|
A co zostaje dla mnie?
Józefa Hennelowa
Nie mogę zgodzić się z poważnym kapłanem, gdy czytając jego manifest antywojenny
("Rzeczpospolita") dowiaduję się, że to "nie jego państwo", skoro
wysłało żołnierzy do Iraku. Buntuję się, gdy na Tygodnikowych łamach ze wszech miar
szanowany intelektualista zachęca do "obywatelskiego nieposłuszeństwa", na
przykład w formie niepłacenia abonamentu telewizyjnego. Wścieka mnie apel
parlamentarzystów o łagodne potraktowanie blokujących drogi publiczne producentów
rolnych z tej racji, iż usprawiedliwia ich rozpacz, mająca rozgrzeszać także i akty
terroru (jeszcze łagodnego, ale jednak). Z tej samej racji niepokoi mnie zapał członków
komisji śledczej dywagującej publicznie o ewentualnych perspektywach przesłuchiwania
(pod okiem kamer na dodatek) głowy mojego państwa, co jak wiadomo skutkować będzie
zadawaniem dowolnej ilości niekoniecznie mądrych pytań, wcale niekoniecznie w celu dojścia
do prawdy, bo także i dla niebywałej satysfakcji każdego z osobna uczestnika komisji
zaistnienia na tak wyjątkowym ringu.
Dlaczego tak reaguję?
Od pewnego czasu żywimy się tylko nowinami negatywnymi. O sporach, konfliktach i
kompromitacjach władzy, o wojnach na górze, o znikającym jak śnieg na wiosnę zaufaniu
do programów, z których nic nie wynika. Także o niezrozumiałych dla zwykłego człowieka
zmianach, dymisjach i nominacjach. To wszystko obrasta komentarzami podkreślającymi
czarność obrazu. Nie równoważy go ani nie rozjaśnia przez tychże komentatorów
stawiany gęsto akcent nadziei, że byle pozbyć się tego, co jest, będzie na pewno
inaczej i na pewno lepiej. A nie równoważy ani nie rozjaśnia dlatego, że krytycy, których
czytamy i oglądamy co chwila, są rzeczywiście nad wyraz efektowni w swoich atakach, ale
zaraz potem demonstrują takie między sobą różnice i konflikty, iż niesposób
wyobrazić sobie, aby zdolni byli do działań zespołowych, z których jedynych wyłonić
się rzeczywiście może inna, lepsza jakość. Dotyczy to także hipokryzji (a może
beznadziejności choroby?) niejednego polityka dziś pozostającego poza grą, ale przecież
swego czasu piastującego władzę i rozporządzającego możliwościami zmieniania Polski
na lepszą. Jak gorąco niejeden potępia, równocześnie ani jednym słowem nie dając
znać, iż sam niejedno popsuł i zmarnował. Cóż potrafi, gdyby znowu wrócił na
boisko?
A tymczasem narasta pytanie, które na teraz zaczyna mi się wydawać najważniejsze: czy
jeszcze istnieje obraz państwa, które dalej jest moje i z którym, przy wszystkich
negatywnych ocenach, nie tylko chcę, ale muszę się utożsamiać, bo nie mam prawa
zapomnieć, ile kosztowało i jak bezcenną wartość stanowi, wartość niczym niezastępowalną?
Właśnie to, co zwie się państwem polskim, jest rzeczywistością wciąż rozstrzygającą
o naszej wspólnej egzystencji. Gdzie jednak są te struktury dotąd nienaruszone,
nietykalne?
Same fakty obiektywne zdają się być jak rentgenowski obraz odsłaniający coraz
ostrzejsze schorzenia.W życiu politycznym, parlamentarnym zwłaszcza, z takim zamiłowaniem
upowszechnianym przez telewizję, zakorzenił się antyobyczaj języka pełnego pogardy,
zaakceptowane zostały wyzwiska i obelgi. Ale kiedy do tego dokładają się szanowani twórcy
opinii publicznej, autorytety moralne (choćby ci, o których wspomniałam na początku),
niepokoję się, że coś najważniejszego gotowiśmy zniszczyć własnymi rękami.
Szary człowiek ma na pewno oparcie w symbolach , chocby całkiem zewnętrznych, takich
jak hymn grany po zwycięstwie swoich zawodników, jak flaga, którą zabiera na mecz (jeśli
potem nie wznieci burdy, która wszystko pogrzebie). Ale to dopiero ułamek odpowiedzi.
Felieton nie jest miejscem, gdzie taka odpowiedź mogłaby ukształtować się przekonująco
i w pełni. Więc tylko napiszę, iż dla mnie osobiście struktura państwa, z którą
nie przestaję się utożsamiać, opiera się na nienaruszalności pojęcia "obowiązek".
Także więc w zapłaceniu i abonamentu, i biletu tramwajowego, o podatku już nie
wspominając, w każdej podjętej interwencji o zaprowadzenie porządku, nawet w śmieciu
ciśniętym nie na trawnik publiczny, ale do kosza. Proszę bardzo, można to nazwać
infantylizmem, jeżeli ktoś bardzo chce. Nic mi to nie przeszkadza.
|