dotb.gif

„TP”, Nr 15 (2805), 13 kwietnia> 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2805/felpodsiadlo.php



Nerwica rodzica

Jacek Podsiadło


A mój syn mówi nagle i bardzo głośno:

- O Boże, jaki jestem głupi!

Mijają nas ludzie. Pieszo, samochodami, ze wszystkich stron, centrum jest blisko. Większość wygląda jak ludzie. Ale niektórym na przykład głupota wyłazi z butów albo bije wprost z twarzy, mam już tyle doświadczenia jako fizjonomista, aby móc to ocenić jednym rzutem oka. I nikt nie podejmuje zawołania mojego dziecka, auta nie hamują z piskiem, przechodnie nie padają na kolana i nie krzyczą: "O Boże, jacyż jesteśmy głupi! Jak głupie są nasze czyny, jak podłe sprawy, którymi żyjemy!" Nie. Tylko jego jednego trafił promień oświecenia, przez chwilę szedł zamyślony i może w tej właśnie chwili zrozumiał, że wie, iż nic nie wie, albo że mądremu biada.

- Jaki ja jestem głupi!

- No nie, chyba przesadzasz. Zobacz, dostałeś plus piątkę z dyktanda. Wygrałeś też ten konkurs czytelników. I byłeś taki skromny, że nawet nam o tym nie powiedziałeś.

- Bo nie chciałem startować w tych dalszych klasyfikacjach.

- Eliminacjach.

- Właśnie.

- I to też świadczy, że nie jesteś taki całkiem głupi. Bo jesteś sprytny.

- Jestem głupi, bo zostawiłem w szkole strój na tenisa.

- W szatni czy w klasie?

- W klasie.

- No, to może nie zginie. A na tenisa weźmiemy stare spodnie od dresu i te adidasy. Tak, że nie musimy wracać, jeśli o to ci chodzi.

- Uff.

Szkoła to miejsce dziwne i tajemnicze. Weźmy na przykład to przepadanie rzeczy. Jeśli coś się zostawi w klasie, to pół biedy. Ale jeśli w szatni albo na korytarzu, to koniec, żegnaj, błękitny sweterku, pa, nowiutkie flamastry, adieu, rękawiczki. Aga, gdyby tak zebrać wszystko do kupy, to już zgubiła z ćwierć siebie. Dawid niewiele jej ustępuje. Wystarczy zresztą zobaczyć, jak wychodzi ze szkoły, żeby zdać sobie sprawę, jak zgubogenny jest jego sposób noszenia się. A co. W gazecie przeczytałem, że polskie wioślarstwo jest dyscypliną medalodajną, więc może być: "zgubogenny". Zatem dzieci wysypują się po lekcjach ze szkoły ładnie opakowane w skafanderki i przypięte do wielkich tornistrów. I po czym poznajemy wśród nich mojego syna? Po czapce na bakier, szaliku wystającym z rękawa, ogólnym porozpinaniu i tornistrze wleczonym po ziemi. Moja krew! I jak taki chłopak ma nie zgubić czegoś co jakiś czas?

Od razu wyjaśniam: nawet przez myśl mi nie przeszło, że ktoś w szatni kradnie. Co to, to nie, rzeczy dzieci znikają z szatni w sposób o wiele subtelniejszy. Nie wiem dokładnie, jaki. Zacznijmy od tego, że szatnia jest w podziemiu. Może w sąsiednim podziemiu rozlokował się potwór, niekoniecznie straszny, ale introwertyczny i rękawiczkożerny? Może istnieje tam jakieś dyskretne połączenie z innym wymiarem, Przesmyk Copperfielda albo coś podobnego? Może w tym samym miejscu była kiedyś katownia i jakaś Zła Ubecja więziła w zimnym loszku małą dziewczynkę za nielegalny i spekulacyjny handel zapałkami? I teraz jej duch wciąż się stroi w cieplutkie sweterki, zmienia rękawiczki jak rękawiczki, owija się setką szalików? Nie wiem. Pewne jest tylko, że rzeczy znikają. Traktujmy je jak dary, choć niezamierzone; może się gdzieś szykuje niebiański transport darów dla dzieci, inaczej niż nasze, nie mających nic. Aha! Byłbym zapomniał: czasami rzeczy wracają. Na przykład na wiosnę rękawiczki, które dawno zginęły, niespodziewanie wypływają z tornistra. Może potwór się przejadł? Może Zła Ubecja jeszcze dycha gdzieś w okolicy i próbuje ostatnich prowokacji, nieudanych i bezsensownych?

Obok rachunku strat jest też rachunek zysków. Wciąż coś się w szkole zostawia, ale coś się też z niej wynosi. Najpierw mój syn przyniósł ze szkoły nerwicę. Potem wszawicę. Nerwica była niegroźna, typowa nerwica szkolna, i została zwalczona w zarodku. Wszawica jest bardziej uparta, ciągle wraca. I zaraźliwa, raz nawet sam musiałem na wszelki wypadek zmyć sobie głowę specjalnym szamponem. Na cały tydzień wypaliło mi z głowy wszystkie dobre myśli o szkole. A miewam i takie. I, iż są nieliczne, troskliwie je hołubię. Siłą rzeczy mały człowiek staje się tam "istotą społeczną". Widać to po słownictwie, jakie przynosi: "siet!", kiedy mu coś nie wyjdzie, "sorki", gdy coś przeskrobie. Od razu łatwiej się porozumiewać, już dawno wyznał, że nie lubi przepraszać, a sorki to co innego. Na przerwach zabawy, o których nie chce opowiadać, ale wytarte kolana mówią same za siebie. Jednak nie przeniknę tych sekretów. Na wywiadówce usiadłem w ławce syna, pani coś mówiła i spróbowałem sobie wyobrazić, że jestem nim. Nawet mi jakoś szło, dopóki nie zobaczyłem własnego odbicia w szybie okna: zamiast mojego dziecka na za małym krzesełku siedział wyrośnięty, nierozumny debil.

Jacek Podsiadło
skr. poczt. 32, 45-076 Opole1
podsiadlo@atol.com.pl

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl