adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 15 (2805)
13 kwietnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

"Polowanie na króliki", czyli australijski "szkielet w szafie"


Cień wielkiego płotu

Anita Piotrowska


Czy rzeczywiście żyjemy w najlepszym z możliwych światów i czy mamy w związku z tym prawo uszczęśliwiać na siłę inne kultury, wpajając im sprawdzone u nas wzorce?

Wstydliwie skrywane "białe plamy" znaczą historię współczesnego świata. Często dopiero za sprawą ważnych książek czy filmów dowiadujemy się o kolejnym trupie głęboko ukrytym w szafie. W historii wielu krajów, również tych należących do naszego kręgu kultury, opartych na wolności słowa i demokracji, ciągle potykamy się o fakty dotychczas przemilczane.

Gdyby nie "Sąsiedzi" Grossa, długo jeszcze skrywalibyśmy pod korcem drażliwy problem polskiego antysemityzmu. Przed kilku laty na Krakowskim Festiwalu Filmowym pokazywany był odważny fiński dokument pt. "Oddajcie nam nasze szkielety!" - o odrażających eksperymentach genetycznych, jakich dopuszczali się Skandynawowie na Lapończykach. Francuzi od lat próbują się rozliczać z haniebnym epizodem czasów Vichy, czego przykładem był ubiegłoroczny film "Laissez-passer" Bertranda Taverniera. Może tylko Amerykanie radzą sobie z niechlubnym dziedzictwem: dość przypomnieć falę ekologicznych antywesternów z lat 70. czy liczne filmy odreagowujące wietnamską traumę.



"Polowanie na króliki" przenosi nas na kontynent, który jeszcze nie załatwił swoich porachunków z historią. Choć ma charakter fabularny, został oparty na autentycznych zdarzeniach, opisanych po latach przez córkę głównej bohaterki. Odwołuje się do ponurych faktów z nie tak dawnej przeszłości Australii.

Jest rok 1931. Na mocy Ustawy o Aborygenach dzieci pochodzące z mieszanych rodzin są siłą odbierane rodzicom, po czym umieszczane w specjalnych ośrodkach wychowawczych, gdzie poddaje się je przyspieszonej, cywilizacyjnej obróbce. Proceder ten, mający na celu wyeliminowanie tzw. trzeciej rasy, trwał ponoć jeszcze do lat 70. Jego ofiarami padały zarówno niemowlęta, jak i dzieci starsze. W licznych zakładach, będących skrzyżowaniem domu dziecka i zakładu poprawczego, miały wyrzec się tożsamości i przysposobić do życia w nowoczesnym społeczeństwie.

Hipokryzja tego projektu polegała na tym, że wielu "wychowanków" wykorzystywano potem do niewolniczej pracy na rzecz białych dobroczyńców. Nielicznym udawało się wcześniej uciec i odnaleźć żyjących gdzieś daleko w buszu rodziców. Trzy spokrewnione z sobą dziewczynki z filmu Noyce'a podjęły się właśnie takiej próby. Porwane i umieszczone w oddalonym o 2500 kilometrów obskurnym ośrodku prowadzonym przez zakonnice, miały przed sobą zadanie trudne do udźwignięcia nawet dla dorosłego. Nie miały w tej ucieczce żadnych sprzymierzeńców, ich wysiłki zdawały się beznadziejne. Gdzieś daleko ktoś jednak wierzył, że ponowne spotkanie jest możliwe.

Noyce znalazł dla tej historii mocną metaforę, której nie oddaje do końca polskie tłumaczenie tytułu "Rabbit-Proof Fence". Ciągnące się setki kilometrów siatki, najeżone drutem kolczastym, budowali Australijczycy, by ustrzec pola farmerów przez plagą długouchych szkodników. Dla uciekających dziewczynek właśnie taki płot łączący północ z południem staje się jedynym drogowskazem - posuwając się wzdłuż niego przez wiele tygodni, mają nadzieję dotrzeć wreszcie do domu.

Jak na ironię - takich przecinających kontynent płotów jest kilka, co dodaje dramatyzmu i tak przecież heroicznej podróży. Przedzieranie się wycieńczonych dzieci przez pustynie i nieprzyjazne ludzkie osady staje się możliwe tylko dzięki determinacji najstarszej z dziewczynek. Swój udział mają też opiekuńcze duchy, które w ostatnim, najbardziej niebezpiecznym odcinku drogi przyjdą im z pomocą.

Końcowe, niemal magiczne ujęcie filmu przedstawia dwie staruszki - nie aktorki, ale prawdziwe bohaterki tej opowieści. Poznajemy też w telegraficznym skrócie ich dalsze, jeszcze bardziej pogmatwane losy. W Australii mówi się o nich dzisiaj "skradzione pokolenie", choć skutki barbarzyńskiej ustawy dotknęły również ich dzieci, które trafiały potem do tych samych ośrodków i często już nigdy nie miały okazji zobaczyć najbliższych.

Ujmująco prosty, stroniący od efekciarstwa film Philipa Noyce'a, ilustrowany dyskretną, zakorzenioną w etnicznych brzmieniach muzyką Petera Gabriela, jest z pewnością oskarżycielski, ale wcale nie tendencyjny. Pokazuje na przykład i tych "białych", którzy w bezinteresownym odruchu serca próbują pomagać małym uciekinierkom. Kiedy jednak słyszymy zza kadru zachrypnięty głos narratorki opowiadającej nam w języku jabba niewiarygodną historię swojej matki, nie sposób uciec od jednej refleksji. Czy rzeczywiście żyjemy w najlepszym z możliwych światów i czy mamy w związku z tym prawo uszczęśliwiać na siłę inne kultury, wpajając im sprawdzone u nas wzorce?

Znakiem takiej arogancji jest w tym filmie pan Neville, grany "na zimno" przez Kennetha Branagha, aktora uchodzącego we współczesnym kinie za uosobienie brytyjskości. Pan Neville to specjalista od inżynierii społecznej, bezwzględnie kierujący akcją "pomocy tubylcom - nawet wbrew ich woli". Ale znamienna jest też inna postać - przekabacony przez białych panów autochton o przezwisku "Tropiciel", zwierzęco sprytny, z pełnym poświęceniem polujący na zbiegłe dzieci (gra go najsłynniejszy aktor i tancerz aborygeński David Gulpilil, znany choćby z "Ostatniej fali" Weira). "Polowanie na króliki" jawi się w kontekście tych dwóch postaci jako film o fałszywie rozumianym postępie, dokonującym się często kosztem podstawowej tożsamości i utraty człowieczeństwa.

"POLOWANIE NA KRÓLIKI" ("Rabbit-Proof Fence"). Reż.: Philip Noyce, scen.: Christine Olsen, zdj.: Christopher Doyle, muz.: Peter Gabriel, wyst.: Everlyn Sampi, Tianna Sansbury, Laura Monaghan, Kenneth Branagh, David Gulpilil, Ningali Lawford, Myarn Lawford, Deborah Mailman, Jason Clark i inni. Australia 2002. Dystryb. Monolith.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny