dotb.gif

„TP”, Nr 15 (2805), 13 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2805/kraj05.php

Wokół wojny w Iraku


Czas skończyć z poborem!

Marcin Zaborowski


Udział Polski w operacji w Iraku, choć niewolny od kontrowersji, jest przedmiotem satysfakcji rządu, ekscytacji krajowych mediów i licznych pochwał ze strony Amerykanów. Politycy po obu stronach Atlantyku zgodnie twierdzą, że polski wkład w operację koalicji jest wymownym przykładem znaczenia Polski w stosunkach transatlantyckich oraz naszego rosnącego znaczenia w Europie Środkowej.

Nie ulega wątpliwości, że Amerykanie - znacznie bardziej osamotnieni niż podczas poprzedniej wojny w Iraku w 1991 r. - cenią sobie polityczne wsparcie Polski. Powiedzmy jednak szczerze, że 200 polskich żołnierzy - z czego tylko 56 członków GROM-u reprezentuje poważną siłę bojową - jest w sensie wojskowym wkładem symbolicznym i zupełnie nieadekwatnym w stosunku do ambicji regionalnych 40-milionowego państwa. Oczywiście, można twierdzić, tak jak zdają się sugerować premier Leszek Miller i prezydent Aleksander Kwaśniewski, że polska obecność w Iraku jest "ograniczona", bowiem wojna ta jest kontrowersyjna. To poważny argument, choć - jeśli ma to być ukłon w stronę tzw. obozu pokoju (Francji, Niemiec, Rosji) - jest oczywiste, że mleko już się rozlało po podpisaniu przez Millera "listu 8". I nie ma znaczenia, czy do Iraku pojedzie 200 czy 2000 polskich żołnierzy. Ponadto, polski udział w zdecydowanie mniej "kontrowersyjnej" operacji w Afganistanie był równie ograniczony sięgając w porywach 300 żołnierzy, którzy dostali się na teren działań wypożyczonymi od Ukrainy transportowcami. Podobnie było w Kosowie, gdzie paręset polskich żołnierzy dotarło pociągiem. Jest więc jasne, że "ograniczoność" polskiej obecności militarnej w Iraku to nie kwestia świadomego wyboru politycznego, a raczej potwierdzenie faktu, że na inne zaangażowanie nas nie stać.


Czy Wojsko Polskie jest ubogie?

To, że polska armia pozostaje ubogim kuzynem "starszych" członków NATO jest w dużej mierze naturalną konsekwencją 45 lat komunizmu i trudno mieć o to pretensje do rządów sprawujących władzę po 1989 r. Jednak nawet te państwa zachodnie, które wydają na obronę mniej niż Polska, np. Norwegia czy Dania, wysłały znacznie więcej żołnierzy do Afganistanu. Co więcej, Polska nie wyróżnia się także na tle innych byłych państw bloku komunistycznego. Np. Czechy, które wydają na obronę trzykrotnie mniej niż my, mogą się poszczycić podobną lub większą obecnością militarną zarówno w Afganistanie, jak i w Zatoce Perskiej. Krótko mówiąc, skromna kasa nie jest jedyną, ani główną, przyczyną słabej mobilności polskiej armii. Jest to klasyczny przykład, że równie ważne jak posiadanie pieniędzy jest ich umiejętne wydawanie.

Byłoby nieporozumieniem mówić, że struktura polskiego wojska jest zupełnie nieefektywna, lub, że niewiele zrobiono by stworzyć nowoczesną armię. Polska armia zbiera dobre oceny zarówno za Atlantykiem, jak i wśród naszych europejskich partnerów. Jest też jasne, że kolejne rządy są świadome skali problemu, a program reform przyjęty przez poprzedni rząd i poprawiony przez obecny, zakłada cały szereg zmian, które zmierzają do racjonalizacji wydatków i częściowej profesjonalizacji. Jednak iracki kryzys dowodzi, że polskie wojsko potrzebuje radykalniejszej zmiany, a przede wszystkim całkowitej profesjonalizacji. Nowa armia powinna być mniejsza, lepiej wyszkolona i zdolna do nie tylko symbolicznego uczestnictwa w zagranicznych misjach.

Wyższości operacyjnej armii zawodowej nad poborową dowodzi stale rosnąca liczba decydujących się na nią krajów. Amerykanie i Brytyjczycy, dwa narody, których siły zbrojne najczęściej angażują się w misjach zagranicznych odstąpiły od poboru na długo przed końcem zimnej wojny. Brytyjczycy już w 1963 r. a Amerykanie po zakończeniu wojny w Wietnamie w 1973 r. Po 1989 r. wiele państw zachodnich albo zakończyło już przechodzenie na model w pełni profesjonalny (np. Francja, Holandia i Belgia), albo zakłada pełne uzawodowienie w najbliższej przyszłości (np. Włochy i Hiszpania). W zeszłym roku Czechy i Słowacja ogłosiły przejście na pełną profesjonalizację do roku 2006. Jednak Polska, podobnie jak Niemcy, należy do tych nielicznych krajów, które w dalszym ciągu utrzymują, że armia poborowa ma przyszłość. Czym kierują się polscy politycy broniący koncepcji poboru? Można wskazać tutaj trzy zasadnicze argumenty.

Po pierwsze: pieniądze - jest to zdecydowanie najczęstszy argument. Zgodnie z nim wojsko zawodowe jest po prostu drogie i resortu obrony nie stać na taką zmianę. Po drugie: możliwość mobilizacji dużej armii rezerwistów w wypadku zagrożenia terytorialnego. Zwolennicy tego argumentu, szczególnie bliskiego politykom prawicy, podkreślają, że pozycja Polski, najbardziej na wschód wysuniętego członka NATO, jest szczególna i porównywalna z pozycją Niemiec Zachodnich przed 1989 r. Podtekstem tego argumentu jest obawa przed Rosją. I wreszcie po trzecie: pobór jest gwarantem zakotwiczenia wojska w społeczeństwie i demokratycznym państwie. Według tego argumentu, częściej używanego w Niemczech, armia oparta na poborze i co za tym idzie, stałej wymianie kadr, jest mniej skłonna wyalienować się ze społeczeństwa i zagrozić demokracji.

To poważne argumenty. Szczególnie, gdy uwzględnić kontekst pierwszych lat transformacji ustrojowej, gdy kasa państwa była pusta, środowisko międzynarodowe niepewne, a integracja wojska w demokracji raczej powolna i niewolna od kontrowersji. Jednak obecna sytuacja jest już diametralnie inna i argumenty te nie brzmią tak przekonywująco.


Dlaczego potrzebujemy zawodowej armii

Po pierwsze, doświadczenia Francji i Holandii wskazują, że choć początkowo armia zawodowa była droższa, w dłuższej perspektywie czasowej wojsko profesjonalne okazało się tańsze. Koszty personalne armii francuskiej są 25 proc. niższe niż przed uzawodowieniem. Po drugie, choć środowisko zagraniczne jest obecnie wysoce niestabilne, jest to innego rodzaju niestabilność niż w okresie zimnej wojny. Prawdopodobieństwo inwazji ze wschodu jest zdecydowanie mniejsze niż zagrożenie atakami terrorystycznymi. W dodatku, nawet gdyby terytorium Polski było zagrożone, (co jest bardzo mało realne) jest jasne, że wielka armia rezerwistów, których przeszkolenie militarne trwa 12 miesięcy, byłaby mniej skuteczna niż mała, ale dobrze wyszkolona armia zawodowa. Wystarczy porównać opór irackiego wojska poborowego, po którym wojska koalicji "przejechały się" w początkowej fazie operacji, z oporem stawianym przez profesjonalną Gwardię Republikańską. Ta ostatnia okazuje się trudnym przeciwnikiem pomimo olbrzymiej przewagi technologicznej wojsk amerykańskich i brytyjskich. Po trzecie, choć prawdą jest, że społeczeństwo potrzebuje większej identyfikacji ze sprawami państwa, wojsko nie jest odpowiednim miejscem dla realizacji tych zadań. Powszechnie uważa się, że czas spędzony w wojsku to okres nudy, w trakcie którego poborowi mają tylko sporadyczny kontakt z kwestiami bezpieczeństwa państwa. W dodatku polski system poboru, choć w nazwie "powszechny" w istocie "powszechnym" nie jest i nigdy nie był - tajemnicą poliszynela jest, że do wojska idą tylko mniej zaradni bądź zdesperowani.

Wniosek jest oczywisty. Czas rozpocząć pełną profesjonalizację polskiej armii. Przemawiają za tym nie tylko społeczne i ekonomiczne koszty związane z marnotrawieniem energii tych nieszczęsnych "wybranych", którym nie uda się uniknąć wojska, ale przede wszystkim - względy polityki zagranicznej. W pełni zawodowe wojsko, zdolne do odbycia misji zagranicznych, może być liczącym się instrumentem polskiej polityki zagranicznej. Regionalne ambicje Polski pozostaną bez szans na realizację tak długo, jak długo nasz wkład w bezpieczeństwo międzynarodowe będzie sprowadzać się do 200 lub 300 żołnierzy.



Dr Marcin Zaborowski jest wykładowcą polityki europejskiej na Aston University w Birmingham (Wielka Brytania), współpracuje z Centrum Stosunków Międzynarodowych w Warszawie.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl