tych dwóch postaci jako
film o fałszywie rozumianym postępie, dokonującym się często kosztem podstawowej tożsamości
i utraty człowieczeństwa.
"POLOWANIE NA KRÓLIKI" ("Rabbit-Proof Fence"). Reż.: Philip
Noyce, scen.: Christine Olsen, zdj.: Christopher Doyle, muz.: Peter Gabriel, wyst.:
Everlyn Sampi, Tianna Sansbury, Laura Monaghan, Kenneth Branagh, David Gulpilil, Ningali
Lawford, Myarn Lawford, Deborah Mailman, Jason Clark i inni. Australia 2002. Dystryb.
Monolith.
|