|
„TP”, Nr 15 (2805), 13 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2805/kraj03.php
Być może polskie ofiary represji w ZSRR dostaną odszkodowanie od Rosji - ale tylko
symboliczne
Zesłani
Agnieszka Lewandowska
Żyje jeszcze 60 tys. osób - głównie byłych więźniów sowieckich łagrów albo
urodzonych w nich dzieci - którzy mogliby otrzymać od Rosji zadośćuczynienie. Po 1939
roku 13 mln obywateli Polski, w tym 5 mln narodowości polskiej, dostało się pod okupację
sowiecką, gdzie najpowszechniejszą formą terroru były deportacje. W l. 1939-41 i po
1944 r. objęły prawie 2 mln ludzi; dwie trzecie stanowili Polacy. Pierwsza wielka fala
wywózek zaczęła się wiosną, 63 lata temu. Jej ofiarą padła także rodzina Hackemerów.
Gdy Maria zobaczyła Romka prowadzonego przez żołnierzy sowieckich, zrozumiała, że
dalsza ucieczka jest niemożliwa. Trzymając pięcioletnią Renię za rękę, wyszła zza
krzaków. Rosjanin z naganem w ręku najpierw im pogroził, a potem pogonił przez las do
czekającego na nich wozu.
Maria Stefania Hackemer, żona oficera Wojska Polskiego, wiedziała, że ta chwila
nadejdzie. Większość oficerskich rodzin spotykał ten sam los. Świadomość
nieuchronności paraliżowała. Jednak dopiero gdy przyszła znajoma Ukrainka i powiedziała,
że następnego dnia - był to 18 kwietnia 1940 r. - zostaną wywiezieni, Maria postanowiła
uciekać. Z dwójką dzieci pobiegła opłotkami do krewnych, którzy przyjęli na nocleg
9-letniego Romka. Ona z Renią znalazły schronienie u kuzynki. Świtem obudziło ich
walenie do drzwi: "Otwierać! Jest tu Hackemerowa?". Wybiegły tylnym wyjściem
na wieś. Po drodze dołączył Romek. Biegli przez las, w błocie i topniejącym śniegu.
Tuż przed wsią Romek poszedł na zwiady. Wrócił pod eskortą NKWD.
Deportacja
Po matkę Marii przyszli o piątej rano. Nie pomogły płacze, że stara i chora kobieta
nikomu nie zagraża. Żołnierze rozkradli dobytek, wsadzili ją na wóz i zawieźli do
Doliny, gdzie czekały pociągi.
Maria z dziećmi już tam była. Odnaleźli się w tłumie - ludzi, koni, furmanek.
Nocą załadowano ich do bydlęcych wagonów. Przypadły im miejsca na półce. Pod nimi,
w podłodze - wycięta kwadratowa dziura; ubikacja. Tak jechali noc i dzień. Potem przeładowano
ich do wagonów sowieckich. Były przestronniejsze. Ale w drzwiach znów tylko dziura i
rura; załatwianie potrzeb fizjologicznych było katorgą.
Przez cztery dni nie dostawali jedzenia, ani nic ciepłego do picia. Potem strażnicy
donosili co jakiś czas bochen czarnego chleba i - co 48 godzin, przeważnie nocą - ciepłą
zupę z kartofli i kapusty. Tylko raz w czasie 14-dniowej podróży, za Kijowem, pozwolono
im wyjść na powietrze. Do wagonów podbiegali wymizerowani ludzie, chcieli wymienić mydło
na chleb. Zesłańcy nie mieli chleba. Tubylcy nie mogli jeść mydła.
Na początku maja podróż się zakończyła: otworzono wagony. Żadnych zabudowań. Step.
Świeże powietrze, ostre słońce.
Przyjechały po nich ciężarówki, dotarli do wsi. Przed budynkiem sielsowietu (rady
wiejskiej) zesłańców rozdzielano do kwater. Stali tam długo, obserwowani przez wrogo
nastawionych tubylców, którzy nie chcieli intruzów w swych i tak ciasnych, prymitywnych
chatach.
Marię z rodziną przydzielono do mieszkania zajmowanego przez rodzeństwo: Hannę, Nataszę
i Afanasjeja. Ich chata, stojąca na uboczu, składała się z izby, sieni prowadzącej do
kuchni i drugiej sieni z wejściem do piwnicy i stajni. W izbie mieszkały siostry, a czwórka
przybyszy została zakwaterowana w kuchni, wraz z Afanasjejem. Pośrodku stał piec, na którym
spał Afanasjej. Maria z dziećmi miała legowisko na kabyczce (też piec, ale służący
głównie do gotowania, w podłużnym kształcie leżanki). Matka spała we wnęce przy
kabyczce, na walizkach i tobołkach.
Przyjechali w pierwszy dzień Wielkanocy. Kilka kobiet przyszło obejrzeć nowych lokatorów
Hanny. Przyniosły na powitanie chleb, kołacz i dzbanek mleka. W drugi dzień Świąt
odbywały się wypominki zmarłych. Marię zaproszono na cmentarz, daleko w stepie.
"Dziady" polegały na tym, że miejscowi kładli na grobach gotowane jaja i bułki.
Potem modlili się. Na koniec wszystkie produkty ofiarowali Marii.
Poczuła się jak prawdziwy dziad.
Życie w stepie
Aby utrzymać rodzinę, Maria musiała pracować w ogrodzie, ale za pracę nie płacono od
razu. Notowano liczbę przepracowanych dni i dopiero jesienią, jeśli w ogóle, płacono
pszenicą albo kapustą. Maria zaczęła więc dorabiać: szyć, haftować, kisić kapustę.
Romek pracował w kołchozie: w dzień jako woźnica, nocą pasł konie.
W czasie zesłania - trwającego w sumie sześć lat - Maria czterokrotnie zmieniała
kwaterę: ze swojej, i nie ze swojej woli. Na szczęście (dla niej) sowieckie prawo
chroniło też zesłańców: od października do maja dokwaterowanych na siłę nie wolno
było wyrzucić z chaty.
Przed zimą sama musiała starać się o opał. Słomy, którą kupiła za spodnie,
wystarczyło na jedną zimę. Ziemianki budowano z "plast", i z "samanów".
"Plasty" to płaty ziemi, wyrwane razem z darnią. Układano je jak cegły,
zostawiając otwory na drzwi i okna. "Samany" robiono z ziemi zmieszanej z ciętą
słomą, suszoną na słońcu. Zaprawę stanowiła ziemia rozmieszana z wodą. W środku i
na zewnątrz smarowano ściany gliną i bielono wapnem, wykopanym w stepie. Podłogi były
z ubitej ziemi, wymazanej gliną; tylko w niektórych "pokułackich" chatach układano
je z drewna. Ziemianki kryto słomą, "komyszem" lub gałęziami, na które
rzucano glinę zmieszaną z ciętą słomą. W zimie Hanna przyprowadziła do chaty cielę
i dwójkę prosiąt. Był mróz, zwierzęta mogły zamarznąć. Prosięta biegały wszędzie,
roznosząc smród.
Wiosną Maria znalazła za wsią pustą ziemiankę, należącą do stacji traktorów.
Zezwolenie na jej zajęcie kosztowało ją trzy metry materiału na suknię oraz buty.
Przed wprowadzeniem się trzeba było zrobić remont: odbudować kabyczkę, ściany oblepić
gliną i wybielić, wysprzątać gnój. Efekt pracy był wspaniały: wreszcie mieszkali
sami. Ale po trzech miesiącach kazano im się wyprowadzić; w "nagrodę" za
remont wypożyczono im teleżkę z koniem, do przewiezienia rzeczy.
Przyjęła ich Frośka, gruba dziewczyna z 3-letnim synem. Izba była mała, brudna i
zapluskwiona. Maria z Romkiem pozatykali szpary gliną, by wydusić pluskwy, pobielili ściany,
wymazali podłogę (na klepisku rozcierało się szmatą glinę rozrobioną wodą z
dodatkiem końskiego nawozu). Pluskiew nie dało się wytępić. Tak jak komarów i wszy.
Jednym ze sposobów walki z tymi ostatnimi była kąpiel w "bani": w małym
pomieszczeniu stał kocioł i tazok (wanienka) z wodą. Paliło się słomę tak długo, aż
rozgrzały się kamienie, którymi obkłądano kocioł. Kąpiel rozpoczynała się, gdy na
gorące kamienie polano wodę. Powstawała para. Człowiek po paru minutach oblewał się
potem. Chłodzono się wodą z tazoka, a uderzeniami wiązkami gałązek brzozowych
masowano ciało. "Bania" odświeżała fizycznie i psychicznie. Ale likwidowała
całkowicie wszy: zostawały w odzieży. Nie było przecież mydła ani naczyń do
gotowania bielizny (organizowano więc, np. w czasie gościnnych odwiedzin, wspólne bicie
wszy).
A na powietrzu atakowały roje komarów; ich ilość dziwiła, bo na stepie była susza.
Śmierć
Nadeszła kolejna wiosna - i Frośka wymówiła Marii mieszkanie. Wrócili do pierwszej
gospodyni, Hanny. W życiu jej rodziny zaszły zmiany: Afanasjeja wzięto do wojska,
Natasza umarła na tyfus. Hanna została sama - i pozwoliła im zamieszkać w kuchni.
Hanna miała teraz dwie krowy, kury, zboże.
Wśród tubylców i zesłańców szalały choroby. Romek zapadł na malarię: wychudł,
została wielka głowa na cienkiej szyi. Renia też chorowała: na malarię, na "jazwę
syberyjską" (ropne naloty w jamie ustnej przy wysokiej gorączce) i tyfus. Leczyła
się w szpitalu, oddalonym o 18 km. Chorych trzymano tam w zimnych salach, wszystkim
golono głowy, rodzin nie wpuszczano nawet do dzieci. Mimo to wszy i pluskwy królowały
niepodzielnie. Żywność można było podawać przez okno, ale mało kto miał coś do
przyniesienia. Renia bała się chodzić do ubikacji: leżały tam złożone na stos ciała
zmarłych.
Za to Marię dopadł tylko świerzb, szkorbut i zakażenie nogi.
Najciężej jednak chorowała matka Marii. Już z kaszlem jechała na zesłanie. Potem na
ramieniu pojawiły się pęcherze. Lekarz, zesłaniec z Lwowa, stwierdził półpasiec.
Zalecił kąpanie ręki w ciepłej wodzie; bóle ustały. Ręka jednak została bezwładna.
Natomiast z gruźlicą w stepie się nie wygrywało. Od początku 1942 r. matka Marii nie
wstawała z barłogu. Nie było co jeść: dwa razy dziennie tylko zupa kartoflana i po
jednej lapioszce, placku pieczonym na patelni bez tłuszczu. I mróz, poniżej 35 stopni.
Staruszka słabła.
Zmarła 1 maja 1942 r.
Maria, Romek i znajomy chłopak kopali grób. Ziemia była jeszcze zmarznięta na głębokość
metra. Zwłoki zaszyli w prześcieradło. Na pogrzeb przyszło kilka znajomych Polek,
Ukrainek - oraz dwie Niemki. Od ataku Hitlera na ZSRR we wsi zaczęło pojawiać się
bowiem coraz więcej niemieckich zesłańców, głównie z Ukrainy i znad Wołgi,
wywiezionych rozkazem Stalina. Wielu umarło z głodu i zimna. Coraz więcej przyjeżdżało
też transportów z Czeczenami, Czuwaszami, Inguszami, mieszkańcami republiki Komi i
Rosjanami - ukaranymi za to, że np. żołnierz z ich rodziny dostał się do niewoli
niemieckiej.
Coraz więcej ludzi, coraz mniej jedzenia. Polacy zaczęli uchodzić za najlepszych
lokatorów. Miejscowi bali się przyjmować Inguszów czy Czeczenów, którzy, bywało,
dla utrzymania się przy życiu kradli i zabijali.
Także Perechwałowa, jedna z lepiej sytuowanych Białorusinek, bała się dokwaterowania
nowych zesłańców - i zaproponowała mieszkanie Marii. Obiecała osobną izbę i
korzystanie z maszyny do szycia.
Ziemianka była w dobrym stanie: dwie duże, świeżo bielone izby. Maria z dziećmi
dzieliła pokój z córką Perechwałowej, Warią. W ziemiance mieszkała też synowa
gospodyni i dwoje małych dzieci.
Maria szyła dla Białorusinki, za symboliczną zapłatę - za uszycie kilku bluzek i spódnic
zarobić mogła trzy jajka, trochę kwaśnej kapusty i cztery bułeczki.
Perechwałowa miała sporo bydła. Głód doskwierał, więc Maria - za dwa zegarki,
poduszkę z poszewką, płaszcz wełniany i trzy metry materiału - kupiła od niej jałówkę.
Krowa dawała w lecie nawet 6 litrów mleka dziennie; było masło, śmietana, ser. Ale
okazało się, że zwierzę cierpi na chroniczne zapalenie wymion; w mleku pojawiła się
krew. Nie mieli wyjścia: z krwią czy nie, ratowało od głodu.
Rozpacz
Zdarzały się dni pogodne.
Czasem Maria otrzymywała paczkę od krewnych: trochę orzechów, grzybów, miodu, tłuszczu,
jakieś buty, elementarz dla Reni. Dziewczynka śmiała się wtedy, podskakiwała z radości.
Kiedy w Kustanaju (najbliższym mieście) utworzono przedstawicielstwo rządu polskiego,
Maria dostała ubrania dla siebie i dzieci, nawet koce. Miejscowi zazdrościli - im nikt
nie pomagał.
Latem 1944 obok Perechwałowej starsze i bezdzietne małżeństwo budowało ziemiankę z
"plast" darniowych. Napracowali się, ale gdy chata była gotowa, on został
zarządcą fermy bydlęcej, daleko za wsią - i musieli się przenieść. Nie chcieli
zostawiać pustej ziemianki: wiedzieli, że miejscowi rozkradną wszystko, a sam dom pod
wpływem opadów rozpłynie się. Zaproponowali go Marii.
Do ziemianki przynależał też ogród. Maria mogła sadzić słoneczniki, kartofle; nie
pozwalano natomiast uprawiać zbóż i tytoniu - tu obowiązywał monopol państwa. Maria
uprawiała więc ziemię, a plony po połowie dzieliła z gospodarzami. Głód już nie
groził.
Zagroziło za to coś innego: pozostanie w stepie na zawsze.
Zesłańcom bez ich zgody zmieniano obywatelstwo: zesłano ich jako obywateli sowieckich,
potem, po napaści Niemiec na ZSRR, zwieziono ich uroczyście na wozach do siedziby NKWD i
oświadczono, że są znowu obywatelami Polski, pod opieką rządu Sikorskiego. Wracali pełni
nadziei. Ale potem znowu nastąpiła zmiana, już nie tak uroczysta: wezwani do NKWD,
zostali krótko poinformowani, że są ponownie obywatelami ZSRR. Jedna z Polek nie
wytrzymała, zaprotestowała. Aresztowana, trafiła do więzienia - aż do kolejnej zmiany
politycznej: powstania komunistycznego rządu w Lublinie.
Wtedy, jesienią 1944 - kopali akurat kartofle - rozeszła się pogłoska, że zesłańcy
mogą wracać do kraju, który teraz miał już inne granice. Kilku Polaków, w tym Maria,
poszło do NKWD: chcieli wybadać, czy to prawda. Cały dzień czekali na informacje, nikt
o niczym nie wiedział. Dopiero po północy dostali wiadomość: akcja powrotów nie
dotyczy wysiedleńców z rejonów rolnych.
Świtało, kiedy Maria wróciła do swojej ziemianki. Dzieci spały. Siadła przy stole, głowę
położyła na rękach. Tak, w cichej rozpaczy, dotrwała do rana.
Powrót
Wieś, w której Maria z rodziną spędzili sześć lat, leżała w stepie, i do najbliższej
stacji kolejowej było 30 km, a do miasta obwodowego 100 km. Aby do niego pojechać,
trzeba było zdobyć przepustkę z milicji - czyli przejść na piechotę 15 km, w tym
przez rwącą rzekę, wrócić do domu, następnego dnia przejść 30 km do stacji, tam
przenocować.
Kiedy więc jesienią 1945 roku wezwano Polaków do NKWD, aby zadeklarowali, czy chcą
jechać do Polski (już Ludowej), Maria ruszyła do urzędu.
Była połowa października, mróz, pierwszy śnieg. Doszła do rzeki. Rozebrała się i
weszła do lodowatej wody. W połowie przeprawy wpadł jej do wody but; gdy się po niego
schyliła, z ręki wypadły dokumenty. W ostatnim momencie, tuż przed miejscem, gdzie
przepływał silny prąd, Marii udało się chwycić papiery - i dotrzeć na drugi brzeg.
Kaszel męczył ją całą zimę. Ale przy życiu trzymała nadzieja.
Jeszcze tylko Romek musiał stawić się w NKWD - żeby oświadczyć, że matka nie zmusza
go do powrotu wbrew jego woli.
Jeszcze tylko formalności, których załatwianie trwało do maja 1946 r.
Wreszcie nadszedł ten dzień. Ci, którzy zostali, żegnali ich z zazdrością - bo nie
wszystkim udało się wrócić.
Na stacji kolejowej czekali tydzień, razem z innymi szczęśliwcami. Spali na tobołkach,
gotowali raz dziennie na cegłach.
Do końca nie byli pewni, czy szczęście nie pryśnie.
Wreszcie radość: przestronne, dość czyste wagony, z piecykiem, bez rury na nieczystości.
Potrzeby fizjologiczne załatwiano podczas postojów. Wtedy też dostawali prowiant: chleb
i mąkę. Po dwóch tygodniach, w Brześciu nad Bugiem, do wagonu wszedł ksiądz. Odprawił
nabożeństwo majowe.
Ale transport stanął na granicy. Inne przepuszczano.
Znów niepokój: może władze zmieniły decyzję?
Wreszcie ruszyli.
Byli w Polsce.
Dziękuję Panu Markowi Hackemerowi za udostępnienie pamiętnika Jego Babci i zdjęć
z archiwum rodzinnego.
Deportowani, zamordowani...
Po podzieleniu Polski w 1939 r. przez Hitlera i Stalina 13 mln obywateli polskich (w tym
ponad 5 mln narodowości polskiej) dostało się pod okupację sowiecką. Aresztowania,
deportacje i mordy trwały od początku; z różnych form terroru najpowszechniejszą stały
się deportacje - pojęcie obejmujące wiele "grup" ofiar.
Jeszcze w 1939 r., po przymusowym objęciu wszystkich Polaków obywatelstwem sowieckim,
zaczął się pobór do Armii Czerwonej; w sumie objął ok. 210 tys. młodzieży; najczęściej
wysyłanej na drugi koniec imperium. W głąb ZSRR zsyłano także jeńców (w sumie
Sowieci wzięli do niewoli w 1939 r. ok. 250 tys. polskich żołnierzy i oficerów).
Na ogromną skalę deportacje obywateli polskich, uznanych za "wrogów ZSRR",
przeprowadzano w lutym, kwietniu i czerwcu 1940 oraz w czerwcu 1941 (część wywiezionych
stanowili polscy Żydzi; niektórzy z nich trafili potem pod Monte Cassino, inni zostali w
Palestynie, tworząc żydowską konspirację,
a potem armię Izraela). W wyniku tych czterech akcji deportacyjnych Sowieci wywieźli ok.
miliona obywateli polskich; niektóre szacunki mówią o 1,2 mln. Zesłano też 330 tys.
uchodźców z Polski centralnej, którzy znaleźli się na terenach wschodnich uciekając
przed Niemcami. Łącznie w latach 1939-41 przymusowo wywieziono w głąb ZSRR ok. 1,8 mln
obywateli polskich, w pierwszym rzędzie inteligencję, rodziny żołnierzy, osadników,
majętniejszych rolników, urzędników itd. Po 1944 r. liczbę deportowanych powiększyło
ok. 50 tys. żołnierzy Armii Krajowej i ok. 150 tys. cywilów, wywiezionych po wkroczeniu
Armii Czerwonej na ziemie polskie.
Razem daje to szacunkową liczbę ok. 2 mln deportowanych, internowanych i uwięzionych.
Pod względem narodowościowym 60 proc. stanowili Polacy, 30 proc. Ukraińcy i Białorusini,
10 proc. Żydzi. W większości zesłańcy i więźniowie trafiali na Syberię, do
Kazachstanu i innych republik Azji Środkowej. Na skutek głodu, chorób i rozstrzeliwań
(m.in. mordy oficerów w Katyniu, Charkowie i Miednoje; mordowanie więźniów przed nadejściem
frontu niemieckiego w 1941 r.) - tylko do 1943 r. zginęło ok. pół miliona obywateli
polskich (wg szacunków rządu emigracyjnego, który do 1943 r. utrzymywał w ZSRR swe
placówki; szacunki rosyjskie, dotyczące liczby deportowanych, są niższe).
Ci, którym nie udało się opuścić ZSRR z armią Andersa, a potem Berlinga - wracali do
Polski po 1945 roku; ostatni dopiero w 1957 r. Niektórzy zostali w miejscu zesłania.
Ostateczne ustalenie liczby polskich ofiar sowieckich represji podczas wojny i po niej do
dziś jest przedmiotem badań i sporów historyków, polskich i rosyjskich.
Najwyższe szacunki, dyskutowane poważnie w kręgach badaczy, dochodzą do liczby 1,2
miliona obywateli przedwojennej Polski, zabitych i zamordowanych przez władze sowieckie
lub zmarłych w wyniku zesłania. WP
Rosja zapłaci?
Po upadku komunizmu kwestia zadośćuczynienia przez Rosję (jako spadkobierczynię ZSRR)
polskim ofiarom sowieckiego terroru była przez lata blokowana przez stronę rosyjską, która
w ogóle nie chciała podejmować tematu, choć rozmawiać o nim chciały wszystkie rządy
III RP. Rosjanie początkowo tłumaczyli, że odszkodowań nie dostały także ofiary
rosyjskie (i inne narody).
Dopiero w lutym tego roku polskie MSZ po raz pierwszy poinformowało nieoficjalnie, że
Rosja prawdopodobnie zgodzi się na wypłaty odszkodowań - choć tylko symbolicznych - w
tym także dla Polaków, deportowanych w głąb ZSRR. Taką wolę wyrazić mieli rosyjski
prezydent i rząd; podobno w tej chwili omawiane są "kwestie techniczne".
Rosjanie proponują podobno, aby Polacy otrzymali takie same prawa jak Rosjanie i
obywatele byłych republik ZSRR, na mocy obowiązującej od kilku lat w Rosji ustawy o
ofiarach represji, która pozwala starać się o (symboliczne) odszkodowania za pobyt i
pracę w łagrach: niewiele ponad dwa dolary za miesiąc pobytu w łagrze (mniej niż 10 zł.).
Maksymalna kwota odszkodowania nie może być większa niż wypłata za sto miesięcy uwięzienia,
czyli w przeliczeniu mniej niż tysiąc złotych. Dlatego strona polska stara się, aby ta
kwota była większa. "Inaczej ludzie uznają tak niskie odszkodowania za obrazę. Właśnie
m.in. tego dotyczą negocjacje" - mówił "Gazecie Wyborczej" urzędnik
MSZ. Rosyjska ustawa zakłada też, że o odszkodowanie można ubiegać się tylko w
miejscu uwięzienia, co wykluczałoby z niej Polaków. Dlatego Polska chce także, aby
polskie ofiary miały uproszczoną procedurę (bilet lotniczy z Polski do Magadanu na
Dalekim Wschodzie, gdzie działał jeden z głównych kompleksów łagrów, kosztuje ok.
700 dolarów, czyli... trzy razy więcej niż kwota maksymalnego odszkodowania). W lutym
premier Rosji zadeklarował podczas wizyty w Warszawie, że "Polacy nie będą
musieli jeździć do Rosji, żeby się o nie [odszkodowania] starać".
Szacuje się, że prawo do odszkodowań ma ok. 60 tys. osób. Większość to ludzie, którzy
trafili do łagrów, albo urodzone w nich dzieci. Na odszkodowania nie mają natomiast
szans spadkobiercy.
WP
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|