|
„TP”, Nr 14 (2804), 6 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2804/wiara02.php
Księdza Tichnera Msze Ludzi Gór
Duchowa Polana (2)
Wojciech Bonowicz
Nakładem Znaku ukazała się właśnie nowa publikacja ze spuścizny ks. Józefa
Tischnera: "Słowo o ślebodzie.
Kazania spod Turbacza 1981-1997". Homilie, wygłaszane podczas słynnych Mszy Ludzi Gór
zebrał i opracował brat Księdza Profesora, Kazimierz Tischner. Historię spotkań na
Rusnakowej Polanie przedstawia biograf ks. Tischnera, Wojciech Bonowicz. Pierwszą część
jego reportażu opublikowaliśmy przed tygodniem.
Od samego początku część uczestników postulowała, by Msze przenieść na drugą
niedzielę sierpnia, tak aby nie kolidowały z okolicznymi odpustami. Już w 1984 roku
zamierzano ogłosić zmianę, ale wówczas z tłumu podniosły się głosy przypominające,
że i w drugą niedzielę nie brak odpustów - w Ochotnicy, na Maruszynie, w Szczawie.
Tischner bezradnie rozłożył ręce:
- Z tego widze, ze sie zrobiła demokracja. Władek radzi zostać przy piyrsyj. To słuchojcie
- ino krowa nie zmienio poglądów! Zostońmy przy piyrsyj. Dobre?
Odpowiedzią były brawa.
- No to juz trudno - decyzja jest. Ja zawse mom racje - śmiał się Tischner - bo sie
przyłącom do tego zdania, co mo Władek.
Termin Mszy zmienił się dopiero w 1992 roku. - Jakoś w maju - wspomina ks. Krakowczyk -
podałem do Krakowa dla Księdza Profesora wiadomość, że w pierwszą niedzielę
sierpnia będzie koronacja Matki Bożej na Rusinowej Polanie z udziałem Kardynała. No,
ale Ksiądz nie bardzo chciał się zgodzić na przeniesienie Mszy, bo już było inaczej
zapowiedziane. Ja chodziłem, narzekałem na niego, mówiłem, że do kaplicy nie wpuszczę,
a jak mnie zezłoszczą, to i ołtarz polowy każę rozebrać. Aż tu nagle w lipcu
przychodzi wiadomość, że Ksiądz jest w szpitalu - przepuklina. I Związek Podhalan
musiał szybko ogłaszać po parafiach, że jest zmiana. Przyszła niedziela 9 sierpnia,
Ksiądz Profesor wychodzi pod Turbacz, wyzdajany po góralsku, wielki jak niedźwiedź.
Podszedł do mnie, położył mi rękę na ramieniu i mówi spokojnie: "Wiesz, Kaziu,
będzie odtąd w drugą niedzielę". Tylko tyle. A ja przez półtora miesiąca
chodziłem zły i na niego pyskowałem...

Ale "proboszcz Turbacza" miał też rzeczywiste powody do niezadowolenia.
- W czasie kazania zostawiałem na ołtarzu włączony magnetofon, a z drugim
magnetofonikiem ruszałem na obchód. Szedłem często po cywilnemu, więc jak zwracałem
uwagę rozrabiającym, to chcieli mnie pobić. "Kto Pan jesteś?" A tu zdarzało
się, że w czasie podniesienia pito piwo albo nawet gorzałę!
Ksiądz Profesor miał szeroki rękaw, taki łagodniejszy. O wielu rzeczach zresztą nie
wiedział. A ja chodziłem do niego i mówiłem: "Trzeba myśleć, co będzie za
dziesięć, za piętnaście lat". Chodziło o to, żeby pewne rzeczy ustawić od początku.
On jednak nie chciał upominać od ołtarza, żeby nie robić reklamy rozrabiającym.
Dopiero jak prezeską Oddziału Nowotarskiego została Wanda Szado-Kudasikowa, zaczęto
dbać o porządek.
Jednak także i od ołtarza poszło w końcu upomnienie. W sierpniu 1986 ks. Tischner
powiedział jedno z najgoręcej komentowanych kazań turbaczowych: o głupocie.
- Godajom tak, ze niby my, niby kapelani Związku Podhalan, zwołujemy Wos haw na
modlitwe, ale naprowde to Wom dajemy okazje nie do modlitwy, ale do pijaństwa. Tak
godajom, takie godanie do mnie dosło. Ale jak to jest prowda, to jo Wom na to nic nie
powiym. Nicego Wom nie zakozem, bo i po co? I tak zrobicie, jako beecie chcieć. Ino Wos
grzecnie i piyknie pytom o jedno. Pytom to tyk, ftorzy z tyj okazji do modlitwy zrobiom se
okazje do pijaństwa. Idźcie Wy - bydźcie tacy grzecni! - jutro, pojutrze abo na drugom
niedziele do swoik probosców we wsi, w parafii i powiydzcie tak: "Ksiądz Władysław
i ksiądz Józef nie dali mi okazji do pijaństwa, ale do modlitwy. A okazje do pijaństwa
tok se som naloz". A jesce mozecie dodać, cyście som cłonkami Związku Podhalan,
cyście som zwycajni poboźni parafianie - i będzie sprawa jasno. Bo mi juz o nic inksego
nie chodzi, ino o to, coby sprawa była jasno.
Pijaństwo i awantury nielicznych uderzały we wszystkich uczestników Mszy Ludzi Gór.
Nie jest tajemnicą, że w niektórych okolicznych parafiach księża z ambon piętnowali
tych, którzy chodzili pod Turbacz na "msze dla pijaków". Proboszczowie
nieradzi widzieli opustoszałe w tę jedną niedzielę kościoły. Przypominano, że
kaplica na Turbaczu nie jest poświęcona, snuto domysły, czy Msze, podczas których śpiewa
się miłosne przyśpiewki, są na pewno ważne.
I o tym Tischner także powiedział - ale już nie wprost. Powiedział o świętej głupocie.
- Święto głupota, kochani moi, to ni moze w sercu syćkik świętości naroz pomieścić
i zawse musi ftoromsi wypychać. Niek syćka wierzom w jednom świętość! A jak uwidzi
ze ftosik mo nabozyństwo do tego świętego, a nie do tamtego, to sie gorsy. I ta święto
głupota - co sie gorsy i ryje, i judzi - i boleje, i męcy sie, bo sytko jej złe, a
dobre ino to, co ona wie.
Ja proci tej świętej głupocie nie powiem nic. Ani byk nie śmioł, bok przecie ani taki
święty jak ona, ani tyz taki mądry jak ona. Ale dozwólcie, ze powiem to, co powiedzioł
Pon Jezus. A pedzioł tak: "Cymu cie kłuje w ocy to, ze Jo jest dobry".
Jednak dla większości uczestników - a byli wśród nich też i proboszczowie, którzy
przychodzili ze swoimi parafianami - Msze turbaczowe były po prostu szczególną
uroczystością: Świętem Podhalan.
- W góralach jest cosi z takiego marzynia o wolnym casie dlo siebie - tłumaczy ks. Władysław
Zązel. - "Kaz sie bierecie?" "E, kany na śport". "Na śport"
to jest taka beztroska, cas ślebodny - ale we wspólnocie. Radość bycia ze sobom. Nie
patrzy sie, kielo to kostuje, ani kielo na to trza casu poświęcić. Ludzie z daleka
wybiyrajom sie na pastyrke na Rusinowom Polane. A cymu? Przecie mają kościoły u siebie
bliziućko? To jest właśnie to "na śport", to jest ta góralsko fantazja.
Przezyć coś innego! I to było pod Turbacem.

Nuta i słowo o ślebodzie z roku na rok przyciągały coraz więcej osób. Rekord padł w
1989 - ks. Krakowczyk doliczył się blisko piętnastu tysięcy uczestników! W latach 90.
Msze turbaczowe zmieniły więc swój charakter: przestały być kameralnymi spotkaniami,
a stały się imprezami masowymi. Coraz więcej było dziennikarzy, aparatów
fotograficznych, kamer, a po Mszy do "Jegomościa" ustawiała się kolejka proszących
o autograf. "Winę" za to ponosił i upadek komunizmu, i sam Tischner, którego
popularność w tym czasie szybko rosła.
W 1985 roku pisał do Janiny Kedroń, redaktorki ukazującego się w Stanach Zjednoczonych
"Tatrzańskiego Orła": "Mioł ci mój dziadek od strony Matki, Sebastian
Chowaniec z Jurgowa, polane kasi pod Muraniem, ale mu jom zabrali na rzec państwa. Myślem
se tak: jo Wom tu pokozem! Wyrąbiem i wyzdajem i jo takom polane w góralskiej dusy, co
jom nifto upaństwowić nie zdole! Może grzysem pychom, ze tak myśle? Ale udo sie -
dobrze, nie udo sie - trudno. Na razie, chwalić Boga, udaje się". W latach 90. ta
polana zaczęła szybko się powiększać...
Tę zmianę może najdotkliwiej odczuli najbliżsi. - Podczas pierwszych
"Turbaczy" Józiu zawsze miał dla nas czas - opowiada Janina Tischnerowa,
bratowa. - Siadywał po Mszy przy swojej bacówce, potem jeszcze na wieczór zachodził do
naszej, bo wiedział, że u nas też są goście, czekają. Pamiętam szczególnie rok
'85. Poranek był pogodny, chociaż parny. Ale kiedy wyszliśmy pod Turbacz, pogoda zaczęła
się psuć. Po Ewangelii zerwała się wichura, lunął deszcz ze śniegiem. Prawie
wszyscy uciekli do lasu, za ołtarz, zaczęli tam palić ogniska, żeby się ogrzać, bo
prawie nikt nie miał ze sobą ciepłych rzeczy. Mimo to Józiu nie przerwał kazania -
chociaż prawie nie było go słychać. Wieczorem siedzimy w naszej bacówce, około
dwudziestu osób. Nagle ktoś puka. Otwieram, w potężnej, zielonej pelerynie - Józiu.
"Przyszedłem wam puścić kasetę, bo nikt mnie nie słuchał". A my też jakoś
po tej Mszy mieliśmy niespokojne sumienie. Więc zaraz ustawiliśmy stół, świece i Józiu
zaczął odprawiać. A kiedy doszło do kazania, puścił taśmę i usiadł. Pytaliśmy go
potem, dlaczego nie przerwał, kiedy zaczęła się ulewa. A on mówi, że na wprost ołtarza
stał jak słup chłop z Łopusznej i słuchał. "Choćbym miał ino do samego Mańka
Drożdżowego mówić, to bym mówił".
A potem to się urwało. Józiu ciągle się spieszył, wychodził w ostatniej chwili.
Ludzie pytali, czy będzie Msza, czy będzie ksiądz. A my sami nie wiedzieliśmy, bo go
nie było w bacówce.
W kazaniach z lat 90. więcej było wątków politycznych: jak budować demokrację, co
oznacza równość wobec prawa ("My górale przecie wiemy, ze ludzie nie som równi"
- żartował Tischner), jaka powinna być nowa władza. "Jak władza za duzo miyso -
mówił w 1997 roku - przychodzi powódź, robi sie spokój i wtedy widać jak na dłóni,
co jest: mianowicie jest tak, ze władza jest właściwie niepotrzebno - poza strażom pożarnom".
Kryło się w tym żarcie rozczarowanie ludźmi władzy, które odnaleźć można także w
drukowanych tekstach Tischnera z tego czasu.
Częściej powracał temat "Ognia", trochę za sprawą awantury, jaka wybuchła
po Mszy w 1990 roku, kiedy to ks. Adolf Chojnacki dokonał poświęcenia symbolicznego
sztandaru "ogniowców", wygłaszając przy tym bardzo ostre przemówienie, które
część obecnych na Mszy akowców uznała za obraźliwe. W niespełna tydzień później
w tygodniku "Solidarność Małopolska" ukazał się komentarz Tischnera do tych
wydarzeń: "Uważam, że został popełniony błąd. Nie polegał on jednak na fakcie
poświęcenia. Polegał na zupełnym braku przygotowania tego faktu. (...) Organizacja
uroczystości ze strony "ogniowców" miała charakter partyzancki: partyzanci
przyszli nieoczekiwanie, partyzanci zrobili swoje, partyzanci poszli. Pozostał spór.
(...) Czy oznacza to - pisał dalej Tischner - że ludzie z oddziału "Ognia"
nie mają prawa do własnego sztandaru? (...) Myślę, że mają prawo do dwóch wartości:
do pełnej prawdy i do modlitwy. A sztandar? Sztandar, poświęcony przez znanego z odwagi
i niezłomności ks. Adolfa Chojnackiego, niech będzie znakiem zarówno odwagi, jak
tragizmu - polskiej odwagi, polskiego tragizmu. No i niech się stanie jakimś wezwaniem,
abyśmy my wszyscy - po latach - umieli dorastać do własnej przeszłości przez to, że
ją lepiej rozumieć będziemy". Z tą zresztą intencją wracał Tischner do sprawy
w kazaniach turbaczowych z 1995, a szczególnie 1997 roku.
- Mówię kiedyś: "Profesorze, koniec z "Ogniem", z polityką, bo przez to
mam kłopoty" - wspomina ks. Krakowczyk. - I Profesor się tak zaciął, że w 1993,
przed wyborami, nic o wyborach nie powiedział. I za to też byłem na niego zły. Bo tu
akurat trzeba było powiedzieć.
O niepolityczne kazania upomniała się też młodzież. W 1994 roku - na życzenie młodych
z zespołu łopuśniańskiego - ksiądz Józef powiedział być może najpiękniejsze ze
swoich turbaczowych kazań: kazanie o miłości.
- Ześli my sie haw dziś rozmaici ludzie, i młodzi, i starzy. I kozdy - jak tu stoimy -
mo w sercu jakąś miłość. I wy, ojcowie, i wy, matki. I wy, bracia w kapłaństwie. Syćka
momy w sobie słowo, co jest niby nic, a przecie syćko. U niektoryk moze to być tęsknota
za miłością - jak u Jaśka Mosięznego. Ale tęsknota za miłością to juz jest miłość.
A u inksyk moze być ta słabość: moze być tak, jakby ci duse fto wyjon a inksom wraziył.
A jesce u inksyk moze być to wybranie: "mój", "moja". I to w Tobie,
cłeku, jest. I to jest jak skała. Ty, cłeku, teroz już wiys, dlo kogo zyć i za kogo
umiyrać! Jakbyś jesce nie wiedzioł, to sie dobrze przypotrz, a uwidzis.
Bo miłość to jest siyła - i óna cie wyniesie ponad samego siebie, ku samymu Bogu. Jak
Boga wyniesła ku cłekowi, tak ciebie wyniesie ku Bogu. Bo "ka skarb twój, hań
serce twoje".

Na tę pamiętną Mszę w 1994 roku ksiądz przywiózł z Castel Gandolfo specjalny dar od
Papieża - kielich.
- Wcora rano widziołek sie z Ojcem Świętym. Powiedzioł: "Chodzicie moimi
drogami". Był bardzo wzruszony. Pedzioł: "Jo byk juz nie wysed". I z tego
wzruszenio doł kaplicy na Turbaczu prezent. Jest to piękny kielich z herbem papieskim i
patena. Jo myśle, ze niejedno szlachetno parafia w Polsce by pozazdrościła kielicha od
Ojca Świętego. Kaziu - zwrócił się do ks. Krakowczyka - to teraz już gazduj tu na całe
sto procent kaplicom i kielichym. Ale wiys co? Jo kielich wzion, a klucyka zabocył! I
musieli my się złodziejskim sposobem do pudełka dostawać. Ale robił to jeden z Rzymu,
fachowo. Widać, ze już nie piyrsom kase otwiyroł...
"Chodzicie moimi drogami"... Te słowa dobrze zapadły w pamięć stałym
uczestnikom Mszy sierpniowych. I przypomniały się, kiedy 7 czerwca 1997 roku podczas
odwiedzin w sanktuarium w Ludźmierzu Papież w odpowiedzi na chóralne: "Zostań z
nami!" zaczął skandować: "Chodź na Turbacz!". - I ta zachęta nie była
po próżnicy, bo nos sie tu dziś tela zesło - cieszył się dwa miesiące później pod
Turbaczem ks. Tischner.
"Witacka" w sierpniu 1997 roku była nietypowa. Owszem, były żarty, było
serdeczne "zyganie", ale nastrój był trochę inny. Ksiądz poprosił, żeby
muzyka przypomniała nutę spiską, jurgowską - nutę jego dzieciństwa.
- No bo starsi ludzie dobrze pamiętajom, jak to beło w tyk górak trzydzieści, śterdzieści,
pięćdziesiąt roków temu - mówił. - Dzisioj góry prawie puste. A kiedy sie tak sło
tymi górami przed pięćdziesięcioma rokami, to góry zyły. Ani ześ sie nie spodziewoł,
skąd i kiedy góralsko pieśń wytryskała. Sedeś, bracie, górami na połednie, trafiłeś
na Dursztyn, ka polany mieli jurgowianie. I wtedy tam, dało sie słyseć tako pieśnicka,
tako ballada, co jom do dzisiejsego dnia jesce jurgowianie śpiywajom:
Pod jaworkiem, pod zielenym,
orze Wandzie wołkiem siwym.
Jesce skiby nie zorała,
mama na niom zawołała.
Hej, mama na niom zawołała.
I potem już wszystko było trochę inaczej. Bo z kolei kazanie w pewnym momencie
przerodziło się w "witackę". I można było odnieść wrażenie, jakby ksiądz
chciał za jednym zamachem pozałatwiać różne ważne sprawy: i sprawę
"Ognia", i sprawę jakości polskiej demokracji, i nawet sprawę najbliższych
wyborów. A między nimi - sprawę najważniejszą: "Gdzie jest dwók abo trzek w imię
moje, tam Jo będę pomiędzy nimi". - Jakby nos tu nie było, to by tego Pana Boga
między nami nie było - powiedział z naciskiem pod koniec kazania, przypominając w ten
sposób, że wszystko, o czym się tu mówiło, powinno być odniesione do tego, co
podstawowe.
Słońce tego dnia grzało mocno, Tischner był w świetnej formie, chociaż akurat tego
lata nie czuł się najlepiej. Ciągle brał antybiotyki, nie mógł wyleczyć gardła.
Teraz jednak cieszyła go ta pełna i żywo reagująca polana. Jakby czuł, że te szesnaście
lat "turbacowania" zostawiło trwały ślad w niejednej ludzkiej duszy, niejedno
serce poszerzyło.
Był szczęśliwy.
I niespodziewanie na koniec kazania zabrzmiała pieśń, której dotąd pod Turbaczem nie
śpiewano:
Kie pódziemy stela,
to nos bedzie skoda.
Po górak, dolinak,
płakać bedzie woda.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|