|
„TP”, Nr 15 (2805), 13 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2805/kraj04.php
Brytyjski premier poszedł w ślady poprzednika: Churchilla
Wojny Blaira
Tadeusz Jagodziński z Londynu
Brytyjski premier najpierw wdał się w wojnę z rzeszami wyborców, najważniejszymi
partnerami w Europie oraz znaczącym odłamem własnego klubu parlamentarnego. Potem wysłał
do Iraku, na najprawdziwszą już wojnę, tysiące brytyjskich żołnierzy.
Kiedy rok temu Tony Blair, po powrocie ze szczytu Unii Europejskiej w Barcelonie,
relacjonował Izbie Gmin przebieg spotkania, sala była zadowolona. Niektórzy posłowie z
macierzystej Partii Pracy już wtedy wprawdzie mieli mu za złe "bratanie" się
z prawicowymi przywódcami Hiszpanii oraz Włoch, inni atakowali brak postępów w
uzdrawianiu oświaty, transportu i służby zdrowia, ale chyba nikt jeszcze na
labourzystowskich ławach w Parlamencie nie zastanawiał się nad możliwością otwartej
rebelii. W końcu to pod przywództwem Blaira lewica sprawowała rządy już przez drugą
kadencję (taka sztuka nie udała się dotąd żadnemu labourzystowskiemu premierowi). I
choć sondaże wskazywały na pewną erozję popularności Blaira, to wewnętrzne rozbicie
i rozgardiasz panujący w obozie konserwatywnej opozycji nie wróżyły mu najgorzej.
Cudowne dziecko lewicy
"Teflonowy Tony" (tak ochrzciła go prasa, z uwagi na to, że nie kleją się doń
żadne afery, ani polityczne brudy...) wydawał się być pewniakiem w następnych
wyborach. Ale rok w polityce to dużo. Tym bardziej, że był to rok, w którym brytyjski
premier bez formalnych deklaracji wdał się w wojnę z rzeszami swych wyborców, z najważniejszymi
partnerami w Europie oraz ze znaczącym odłamem (niektórzy powiedzieliby, że z większością)
własnego klubu parlamentarnego. A na koniec, również bez formalnej deklaracji, na
najprawdziwszą już wojnę wysłał dziesiątki tysięcy żołnierzy.
Żeby zrozumieć, jak do tego mogło dojść, wypada cofnąć się o kilka lat; do wiosny
roku 1997, kiedy tryskający energią Blair obejmował urząd Pierwszego Ministra Jej Królewskiej
Mości. Był cudownym dzieckiem lewicy, głównym architektem labourzystowskiego renesansu
po 18 latach politycznej marginalizacji w opozycji. Od samego początku istotnym elementem
strategii jego rządu była drobiazgowa kontrola nad medialnym wizerunkiem władzy.
Ogromne wpływy uzyskali specjaliści od public relations, którzy dyktowali ton, w jakim
"należy" pisać o inicjatywach rządu czy o zamierzeniach premiera. Samego
szefa zaś przedstawiano tak, aby nie zrażać doń żadnej potencjalnej grupy wyborców.
Był więc każdym dla każdego. Elokwentnym adwokatem dla inteligencji, chłodnym
technokratą dla warstw menedżerskich, wzorowym ojcem dla ojców i żon, dla robotniczych
wyborców zaś "swoim chłopakiem", z którym można przy piwie pożartować,
pograć w piłkę albo do późnej nocy oddawać się gitarowym szaleństwom w amatorskim
zespole rockowym.
Ale to misterne konstruowanie image'u premiera miało też słabsze strony. Zwłaszcza, że
po upływie kilku lat rozrosło się grono rozczarowanych. Blairyzm stawał się dla nich
synonimem maskowania niemocy rządu. Nadmierna dbałość o medialny wizerunek premiera i
równa jej wrażliwość na wyniki badań opinii były nowoczesnym odpowiednikiem
cesarskich szat. W zależności od potrzeb dyktowanych wynikami sondaży, premier był
poddawany dyskretnym retuszom. Zmieniały się kolory ubrań, gesty, słowa-klucze. Prześmiewcy
mówili nawet o kulcie jednostki bez jednostki, sugerując, że labourzystowski przywódca
jest wewnątrz... pusty.
"Arogant i chuligan"
W tak radykalnie formułowanych zarzutach było sporo przesady. Blair przecież uparcie
reformował swoje ugrupowanie, nie bacząc na utratę popularności w coraz liczniejszych
kręgach Partii Pracy. Wiadomo też, że wartości, którymi się kieruje, wywodził z
tradycji chrześcijańskich socjalistów, co też przysparza mu wrogów. I trudno wskazać
dokładnie moment, w którym zadecydowano o zerwaniu z dbałością o niekontrowersyjny
obraz premiera w mediach. Faktem jest jednak, że coś się zaczęło pod tym względem
zmieniać po 11 września 2001 r. Z jednej strony w medialnym wizerunku Blaira pojawiła
się wyrazista kreska nieustępliwości. Z jego słów przebijało niezachwiane
przekonanie, że zbrodnicze reżimy trzeba eliminować. Z drugiej strony, to wtedy międzynarodowa
arena stała się prawdziwym żywiołem szefa rządu.
Nieustanne podróże po świecie i zarywane podczas dyplomatycznych spotkań noce coraz
wyraźniej dawały mu się we znaki. Młodzieńcze oblicze Blaira szarzało, jakby najmłodszy
od stu lat brytyjski premier gwałtownie dojrzewał. To wszystko uległo spotęgowaniu,
gdy w ub. roku z miesiąca na miesiąc pogarszał się międzynarodowy klimat wokół
Iraku, zaś Waszyngton coraz energiczniej parł do konfrontacji z reżimem Husajna.
W zaostrzającej się sytuacji międzynarodowej ostatnich miesięcy, brytyjski premier wziął
na siebie ciężar odpowiedzialności za pilotowanie sprawy Iraku na forum ONZ. Nawet
wrogowie przyznają, że to jemu w znacznej mierze zawdzięczamy, iż do wojny nie doszło
jesienią. Przekonał wtedy Busha o konieczności odwołania się do Rady Bezpieczeństwa,
ale jednocześnie zdecydował się na strategię jednoznacznego wspierania Ameryki w
dyplomatycznych manewrach, jakie poprzedziły wybuch konfliktu.
Ryzyko było wielorakie. Na arenie europejskiej ceną mogła być izolacja Wielkiej
Brytanii. Fiasko starań w ONZ mogło jeszcze bardziej pogrążyć tę instytucję.
Wreszcie zdecydowane poparcie dla Busha spychało Blaira na kolizyjny kurs w stosunku do
brytyjskiej opinii i partyjnych dołów.
O tym, jak rozminął się ze społecznymi nastrojami, brytyjski premier mógł się
przekonać 15 lutego, kiedy do Londynu na wielki marsz pokojowy ściągnęło półtora
miliona ludzi. Była to największa demonstracja w dziejach Wielkiej Brytanii, grupująca
pod pacyfistycznymi sztandarami lewicę i centrowych liberałów, związkowców z działaczami
muzułmańskimi, chrześcijan i marksistów. Przemawiający tego dnia w Hyde Parku Harold
Pinter, jeden z wybitniejszych współczesnych dramaturgów, nie przebierał w słowach,
nazywając rządzących w Waszyngtonie "zbrodniczymi furiatami", a swego
premiera "arogantem i chuliganem". Sformułowania te, choć odstające od norm
anglosaskiej kultury politycznej, pasowały do atmosfery tamtego wydarzenia.
Polityczny masochista
Blair zarzucił też dotychczasową dbałość o image i, miast unikać niewygodnych starć
w blasku jupiterów, zaczął niczym polityczny masochista pojawiać się w studiach
telewizyjnych wypełnionych po brzegi jego przeciwnikami.
Tak było w MTV, gdzie na spotkanie z Blairem ściągnęli młodzi Europejczycy, tak było
przed kamerami ITV i BBC, gdzie zaproszeni goście złośliwie tytułowali go "panem
wice-prezydentem" albo "posłem z okręgu Południowy Teksas".
Blair nie tracił opanowania i wykazywał się klasą, a chwilami zdobywał się nawet na
żartobliwy dystans do samego siebie. Cały czas podkreślał jednak, że nie zmieni
zdania na temat wojny "choćby miał być ostatnim człowiekiem na Ziemi, który uważa,
że Saddam jest zagrożeniem dla światowego porządku". Jak na kogoś, komu jeszcze
niedawno zarzucano schlebianie wyborcom i nieustanne kierowanie się sondażami, była to
gigantyczna wolta. Tym większa, jeśli wziąć pod uwagę, że w stronnictwie premiera od
zawsze istniał silny nurt pacyfizmu.
I rzeczywiście: prawdziwy polityczny bój czekał premiera w klubie parlamentarnym Partii
Pracy. Co prawda wiedząc o generalnym poparciu konserwatystów dla rządowej linii, Blair
mógł mieć świadomość, że Izba Gmin zaaprobuje jego politykę, ale kiedy 26 lutego aż
122 posłów labourzystowskich (na 410 członków Izby) w kluczowym głosowaniu opowiedziało
się przeciwko własnemu rządowi, na Downing Street musiały się włączyć dzwonki
alarmowe. Oznaki buntu były oczywiste. W prasie przewijały się pogłoski o podziałach
w ścisłym otoczeniu premiera, huczało od plotek na temat gróźb odejść z rządu,
nadeszły wreszcie informacje o rzeczywistych rezygnacjach.
Minister do spraw pomocy zagranicznej, Clare Short publicznie zarzuciła szefowi lekkomyślność
(rzecz ciekawa, że używając swych legendarnych zdolności perswazyjnych przekonał ją
później, aby nie ustępowała z rządu). Inni posądzali go o wojownicze zapędy wytykając,
że w okresie swego urzędowania średnio raz na rok posyłał brytyjskich żołnierzy do
boju (od Iraku w '98 r. przez Kosowo, Sierra Leone, Afganistan, aż po obecną interwencję).
Jednak kiedy już po zaniechaniu wysiłków dyplomatycznych, Izba Gmin ponownie debatowała
nad wysłaniem żołnierzy w rejon Zatoki, wielka rebelia labourzystów okazała się...
nie dość wielka. Owszem, w kategoriach politycznych premier został poważnie ranny.
Liczba buntowników podskoczyła do 139 - dołączył do nich m.in. były minister spraw
zagranicznych Robin Cook, który oświadczył, że na podstawie dostępnych mu materiałów
(a należałoby wnioskować, że jako członek gabinetu miał dostęp do podobnych źródeł
co premier...) nie widzi powodu, aby zaprzestać inspekcji i ruszać na wojnę z Saddamem
bez kolejnej rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Ale to nie wystarczyło, aby przeważyć
parlamentarną szalę. Zwłaszcza, że wygłoszone wtedy płomienne wystąpienie Blaira
określono "mową jego życia". Wyglądał trochę na człowieka, który zajrzał
w czeluść i z tego doświadczenia czerpie odwagę i determinację. Wcześniej tłumaczył
w jednym z wywiadów: "Nigdy nie twierdziłem, że mam monopol na mądrość, ale
jako premier nauczyłem się jednego - że zawsze trzeba starać się czynić to, co słuszne,
a nie to, co łatwe. Codzienne oceny odchodzą w przeszłość, trzeba być gotowym na to,
by nas sądziła Historia".
Fiasko dyplomacji
Wielka Brytania przystąpiła do konfliktu z Irakiem dramatycznie podzielona, nie tylko
zresztą w sprawie legalności wojny bądź konieczności jej wszczęcia, ale również w
kwestii przyszłych poczynań już po zakończeniu interwencji na arenie wewnętrznej,
europejskiej, transatlantyckiej czy wreszcie światowej.
Nie tylko z Londynu widać, jak fiasko dyplomacji wstrząsnęło ONZ oraz UE. Przepaść
między Londynem i Waszyngtonem, a Paryżem czy Berlinem trudno będzie w przewidywalnej
przyszłości zasypać, choć ze szczątkowych sygnałów z Downing Street można
wnioskować, że Blair starałby się do tego dążyć. Pozostaje tylko pytanie, czy rozwój
wydarzeń pozwoli mu przetrwać? Jeżeli tak, to za jaką cenę?
Jego wielki poprzednik Winston Churchill, jak mało kto wiedział, że wojny bywają
okresami wielkich przyspieszeń w dziejach. Pisał o towarzyszących im emocjach i
politycznych zawieruchach. Przekonał się też, że nawet zwycięstwo nie gwarantuje
politycznych profitów - w 1945 r. przegrał przecież wybory. Demokratyczny lider, który
podejmuje decyzję o wysłaniu tysięcy swych współobywateli na pola bitew wie, że w
przypadku niepowodzenia może zaprzepaścić dorobek całych pokoleń swych rodaków. I
oczywiście przekreślić swoją karierę. W chwili, gdy wojska koalicji nie bez trudu
zbliżają się do Bagdadu, niepodobna wyrokować o dalekosiężnych skutkach inwazji. Ale
dla Tony'ego Blaira niezależnie od rozwoju wydarzeń nad Zatoką ta wojna nieprędko się
chyba skończy.
TADEUSZ JAGODZIŃSKI jest dziennikarzem BBC. Stale współpracuje z "TP".
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|