dotb.gif

„TP”, Nr 15 (2805), 13 kwietnia 2003, http://www2.tygodnik.com.pl/tp/2805/komentarze.php


Komentarze

Marek Orzechowski z Brukseli
Irak wkrótce potem

Dopóki w Iraku słychać strzały, dyskusja, jak kraj ten będzie wyglądać po obaleniu dyktatora, może wydawać się przedwczesna. Ale nie jest. Amerykański sekretarz stanu Colin Powell rozmawiał w Brukseli nie o wojnie, ale o pokoju. I nie o tym, jak ograniczyć udział Europejczyków w porządkowaniu sytuacji, ale jak pogodzić ich obecność w Iraku z amerykańską racją stanu.

Trudno zakładać, że po zakończeniu wojny Amerykanie od razu oddadzą Narodom Zjednoczonym kontrolę nad tym terenem. Silna obecność USA w Iraku wydaje się konieczna: bez niej trudno będzie osiągnąć jakiekolwiek bezpieczeństwo. Im będzie jednak dłuższa, tym prędzej się okaże, że nie może być jedyna. Nad obecnością w Iraku będzie musiało pomyśleć choćby NATO, jeżeli nękany kryzysem wiarygodności sojusz nie chce się zmienić w klub dyskusyjny.

Trudniej z obecnością Unii Europejskiej. Amerykanie widzą w niej trochę kasjera, a taka pozycja nie odpowiada ambicjom wspólnoty. Po kłótniach związanych z polityką Busha wobec Husajna jest mało prawodopodobne, by 15-tka, a wkrótce 25-tka, chciała płacić amerykańskie rachunki. Brukselskie rozmowy Powella pokazały, że UE gotowa jest do wysiłku finansowego, ale pod warunkiem, że i ona będzie miała wpływ na proces demokratyzacji Iraku.

Pozostaje sprawa Narodów Zjednoczonych. Powell nie przekreśla ich znaczenia. Wie też, że po zakończeniu interwencji rola ONZ może tylko wzrosnąć. Ale co konkretnie ONZ będzie mogła uczynić w Iraku, zależy od rozwoju sytuacji. Ważne natomiast, że obecność Powella w Brukseli perspektywę współpracy społeczności międzynarodowej uczyniła jaśniejszą.

Interwencją z zewnątrz można obalić reżim. Nie sposób zadekretować trwałego porządku. Irak nie może stać się amerykańskim protektoratem. Nie taki był i jest sens amerykańskiej interwencji. Dlatego "Irak wkrótce potem" musi stać się polem współdzialania nie tylko międzynarodowych organizacji, ale i kilku silnych państw, Rosji, Francji, Chin, także i Niemiec.



Andrzej Brzeziecki
O co wojna

Wydłuża się kolejka chcących brać udział w "odbudowie Iraku". Największe światowe koncerny już szykują się do wielkich kontraktów. Również przedstawiciele polskich przedsiębiorstw budowlanych, chemicznych, farmaceutycznych przyznają, że z radością powitaliby otwarcie irackiego rynku dla ich usług. MSZ potwierdziło w zeszłym tygodniu, że opracowywana jest lista rodzimych firm, które mogłyby liczyć na zlecenia w Iraku. Wreszcie również badania opinii wykazują, że 2/3 Polaków uważa, że za poparcie akcji zbrojnej Amerykanów nasz kraj powinien być nagrodzony szansą robienia w Iraku interesów.

I niby wszystko w porządku. Komercyjne przedsiębiorstwa chcą zarabiać, bo po to są. A pohusajnowski i dotknięty zniszczeniami wojennymi Irak będzie potrzebował nowych dróg, szkół, szpitali. Jednak ludzie, którzy z bólem serca uznają konieczność tej wojny, mogą czuć się zakłopotani. Ta wojna ma przynieść wolność Irakijczykom i pokój w regionie, a nie zyski. Dlatego dziwi sposób, w jaki mówi się o ewentualnej obecności polskich przedsiębiorstw w Iraku. Bo padają słowa: sojusznicza dywidenda, należny zysk, korzyść... Nie mówiąc o postawie Polaków, którzy w sporej większości są przeciw wojnie, a równocześnie uważają, że za udział w niej (symboliczny zresztą) należy nam się nagroda. W podwójnych standardach przebijają ich tylko rządy Francji i Niemiec.

Jacek Kubiak z Rennes
Zjazd francuskich komunistów

Na zakończonym w ub. weekend 32 zjeździe Francuskiej Partii Komunistycznej po raz pierwszy w 83-letniej historii tego ugrupowania próbowano przeforsować inną niż oficjalna listę kandydatów do Komitetu Centralnego. Nie udało się. "Pluralizm nie jest celem, lecz metodą" - tak skwitowała próby wysunięcia alternatywnej listy wyborczej na partii, wybrana właśnie sekretarzem narodowym, Marie-eorge Buffet. Cyceron powiedziałby: O tempora! o mores!

Problem w tym, ze dysydencka lista, słynnego we Francji z pieniactwa, zbuntowanego komunisty Maxima Gremetza, pomijała inne, równie liczne, co skłócone, frakcje. Jedni chcą obalać kapitalizm, inni widzą świetlaną przyszłość u boku socjalistów (też w impasie), pozostali pragną reform, ale nie tych, które wytyczy (a jakże!) nowe-stare kierownictwo. Jeszcze rok temu FKP współrządziła, z socjalistami, Francją. Po serii wyborczych katastrof, FKP jest skłóconą partyjką starców i dziwaków, wtłoczoną między socjalistów i trockistów. Ci pierwsi przyciągają resztki młodych lewicowych liberałów, drudzy zaś następców Che Guevary. Do szeregów poststalinowskiej FKP młodzi nie kwapią się od dawna.

Agonia FKP wchodzi w ostatnia fazę. Resztki w kasie pozwalają jeszcze utrzymać wystawna paryską siedzibę przy placu Colonel Fabien, ale salę obrad KC trzeba już wynajmować, np. na pokazy mody. Zjazd potwierdził wytyczony przez ustępującego sekretarza Roberta Hue, kierunek zmian, zwanych eufemistycznie "mutacją partii". Zamiast Międzynarodówki lub wyprowadzenia sztandaru, zjazd zamknięto odtańczeniem "węża" i wesołymi śpiewkami.

Krzysztof Burnetko
Duzi i mali

Mimo wprowadzenia w ub. roku urzędowych barier dla rozwoju hipermarketów (m.in. zakazu akcji promocyjnych i emisji bonów towarowych), liczba wielkich sklepów w Polsce rośnie. Rośnie też ich udział w handlu artykułami spożywczymi. Równocześnie jednak - jak informuje "Rzeczpospolita" - od dwóch lat coraz więcej jest też placówek małych i średnich. Przykładowo: sklepów spożywczych o powierzchni poniżej 40 mkw było w ub. roku w Polsce 61,6 tys. - o 600 więcej niż w roku 2001. Stanowią one 52 proc. rynku spożywczego. Kłopot jest jeden: ich udział w handlu artykułami konsumpcyjnymi, do których zalicza się żywność, alkohol i papierosy, jednak spada. Okazuje się, że atut takich placówek - dogodna lokalizacja blisko domu bądź pracy klienta oraz bliski jego kontakt ze sprzedawcą przegrywa z szerszym asortymentem i niższymi cenami w supermarketach.

Wnioski są dwa. Pierwszy dla wszystkich: że utrudnienia administracyjne rynkowi oczywiście szkodzą, ale na szczęście nie są do końca skuteczne (hipermarkety nadal nęcą promocjami - a klienci z tego ochoczo korzystają). Szczęśliwie więc w sejmie jest już projekt (przygotowany przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów) likwidacji takich barier wolnego handlu. Drugi dla kupców: że hipermarkety nie mają wszystkich kart w ręku, trzeba więc starać się przyciągnąć klienta swoimi - fachowością i kulturą obsługi oraz jakością asortymentu. Zwłaszcza, że i moda na kupowanie - czy wręcz bywanie - w hipermarketach (bo i ona gra rolę) też kiedyś przeminie.

Bogusław Deptuła
Czerwony koń

Od kilku lat trwały eksperymenty nad kształtem telewizyjnego "Pegaza". Wraz z nastaniem w nim Kazimiery Szczuki wydawało się, że etap poszukiwań zakończył się znalezieniem telewizyjnej osobowości. Okazało się jednak, że osobowość jak na warunki polskie jest zbyt wyrazista. Wątpliwości narastały, aż do ostatniego prowadzonego przez Szczukę programu, w którym rozmawiała z Manuelą Gretkowską o jej powieści. Panie przywoływały słowa użyte w powieści, a uważane za wulgarne. I już, skończyło się. Pomysłodawca nowego "Pegaza" Robert Kowalski posady w TVP nie stracił, ale władzę nad programem - tak. Nowym wydawcą będzie sprawdzony człowiek telewizji, Andrzej Matynia.

W miniony czwartek zobaczyliśmy "Pegaza" hybrydycznego; coś było zrobione przez poprzednią ekipę, a coś przez nową. Najważniejszą postacią okazała Małgorzata Daniszewska, wydawca pisma "Art & Bussines" (żona Jerzego Urbana, wydawca nieistniejącego już pisma "Zły"), organizująca konkurs na obraz roku. Zaraz się zresztą okazało, że pierwszą nagrodę odebrano, bo obraz zwycięski nie spełnił obowiązkowego kryterium (nie powstał w minionym roku). Dalej było o filmie "Godziny", którego główną bohaterką jest Virginia Woolf, patronka XX-wiecznej literatury kobiecej. Ponieważ jednak kobiety w "Pegazie" już były, tym razem z nich zrezygnowano. Dla podniesienia lotów "Pegaza" pojawił się natomiast materiał o ornitologicznym przeboju kinowym, "Makrokosmosie". Najważniejszy zaś materiał, czyli relację z wielkiej retrospektywy Jerzego Nowosielskiego w Zachęcie, umieszczono na końcu.

Może i mogłoby tak być. Kiedy jednak dodać, że Andrzej Matynia jest felietonistą w "Art & Business", i kiedy przypomnieć sobie, z jakim zapałem opowiadał o sztuce w telewizji lat 80., robi się mdło. Koło się zamyka.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl