|
Spory-polemiki: katolicy wobec wojny z Husajnem
Paradoksy podwójnej lojalności
Jarosław Makowski,
Mimo apeli Papieża i ofensywy dyplomatycznej jego najbliższych współpracowników nie
wszyscy katolicy podzielają stanowisko Watykanu w sprawie interwencji w Iraku. Widać to
przede wszystkim w Ameryce, gdzie tysiące wyznawców Kościoła rzymskiego stoi przed
dramatycznym pytaniem: czy, nie narażając się na konflikt sumienia, można popierać
wojnę?
Ten konflikt pokazuje, że intelektualne i moralne podstawy kościelnej teorii "wojny
sprawiedliwej", budzą sporo wątpliwości. Niektórzy mówią wręcz, że po 11 września
nauczanie Kościoła w tej kwestii należy odesłać do lamusa, a w najlepszym przypadku
poddać poważnej rekonstrukcji. Czy na pewno?
"Chcesz pokoju, przygotuj go"
Konflikty zbrojne zawsze wpisane były w krajobraz stosunków międzynarodowych. Kościół
był świadom, że wojny nie sposób wyeliminować z życia człowieka i narodów. Szukając
teoretycznych wyjaśnień, salomonowe rozwiązanie - jeśli w przypadku wojny o takim można
mówić - zaproponował św. Tomasz z Akwinu, idąc śladami św. Augustyna: wprowadził
do nauczania społecznego Kościoła koncepcję tzw. "wojny sprawiedliwej". Św.
Tomasz twierdzi, że - używając współczesnego języka - przystąpienie do wojny może
być usprawiedliwione jedynie w przypadku zbrojnej napaści, a więc wyłącznie w celach
obronnych: ochrony przed agresorem własnego terytorium, własnego jestestwa narodowego,
mienia państwowego i dóbr kulturalnych. Na podstawie tych ogólnych przesłanek Akwinata
sformułował trzy warunki, które pozwoliły mu mówić o "wojnie
sprawiedliwej". Zbrojna akcja obronna może być uznana za słuszną, jeśli
podejmuje ją prawowita władza, poparta przez naród. Po drugie, jeśli motywy podjęcia
walki nie wykraczają poza pragnienie ochrony zagrożonych dóbr. Po trzecie wreszcie, jeśli
sposób walki oraz środki do niej użyte są adekwatne do sytuacji i będą zmierzać do
konkretnego celu - do pokoju. Jeśli dziś Jan Paweł II apeluje o pokój, to wierzy, że
nic z przyjętych przez Kościół ustaleń św. Tomasza nie straciło na znaczeniu.
Ale istnieje też inny powód, dla którego Papież mówi "nie". Europa przeżyła
tragedię II wojny światowej i prawie 40-letni podział na dwa zwalczające się bloki.
Te negatywne doświadczenia sprawiły, że Stolica Apostolska w najnowszej historii zawsze
opowiadała się za pokojowymi rozwiązaniami, zyskując tym samym międzynarodowy
autorytet. Doskonale tę strategię Watykanu wyraził Paweł VI, który w 1977 roku starą
maksymę: "Jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny" określił mianem
"rozpaczliwego i katastrofalnego aksjomatu" i zaproponował, aby zastąpić ją
inną: "Chcesz pokoju, przygotuj go". Obecny Papież jest przekonany, że w
kwestii irackiej nie zrobiono wszystkiego, by chronić pokój.
Niepokorni apologeci
Ale nie wszyscy podzielają przekonanie Jana Pawła II. Michael Novak, politolog i
filozof, doradca prezydentów Forda, Cartera i Reagana oraz ceniony popularyzator społecznej
myśli Jan Pawła II, kilka tygodni temu przyjechał do Rzymu, by przekonywać hierarchów
i dyplomatów, że atak na Irak mieści się w ramach tradycyjnej wykładni Kościoła na
temat "wojny sprawiedliwej".
Amerykański intelektualista użył pojęcia "asymetria przeciwników
wojennych". Przejawia się ona w tym, że 11 września Ameryka została zaatakowana
przez terrorystów, za którymi nie stał konkretny rząd ani tym bardziej regularna
armia. A to, zdaniem Novaka, wymusza nowy sposób działania. Polega on na tym, że USA
przystąpią do wojny wszędzie i z każdym, by bronić swych obywateli, a także w
obronie wszystkich innych potencjalnych ofiar podobnych ataków w przeszłości. Oznacza
to, że wojna iracka jest moralnie usprawiedliwiona (cały wywód Novaka drukowaliśmy w
"TP" nr 10/2003).
Ta argumentacja jest naciągana. Przede wszystkim dlatego, że Novak nie udowodnił związku
między atakami 11 września a reżimem Saddama. Nie przedstawił również przekonujących
dowodów, że Husajn posiada broń masowej zagłady i że może jej użyć, atakując
obywateli USA. Niektórzy uważają, że Novak zbył milczeniem rzecz najważniejszą:
kontekst kulturowo-religijny, jaki w dużym stopniu wyznacza sytuację na Bliskim
Wschodzie. Na co z kolei nie może sobie pozwolić Stolica Apostolska.
Zbliżone stanowisko, już po rozpoczęciu amerykańskiej inwazji, prezentował w
poprzednim numerze "TP" George Weigel, autor monumentalnej biografii Jana Pawła
II "Świadek nadziei", tworzący wraz z Novakiem konserwatywne pismo "First
Things". "Próba dalszego obłaskawiania morderczego reżimu jest moralnie wstrętna
i zwiększa zagrożenie dla pokoju. Rozbrojenie Iraku siłą to obowiązek nałożony na
Amerykę przez ludzi, którzy myślą poważnie o działaniu prawa międzynarodowego"
- mówi Weigel. Czyżby stanowisko Papieża było niepoważne lub anachroniczne? Amerykański
intelektualista zdaje się być tego zdania, skoro poważne myślenie o stosunkach międzynarodowych
wiąże się, jego zdaniem, z koniecznością "zmodyfikowania podstawowych kryteriów
wojny sprawiedliwej".
"Wojna
przeciwko pokojowi"
Ale dylematy, jakie budzi wśród wierzących wojna z Irakiem, nie dotyczą tylko kilku
intelektualistów. Trzeba pamiętać, że prawie 20 proc. amerykańskiego społeczeństwa
to katolicy, z których ponad połowa popiera interwencję w Iraku.
Kłopot w tym, że amerykańscy biskupi jasno dali do zrozumienia, iż obecna wojna
"nie była i nigdy nie będzie stać w zgodzie z ostrymi warunkami katolickiego
nauczania na temat użycia siły militarnej". Kard. Pio Laghi, któremu nie udało się
przekonać Busha, by powstrzymał się od interwencji, powiedział, że amerykański atak
"jest wojną przeciwko pokojowi". Amerykańscy katolicy stanęli więc przed
wyborem: albo opowiedzieć się za pokojową logiką rozwiązywania konfliktów, której
uosobieniem jest Jan Paweł II, albo poprzeć prezydenta i jego administrację,
przekonanych, że jedynym sposobem zapewnienia Ameryce bezpieczeństwa jest siłowe
rozbrojenie Saddama.
Intrygujące, że wielu amerykańskich katolików na pytanie reportera brytyjskiego
tygodnika "The Tablet", jak godzą wierność nauczaniu Stolicy Apostolskiej z
aprobatą działań w Iraku, nie ma kłopotów z odpowiedzią. Papież, jak twierdzą,
jest pacyfistą, który ma prawo i obowiązek apelować o pokój. Jak wyjaśnia w
tygodniku "National Catholic Reporter" przewodnicząca Demokratów w Izbie
Reprezentantów Nancy Pelosi "jako ludzie obdarzeni wolną wolą przez Boga mamy
prawo postępować zgodnie z własnym rozeznaniem i sumieniem".
Analogiczny sposób myślenia prezentuje Weigel. Jego zdaniem, "Jan Paweł II robi
to, co na jego miejscu powinien zrobić każdy papież: apeluje o pokojowe rozwiązanie
konfliktu zarówno do Stanów Zjednoczonych, jak i do Saddama Husajna". Pytany, czy
to nie rodzi konfliktu sumienia, odpowiada: "nie, gdyż Katechizm Kościoła
Katolickiego pozostawia ocenę kryteriów uprawniających do podjęcia wojny roztropnemu
osądowi osób odpowiedzialnych za dobro wspólne". Problem w tym, że stanowisko
Jana Pawła II w kwestii wojny jest tak samo klarowne, jak np. w ocenie środków
antykoncepcyjnych. O ile w pierwszej sprawie Weigel nie zgadza się z Papieżem, o tyle w
drugiej stoi za nim murem. Czyżby czołowy interpretator papieskiego nauczania traktował
je wybiórczo?
Bez błogosławieństwa Kościoła
Jan Paweł II stwierdził tuż po rozpoczęciu amerykańskiej inwazji: "Kiedy wojna z
Irakiem zagraża losom ludzkości, trzeba bezzwłocznie, głośno i zdecydowanie powtarzać,
że tylko pokój prowadzi do budowy sprawiedliwego i solidarnego społeczeństwa. Nigdy
problemów ludzi nie uda się rozwiązać za pomocą przemocy i broni". Skąd bierze
się stanowczość Papieża?
Być może Jan Paweł II przeczuwa, iż to dopiero początek urządzania świata przez
Amerykę: po Iraku przyjdzie kolej na rozbrojenie dwóch kolejnych państw, Iranu i Korei
Północnej, które - wedle koncepcji Busha - tworzą "oś zła". A taka logika,
zdaje się sądzić Papież, nieuchronnie prowadzi do nakręcania spirali wojennej, która
nigdy nie była i zapewne nie będzie skutecznym środkiem do osiągnięcia nadrzędnego
celu, jakim był i zawsze będzie pokój.
Nie można więc oczekiwać, że Kościół poprze interwencję zbrojną, która
ewidentnie ma charakter "wojny prewencyjnej". Łatwo też nie udzieli
"rozgrzeszenia" tym spośród wiernych, którzy bez wahania popierają wojenne
krucjaty. Na luksus błogosławieństwa papieskiego dla swych poczynań nie może liczyć
nawet tak bogobojny chrześcijanin, jakim z pewnością jest George W. Bush.
|