|
Marek Orzechowski z Brukseli
Irak wkrótce potem
Dopóki w Iraku słychać strzały, dyskusja, jak kraj ten będzie wyglądać po obaleniu
dyktatora, może wydawać się przedwczesna. Ale nie jest. Amerykański sekretarz stanu
Colin Powell rozmawiał w Brukseli nie o wojnie, ale o pokoju. I nie o tym, jak
ograniczyć udział Europejczyków w porządkowaniu sytuacji, ale jak pogodzić ich
obecność w Iraku z amerykańską racją stanu.
Trudno zakładać, że po zakończeniu wojny Amerykanie od razu oddadzą Narodom
Zjednoczonym kontrolę nad tym terenem. Silna obecność USA w Iraku wydaje się
konieczna: bez niej trudno będzie osiągnąć jakiekolwiek bezpieczeństwo. Im będzie
jednak dłuższa, tym prędzej się okaże, że nie może być jedyna. Nad obecnością w
Iraku będzie musiało pomyśleć choćby NATO, jeżeli nękany kryzysem wiarygodności
sojusz nie chce się zmienić w klub dyskusyjny.
Trudniej z obecnością Unii Europejskiej. Amerykanie widzą w niej trochę kasjera, a
taka pozycja nie odpowiada ambicjom wspólnoty. Po kłótniach związanych z polityką
Busha wobec Husajna jest mało prawodopodobne, by 15-tka, a wkrótce 25-tka, chciała
płacić amerykańskie rachunki. Brukselskie rozmowy Powella pokazały, że UE gotowa jest
do wysiłku finansowego, ale pod warunkiem, że i ona będzie miała wpływ na proces
demokratyzacji Iraku.
Pozostaje sprawa Narodów Zjednoczonych. Powell nie przekreśla ich znaczenia. Wie też,
że po zakończeniu interwencji rola ONZ może tylko wzrosnąć. Ale co konkretnie ONZ
będzie mogła uczynić w Iraku, zależy od rozwoju sytuacji. Ważne natomiast, że
obecność Powella w Brukseli perspektywę współpracy społeczności międzynarodowej
uczyniła jaśniejszą.
Interwencją z zewnątrz można obalić reżim. Nie sposób zadekretować trwałego
porządku. Irak nie może stać się amerykańskim protektoratem. Nie taki był i jest
sens amerykańskiej interwencji. Dlatego "Irak wkrótce potem" musi stać się
polem współdzialania nie tylko międzynarodowych organizacji, ale i kilku silnych
państw, Rosji, Francji, Chin, także i Niemiec.
Andrzej Brzeziecki
O co wojna
Wydłuża się kolejka chcących brać udział w "odbudowie Iraku". Największe
światowe koncerny już szykują się do wielkich kontraktów. Również przedstawiciele
polskich przedsiębiorstw budowlanych, chemicznych, farmaceutycznych przyznają, że z
radością powitaliby otwarcie irackiego rynku dla ich usług. MSZ potwierdziło w
zeszłym tygodniu, że opracowywana jest lista rodzimych firm, które mogłyby liczyć na
zlecenia w Iraku. Wreszcie również badania opinii wykazują, że 2/3 Polaków uważa,
że za poparcie akcji zbrojnej Amerykanów nasz kraj powinien być nagrodzony szansą
robienia w Iraku interesów.
I niby wszystko w porządku. Komercyjne przedsiębiorstwa chcą zarabiać, bo po to są. A
pohusajnowski i dotknięty zniszczeniami wojennymi Irak będzie potrzebował nowych dróg,
szkół, szpitali. Jednak ludzie, którzy z bólem serca uznają konieczność tej wojny,
mogą czuć się zakłopotani. Ta wojna ma przynieść wolność Irakijczykom i pokój w
regionie, a nie zyski. Dlatego dziwi sposób, w jaki mówi się o ewentualnej obecności
polskich przedsiębiorstw w Iraku. Bo padają słowa: sojusznicza dywidenda, należny
zysk, korzyść... Nie mówiąc o postawie Polaków, którzy w sporej większości są
przeciw wojnie, a równocześnie uważają, że za udział w niej (symboliczny zresztą)
należy nam się nagroda. W podwójnych standardach przebijają ich tylko rządy Francji i
Niemiec.
|
|
Jacek Kubiak z Rennes
Zjazd francuskich komunistów
Na zakończonym w ub. weekend 32 zjeździe Francuskiej Partii Komunistycznej po raz
pierwszy w 83-letniej historii tego ugrupowania próbowano przeforsować inną niż
oficjalna listę kandydatów do Komitetu Centralnego. Nie udało się. "Pluralizm nie
jest celem, lecz metodą" - tak skwitowała próby wysunięcia alternatywnej listy
wyborczej na partii, wybrana właśnie sekretarzem narodowym, Marie-eorge Buffet. Cyceron
powiedziałby: O tempora! o mores!
Problem w tym, ze dysydencka lista, słynnego we Francji z pieniactwa, zbuntowanego
komunisty Maxima Gremetza, pomijała inne, równie liczne, co skłócone, frakcje. Jedni
chcą obalać kapitalizm, inni widzą świetlaną przyszłość u boku socjalistów (też
w impasie), pozostali pragną reform, ale nie tych, które wytyczy (a jakże!) nowe-stare
kierownictwo. Jeszcze rok temu FKP współrządziła, z socjalistami, Francją. Po serii
wyborczych katastrof, FKP jest skłóconą partyjką starców i dziwaków, wtłoczoną
między socjalistów i trockistów. Ci pierwsi przyciągają resztki młodych lewicowych
liberałów, drudzy zaś następców Che Guevary. Do szeregów poststalinowskiej FKP
młodzi nie kwapią się od dawna.
Agonia FKP wchodzi w ostatnia fazę. Resztki w kasie pozwalają jeszcze utrzymać wystawna
paryską siedzibę przy placu Colonel Fabien, ale salę obrad KC trzeba już wynajmować,
np. na pokazy mody. Zjazd potwierdził wytyczony przez ustępującego sekretarza Roberta
Hue, kierunek zmian, zwanych eufemistycznie "mutacją partii". Zamiast
Międzynarodówki lub wyprowadzenia sztandaru, zjazd zamknięto odtańczeniem
"węża" i wesołymi śpiewkami.
Krzysztof Burnetko
Duzi i mali
Mimo wprowadzenia w ub. roku urzędowych barier dla rozwoju hipermarketów (m.in. zakazu
akcji promocyjnych i emisji bonów towarowych), liczba wielkich sklepów w Polsce rośnie.
Rośnie też ich udział w handlu artykułami spożywczymi. Równocześnie jednak - jak
informuje "Rzeczpospolita" - od dwóch lat coraz więcej jest też placówek
małych i średnich. Przykładowo: sklepów spożywczych o powierzchni poniżej 40 mkw
było w ub. roku w Polsce 61,6 tys. - o 600 więcej niż w roku 2001. Stanowią one 52
proc. rynku spożywczego. Kłopot jest jeden: ich udział w handlu artykułami
konsumpcyjnymi, do których zalicza się żywność, alkohol i papierosy, jednak spada.
Okazuje się, że atut takich placówek - dogodna lokalizacja blisko domu bądź pracy
klienta oraz bliski jego kontakt ze sprzedawcą przegrywa z szerszym asortymentem i
niższymi cenami w supermarketach.
Wnioski są dwa. Pierwszy dla wszystkich: że utrudnienia administracyjne rynkowi
oczywiście szkodzą, ale na szczęście nie są do końca skuteczne (hipermarkety nadal
nęcą promocjami - a klienci z tego ochoczo korzystają). Szczęśliwie więc w sejmie
jest już projekt (przygotowany przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów)
likwidacji takich barier wolnego handlu. Drugi dla kupców: że hipermarkety nie mają
wszystkich kart w ręku, trzeba więc starać się przyciągnąć klienta swoimi -
fachowością i kulturą obsługi oraz jakością asortymentu. Zwłaszcza, że i moda na
kupowanie - czy wręcz bywanie - w hipermarketach (bo i ona gra rolę) też kiedyś
przeminie.
Bogusław Deptuła
Czerwony koń
Od kilku lat trwały eksperymenty nad kształtem telewizyjnego "Pegaza". Wraz z
nastaniem w nim Kazimiery Szczuki wydawało się, że etap poszukiwań zakończył się
znalezieniem telewizyjnej osobowości. Okazało się jednak, że osobowość jak na
warunki polskie jest zbyt wyrazista. Wątpliwości narastały, aż do ostatniego
prowadzonego przez Szczukę programu, w którym rozmawiała z Manuelą Gretkowską o jej
powieści. Panie przywoływały słowa użyte w powieści, a uważane za wulgarne. I już,
skończyło się. Pomysłodawca nowego "Pegaza" Robert Kowalski posady w TVP nie
stracił, ale władzę nad programem - tak. Nowym wydawcą będzie sprawdzony człowiek
telewizji, Andrzej Matynia.
W miniony czwartek zobaczyliśmy "Pegaza" hybrydycznego; coś było zrobione
przez poprzednią ekipę, a coś przez nową. Najważniejszą postacią okazała
Małgorzata Daniszewska, wydawca pisma "Art & Bussines" (żona Jerzego
Urbana, wydawca nieistniejącego już pisma "Zły"), organizująca konkurs na
obraz roku. Zaraz się zresztą okazało, że pierwszą nagrodę odebrano, bo obraz
zwycięski nie spełnił obowiązkowego kryterium (nie powstał w minionym roku). Dalej
było o filmie "Godziny", którego główną bohaterką jest Virginia Woolf,
patronka XX-wiecznej literatury kobiecej. Ponieważ jednak kobiety w "Pegazie"
już były, tym razem z nich zrezygnowano. Dla podniesienia lotów "Pegaza"
pojawił się natomiast materiał o ornitologicznym przeboju kinowym,
"Makrokosmosie". Najważniejszy zaś materiał, czyli relację z wielkiej
retrospektywy Jerzego Nowosielskiego w Zachęcie, umieszczono na końcu.
Może i mogłoby tak być. Kiedy jednak dodać, że Andrzej Matynia jest felietonistą w
"Art & Business", i kiedy przypomnieć sobie, z jakim zapałem opowiadał o
sztuce w telewizji lat 80., robi się mdło. Koło się zamyka.
|