dotb.gif

„TP”, Nr 15 (2805), 13 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2805/felhennel.php



A co zostaje dla mnie?

Józefa Hennelowa


Nie mogę zgodzić się z poważnym kapłanem, gdy czytając jego manifest antywojenny ("Rzeczpospolita") dowiaduję się, że to "nie jego państwo", skoro wysłało żołnierzy do Iraku. Buntuję się, gdy na Tygodnikowych łamach ze wszech miar szanowany intelektualista zachęca do "obywatelskiego nieposłuszeństwa", na przykład w formie niepłacenia abonamentu telewizyjnego. Wścieka mnie apel parlamentarzystów o łagodne potraktowanie blokujących drogi publiczne producentów rolnych z tej racji, iż usprawiedliwia ich rozpacz, mająca rozgrzeszać także i akty terroru (jeszcze łagodnego, ale jednak). Z tej samej racji niepokoi mnie zapał członków komisji śledczej dywagującej publicznie o ewentualnych perspektywach przesłuchiwania (pod okiem kamer na dodatek) głowy mojego państwa, co jak wiadomo skutkować będzie zadawaniem dowolnej ilości niekoniecznie mądrych pytań, wcale niekoniecznie w celu dojścia do prawdy, bo także i dla niebywałej satysfakcji każdego z osobna uczestnika komisji zaistnienia na tak wyjątkowym ringu.

Dlaczego tak reaguję?

Od pewnego czasu żywimy się tylko nowinami negatywnymi. O sporach, konfliktach i kompromitacjach władzy, o wojnach na górze, o znikającym jak śnieg na wiosnę zaufaniu do programów, z których nic nie wynika. Także o niezrozumiałych dla zwykłego człowieka zmianach, dymisjach i nominacjach. To wszystko obrasta komentarzami podkreślającymi czarność obrazu. Nie równoważy go ani nie rozjaśnia przez tychże komentatorów stawiany gęsto akcent nadziei, że byle pozbyć się tego, co jest, będzie na pewno inaczej i na pewno lepiej. A nie równoważy ani nie rozjaśnia dlatego, że krytycy, których czytamy i oglądamy co chwila, są rzeczywiście nad wyraz efektowni w swoich atakach, ale zaraz potem demonstrują takie między sobą różnice i konflikty, iż niesposób wyobrazić sobie, aby zdolni byli do działań zespołowych, z których jedynych wyłonić się rzeczywiście może inna, lepsza jakość. Dotyczy to także hipokryzji (a może beznadziejności choroby?) niejednego polityka dziś pozostającego poza grą, ale przecież swego czasu piastującego władzę i rozporządzającego możliwościami zmieniania Polski na lepszą. Jak gorąco niejeden potępia, równocześnie ani jednym słowem nie dając znać, iż sam niejedno popsuł i zmarnował. Cóż potrafi, gdyby znowu wrócił na boisko?

A tymczasem narasta pytanie, które na teraz zaczyna mi się wydawać najważniejsze: czy jeszcze istnieje obraz państwa, które dalej jest moje i z którym, przy wszystkich negatywnych ocenach, nie tylko chcę, ale muszę się utożsamiać, bo nie mam prawa zapomnieć, ile kosztowało i jak bezcenną wartość stanowi, wartość niczym niezastępowalną? Właśnie to, co zwie się państwem polskim, jest rzeczywistością wciąż rozstrzygającą o naszej wspólnej egzystencji. Gdzie jednak są te struktury dotąd nienaruszone, nietykalne?

Same fakty obiektywne zdają się być jak rentgenowski obraz odsłaniający coraz ostrzejsze schorzenia.W życiu politycznym, parlamentarnym zwłaszcza, z takim zamiłowaniem upowszechnianym przez telewizję, zakorzenił się antyobyczaj języka pełnego pogardy, zaakceptowane zostały wyzwiska i obelgi. Ale kiedy do tego dokładają się szanowani twórcy opinii publicznej, autorytety moralne (choćby ci, o których wspomniałam na początku), niepokoję się, że coś najważniejszego gotowiśmy zniszczyć własnymi rękami.

Szary człowiek ma na pewno oparcie w symbolach , chocby całkiem zewnętrznych, takich jak hymn grany po zwycięstwie swoich zawodników, jak flaga, którą zabiera na mecz (jeśli potem nie wznieci burdy, która wszystko pogrzebie). Ale to dopiero ułamek odpowiedzi. Felieton nie jest miejscem, gdzie taka odpowiedź mogłaby ukształtować się przekonująco i w pełni. Więc tylko napiszę, iż dla mnie osobiście struktura państwa, z którą nie przestaję się utożsamiać, opiera się na nienaruszalności pojęcia "obowiązek". Także więc w zapłaceniu i abonamentu, i biletu tramwajowego, o podatku już nie wspominając, w każdej podjętej interwencji o zaprowadzenie porządku, nawet w śmieciu ciśniętym nie na trawnik publiczny, ale do kosza. Proszę bardzo, można to nazwać infantylizmem, jeżeli ktoś bardzo chce. Nic mi to nie przeszkadza.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl