|
Lektury humanistyczne
Marcin Król
Nie mam nic przeciwko kulturze masowej, jest lepsza lub gorsza, ale przecież -
nieunikniona. Domagam się jedynie, by obok niej istnieć mogła kultura nie masowa, a w
konkretnym przypadku, o którym tu piszę - książki z zakresu szeroko rozumianej
humanistyki. Nie tylko książki o charakterze akademickim, ale także eseistyka i inne
prace, może bez przypisów, ale bardzo ważne dla kultury, jak na przykład wybór esejów
George'a Orwella (ukazał się czas jakiś temu).
Otóż na skutek załamania się całego rynku wydawniczego: dzienników, czasopism i
wydawnictw dużych oraz małych, pierwsze znikają książki poważne. Powodów jest
kilka. Czytelników nie stać na ich kupowanie, wydawcy nie mogą już ryzykować pozycji
nie tylko deficytowych, ale nawet takich, które być może nie spowodowałyby strat, ale
dopiero po roku, dwu sprzedaży. Księgarnie, z wyjątkiem nielicznych, nie chcą trzymać
takich książek na składzie, a poza tym nieco mniejszym księgarniom całe zawracanie głowy
ze sprzedaniem dwu egzemplarzy danego tytułu się nie opłaca. Wreszcie instytucje
dotychczas wspierające takie wydawnictwa wycofują poparcie finansowe, bo same nie mają
pieniędzy - i to zarówno instytucje państwowe, jak i fundacje i inne z sektora nie rządowego.
Wydawnictwa, a zwłaszcza wydawnictwa małe, lecz znakomite, padają. Wydawnictwa duże,
które miały ambicję wydawania pozycji poważnych obok książek popularnych, zarabiają
mniej i rezygnują z ambicji. Nie będę wymieniał nazw oficyn, bo nie każda z nich
chciałaby się znaleźć na liście bankrutów, a poza tym może jeszcze co nieco da się
uratować. Do tego dochodzi fenomen wydawnictw uniwersyteckich, które w Polsce (są
naturalnie wyjątki) w zasadzie wydają takie książki, jakich nikt inny by nie wydał,
czyli przede wszystkim prace habilitacyjne, które muszą być opublikowane przynajmniej w
300 egzemplarzach, żeby mogła się odbyć obrona habilitacji. Nie ma co marzyć, by
polskie wydawnictwa uniwersyteckie pełniły taką funkcję, jaką pełni Harvard
University Press, Oxford University Press bądź podobne instytucje we Francji.
Bardzo długo mieliśmy znakomitą sytuację w dziedzinie tłumaczeń prac
humanistycznych. Teraz jednak wydawnictwa nie mają na prawa autorskie, a tłumacze, na
skutek cichego porozumienia wydawców, ekonomicznie zrozumiałego, zarabiają tak mało,
że tłumacz zawodowy, pracując stale przez cały miesiąc, mógłby może osiągnąć
1400 PLN brutto, gdyby miał nieustannie zamówienia. A zatem będziemy w przyszłości
mieli tylko książki typu "Feng Shui w ogrodzie" czy "Łosoś na sto
sposobów" oraz "Jak nie stracić żony?". Oraz nieco pornograficznej prozy
polskiej.
Tragedia ta ma dwa oblicza. Pierwsze to brak szans dla polskich uczonych i myślicieli, jeżeli
nie piszą czegoś pod publiczkę, co naturalnie powoduje zdeprawowanie i marnowanie
talentu oraz wiedzy. Drugie - to brak tłumaczeń. Otóż wiem, że uczeni i wybitni
studenci powinni czytać w oryginale, ale jest też co nieco inteligentnego społeczeństwa,
które albo nie czyta w oryginale, albo nie ma dostępu do oryginału, bo do wspomnianych
zjawisk dochodzi totalne załamanie systemu bibliotek publicznych.
Nie potępiam zatem Michała Wiśniewskiego i audycji "Jestem, jaki jestem", bo
czemuż miałbym to czynić, ale nie chciałbym żyć w kraju, w którym nie ma książek
poważnych, nie ma z nich recenzji, nie ma o czym rozmawiać i nie ma szans na to, by moje
wnuki doznały tej przyjemności, jednej z największych w życiu, jaką jest czytanie.
|