dotb.gif

„TP”, Nr 15 (2805), 13 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2805/feldobosz.php



Policzymy się

Andzrzej Dobosz




Olga Boznańska i Józef Pankiewicz byli ulubionymi malarzami moich rodziców. W dzieciństwie oglądałem reprodukcje portretów, martwych natur i pejzaży. Należąc do średniego mieszczaństwa, nie mieliśmy na co dzień do czynienia z końmi. Widywałem je na ulicy zaprzęgnięte do wozów i dorożek, latem na wakacjach, ale przestrzegano mnie, bym nie podchodził za blisko. Zapamiętałem sprzed wojny okrzyki handlarza z warszawskiego placu Kercelego, gdzie można było dostać wszystko, więc i podróbki, często udane, rzeczy modnych:

Kossaki, Kossaki
Dziewczę, ułan i krzaki

Ten zbyt lapidarny opis jakoś łączył się u mnie z przeświadczeniem, że rodzina K. to nie są malarze dla naszej sfery. Konie! Tak, ale Piotra Michałowskiego.

Między końcem wojny a majem '47 mój ojciec miał okazję dokładnie obejrzeć wielkie muzea włoskie i angielskie. W swym wojennym bagażu przywiózł do domu katalogi muzealne. Rozszerzywszy swe horyzonty nie stracił upodobania do Boznańskiej i Pankiewicza. Dziesięć lat później zacząłem przynosić do domu pierwsze płótna wykraczające poza upodobania rodziców. Wiodąc gwałtowne spory na temat najnowszego malarstwa, byliśmy zgodni w opiniach na temat dzieł dawniejszych. Dziś jeszcze, gdybym nieoczekiwanie stał się posiadaczem Wojciecha Kossaka, spieniężyłbym go niezwłocznie, by móc zupełnie co innego porozwieszać na ścianach.
Bardzo mi się natomiast podoba idea wielkich prezentów zbiorowych. My, którzy znamy swoje miejsce na skali wytyczonej

od obfitości do dostatku
od dostatku do umiaru
od umiaru do potrzeby
od potrzeby do niedostatku
i od niedostatku jeszcze niżej

moglibyśmy może uczestniczyć w zbiorowych darach bez corocznej regularności, jedynie przy wielkich okazjach. Oto w przyszłym roku przekroczy 70 lat Michał Głowiński. Gdyby przyjaciele, uczniowie i czytelnicy tego autora chcieli mu ofiarować coś wspaniałego, oczywiście pragnąłbym się przyłączyć. Wypada więc wywiedzieć się, co by sprawiło mu przyjemność. Ja sam, który dobiegnę okrągłej rocznicy później, cieszyłbym się obrazem Teresy Pągowskiej lub Jerzego Stajudy, ale także praca Jacka Sempolińskiego czy Jacka Sienickiego sprawiłaby mi radość. Nie podejrzewam, by ktoś chciał mnie obdarować Beksińskim czy Dudą-Graczem.

W ciągu kilkunastu ostatnich lat nie udały się nam partie polityczne. Zacznijmy budować społeczeństwo obywatelskie, grupując się według najbardziej osobistych gustów. Może entuzjazm dla Teresy Pągowskiej okaże się ważniejszy niż różnice między Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością? A może w tej istotnej kwestii odkryjemy jakąś bratnią duszę w Lidze Polskich Rodzin?

Wiele zabawy dostarczyła mi rzekoma rozmowa z Markiem Piwowskim w pierwszokwietniowej "Rzeczpospolitej" na temat wersji "Rejsu", w której politycy płyną na uroczystość otwarcia siódmego kilometra autostrady.

Pomysł, że to p. Kalisz powiada: "stwierdzam, że głosowanie, które się tu odbywa, w poważnych instytucjach uważane byłoby za nieważne. Są trzy metody głosowania. Pierwsza przez aplauz. Znaczy, że wszyscy głosują...", a pan Rywin odpowiada na każde pytanie: "Pytania są tendencyjne", wprawił mnie w świetny humor. Zabawa skończyła się jednak dla mnie w chwili, gdy przeczytałem, że w scenie salonowca mają wystąpić prezydent i premier, jakkolwiek nie wiadomo jeszcze, który z nich miałby mnie naśladować.

A gdy doszedłem do miejsca, w którym jest mowa o tym, kto miałby objąć rolę postaci, która "nie może być jednocześnie twórcą i tworzywem", poczułem, że w zaprzyjaźnionej przecież redakcji nie zdano sobie sprawy, jak dotkliwa przykrość zostanie mi wyrządzona. Mój żal jest tak wielki, że mógłbym o nim zapomnieć jedynie patrząc na małe płótno Teresy Pągowskiej.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl