|
„TP”, Nr 15 (2805), 13 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2805/kraj01.php
Degrengolada obozu rządowego nastąpiła błyskawicznie
Karesy i frazesy
Janusz A. Majcherek
Wspólne wystąpienie premiera i prezydenta na konferencji prasowej, publiczne oznajmienie
o uzgodnieniu przedterminowych wyborów oraz ogłoszenie czteropunktowego programu działania,
nie oznacza zakończenia okresu niepewności i ustabilizowania sytuacji politycznej w
kraju.
n Wspólne wystąpienie premiera i prezydenta na konferencji prasowej, publiczne
oznajmienie o uzgodnieniu przedterminowych wyborów oraz ogłoszenie czteropunktowego
programu działania, nie oznacza zakończenia okresu niepewności i ustabilizowania
sytuacji politycznej w kraju.
Werbalne zapewnienia o współpracy szefa rządu i głowy państwa oraz zachęty do współpracy,
skierowane w stronę opozycji, nie likwidują istniejących animozji i rozbieżności.
Rzekomy program działań to czteropunktowy zbiór ogólników, dobrych jako wiecowe hasła
na rok przed wyborami, ale nie plan konkretnych prac po półtorarocznym okresie
sprawowania władzy i przed niemal takim samym zapowiadanym na przyszłość. W istocie
otrzymaliśmy więc jedynie deklarację woli przetrwania tego gabinetu przez następne
kilkanaście miesięcy. Czy to będzie możliwe? Tak, ale kraju szkoda.
Po co nam taki rząd?
Kolejne głosowania sejmowe pokazują, że rząd jest nieodwoływalny, bo nie istnieją
warunki dla konstruktywnego wotum nieufności. Przepychanki personalne i koncepcyjne wewnątrz
gabinetu świadczą zaś, że nie jest on w stanie konstruktywnie działać.
Ewentualny sukces referendum akcesyjnego wydaje się obecnie nie tylko niezależny od
zabiegów propagandowych obozu rządowego, ale wręcz bardziej prawdopodobny w przypadku
całkowitego oddzielenia poparcia dla Unii Europejskiej od oceny obecnego systemu
sprawowania władzy. Po wyznaczeniu terminu wcześniejszych wyborów, a więc praktycznym
zainaugurowaniu kampanii przedwyborczej, przeprowadzenie trudnej i politycznie ryzykownej
reformy finansów publicznych - drugiego ważnego zadania tego rządu - wydaje się zupełnie
niemożliwe. Tym bardziej, że w dwóch resortach (finansów oraz gospodarki, pracy i
polityki społecznej) powstały dwa konkurencyjne programy, forsowane przez dwóch ministrów
(Grzegorza Kołodko i Jerzego Hausnera), nie ukrywających podstawowych rozbieżności
intencji i koncepcji. Po co więc potrzebny Polsce rząd, który nie jest w stanie lub nie
potrafi dokonać niczego pożytecznego w najważniejszych dla niej dziedzinach?
Galopująca degrengolada obecnego układu rządzącego zaskoczyła bodaj wszystkich. Po
bezceremonialnym usunięciu PSL z koalicji wydawało się, że premier Leszek Miller
odzyskuje wigor i siłę rzeczywistego przywódcy, panującego nad obozem władzy.
Tymczasem tajemnicze dymisje ministrów i mętne okoliczności nominacji na rządowe
stanowiska sugerują wręcz uwikłanie premiera w jakieś nieoficjalne i nieformalne układy,
których jest zakładnikiem, a przynajmniej uczestnikiem. Polityka gospodarczo-społeczna
rządu poniosła zaś fiasko i bez odważnych działań zakończy się klęską. Szanse
przeprowadzenia racjonalnych reform przez zdekonstruowany (a nie: zrekonstruowany) gabinet
i rozproszkowany Sejm wydają się znikome.
Silni słabością innych
Jedynym atutem SLD pozostaje słabość opozycji. Choć tak szybki krach polityki rządu mógł
zaskoczyć, to przecież grzęźnięcie w błocie było widoczne od kilku przynajmniej
miesięcy. Tymczasem wśród jego oponentów nie została stworzona ani personalna, ani
organizacyjna, ani programowa alternatywa. Różne odłamy opozycji po prostu liczą, że
to one zyskają na tym, co rząd straci - i że łatwo przechwycą głosy rozczarowanych
jego polityką. Poza przedstawionym niedawno przez Platformę Obywatelską programem
nadania finansom publicznym większej przejrzystości (wszakże bez niezbędnych zmian
rzeczowych), ze strony ugrupowań opozycyjnych nie płyną konkretne projekty i oferty. Każdy,
kto chciałby dziś wybrać i poprzeć jakąś inną propozycję polityczną, niż SLD,
dostrzeże brak przywództwa, organizacji i programu wśród potencjalnych kandydatów do
władzy. Może PO zachowuje nieco ze swojej liberalnej orientacji, choć Maciej Płażyński
ciągnie w inną stronę - tyle że Platforma nie rozwija się organizacyjnie i nie
wiadomo, kto nią i dokąd kieruje. Prawo i Sprawiedliwość ma wyrazistego lidera (a
nawet podwójnego), ale ideowo i koncepcyjnie przypomina groch z kapustą (albo raczej
staropolski bigos hultajski): od liberałów do ZChN-owców, z silną frakcją
antyeuropejską. Czy przeprowadziliby sprawniej reformę finansów publicznych i lepiej
poprowadzili integrację z UE? O Lidze Polskich Rodzin i Samoobronie szkoda mówić, bo
powiedziano już wszystko. Jedyna ich pozytywna rola leży ewentualnie w tym, że strach
przed nimi skłoni umiarkowane środowiska do wykazania większej woli porozumienia i
kompromisu. Ale czy da się dzięki temu coś konstruktywnego i efektywnego poukładać?
Zmiana rządu czy państwa?
Wyczekiwana i zapowiadana nowa formacja centrowa nie powstała. Są tacy (np. Waldemar
Kuczyński), którzy twierdzą, że bez SLD niczego się w polskiej polityce ułożyć i
przeprowadzić nie da. Lecz SLD gotowe do zgody jest tylko wtedy, gdy znajdzie się w
tarapatach. Leszek Miller tyle naubliżał niegdyś i narobił złośliwych szkód swoim
politycznym konkurentom, gdy oni przeżywali kłopoty, że nie bardzo może liczyć teraz
na ich wyrozumiałość. A mówiąc brutalnie, nie mają oni żadnego interesu, by mu
pomagać w wyciągnięciu się z opresji, w którą się sam wpakował.
Niektórzy zachęcają więc, by nic już z dotychczasowych klocków nie układać, lecz
zburzyć cały układ i zbudować coś zupełnie od nowa, może nawet jakąś całkiem inną
IV Rzeczpospolitą. Najszerzej dotychczas nagłośniony sposób przeprowadzenia tego, to
ustanowienie ordynacji większościowej w jednomandatowych okręgach wyborczych. Prezydent
apeli wysłuchał i zaproponował sprawdzenie tej metody w wyborach do Senatu. Teraz SLD
ma w izbie wyższej 3 mandatów - wzmocnienie systemu większościowego, już przecież w
wyborach do senatu obowiązującego, albo zwiększy ten stan posiadania do 9/10, albo
wypromuje chmarę tzw. niezależnych senatorów, którzy pogrążą tę izbę w zupełnym
chaosie.
Pozostawanie SLD u władzy niczego dobrego nie wróży, lecz pozbawienie go jej też nie
rysuje się jako obiecująca perspektywa. Tymczasem sytuacja kraju wymaga konkretnych i
energicznych działań, a nie czteropunktowych frazesów czy odwoływania kolejnych
ministrów.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|