|
„TP”, Nr 14 (2804), 6 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2804/main01.php
Wojna w amerykańskich mediach
Za mundurem media sznurem
Piotr Milewski z Nowego Jorku
Podczas pierwszych 48 godzin inwazji na Irak, "telewizyjne relacje z Iraku były jak
słone orzeszki - smakowite, lecz pozbawione wartości odżywczych. Oglądaliśmy
dramatyczne rajdy czołgów przez pustynię, spektakularne wybuchy oraz szturmy, ale nie
wiedzieliśmy, co z nich wynika" - mówi Alex Jones, dziekan wydziału dziennikarstwa
w Uniwersytecie Harvarda.
Na informacyjny chaos narzekała nie tylko większość ekspertów, ale również
"zwykli" Amerykanie. Prezenterzy sieci informacyjnych: CNN, Fox czy MSNBC,
relacjonujących wojnę non stop, przeskakiwali od jednej wyrywkowej informacji do drugiej
- bez głębszej refleksji. Dotychczas żaden z kanałów amerykańskich nie pokazał ani
rannych, ani zwłok, choć inne światowe telewizje nie cenzurują w ten sposób przekazów.
A przecież w Iraku toczy się wojna, giną ludzie: dziesiątki Amerykanów i
najprawdopodobniej setki Irakijczyków. Ilu, nikt nie wie, bo dziennikarze wolą nie
dociekać. W rezultacie, zdaniem wspomnianego prof. Jonesa: "dla Pentagonu transmisje
z pola walki to na razie "świetna reklamówka rekrutacyjna"".
Wojenny reality show
Sztabowcy nie kryją zadowolenia. Żaden z 500 reporterów włączonych do oddziałów
interwencyjnych nie naruszył ograniczeń narzuconych przez wojskową cenzurę. W miarę
postępów kampanii coraz częściej słyszymy, że korespondenci coś wiedzą, ale nie
powiedzą ze względu na "bezpieczeństwo operacji". Nikt oczywiście nie żąda,
by ujawniali informacje, których ujawnienie, według armii, mogłoby zagrozić żołnierzom
lub planom strategicznym. Sęk w tym, że w telewizji dominuje punkt widzenia amerykańskiego
rządu i to nie z powodu miłości dziennikarzy do administracji Busha. Sieci relacjonują
każdy ryk syren, wybuch bomby, wymianę strzałów oraz konferencję prasową urzędników
lub oficerów, a zatem brakuje miejsca na informacje o stosunku innych krajów do inwazji
czy choćby pogłębionych, a nie tylko migawkowych, doniesień o ruchu antywojennym w
kraju.
CNN pokazuje demonstrantów jako kolorowy tłumek z komentarzem: jaka to w Ameryce panuje
wolność słowa. Prezenterzy Fox News Channel bez ogródek deklarują, że urządzanie
manifestacji w czasie wojny jest niepatriotyczne. Marvin Kalb, podobnie jak Alex Jones wykładający
dziennikarstwo na Harvardzie uważa, że "kiedy amerykańscy żołnierze idą na wojnę,
na wojnę idą też amerykańscy dziennikarze, ale z perspektywy zdobytego właśnie wzgórza
trudno ogarnąć cały front".
Dopiero po upływie czterech dni od ataku na Irak odbyła się pierwsza konferencja
prasowa w regionalnym centrum dowodzenia sił koalicji. Dekoracje zaprojektował znany
hollywoodzki scenograf George Allison. Ma on wprawę w projektowaniu tła dla polityków -
aranżował między innymi występy George'a Busha. Scenografia występów generała
Tommy'ego Franksa i jego zastępców kosztowała 250 tys. dolarów. Całe studio - 1,5
miliona. Ręczny wskaźnik, papierowe mapy, magnetowid i telewizor, na którym Norman
Schwarzkopf prezentował w 1991 r. mgliste zarysy celów naziemnych, odeszły do lamusa
historii techniki. Generałowie zrezygnowali z występowania na tle cyfrowego sztandaru w
gwiazdy i paski, bo - jak wiadomo - dla wielu zaczął on być symbolem imperialnej buty
USA.
Dwa podia ustawiono przed stylizowaną, niebieską mapą świata, która ma sugerować, że
cały świat stoi murem za koalicjantami, oraz pięcoma płaskimi, 50-calowymi, plazmowymi
monitorami najnowszej generacji i dwoma 70-calowymi ekranami wideo. Te ostatnie pokazują,
m. in.: nagrania kamer umieszczanych na czołgach, rakietach, a nawet hełmach żołnierzy
(tzw. lipstick cameras). O ile wojna Busha starszego, była pierwszą wojną transmitowaną
na żywo, o tyle wojna Busha juniora jest pierwszym w historii wojennym reality show.
Dziennikarskie
demonstracje patriotyzmu
Cyfrowe gwiazdy i paski powiewają na ekranach Fox News Channel i MSNBC. "Jeśli kogoś
nie wzruszyło to przejmujące wykonanie "Gwiaździstego sztandaru", nie wiem,
czy cokolwiek może go wzruszyć" - uznała Paula Zahn (CNN), relacjonując spotkanie
prezydenta Busha z lotnikami w bazie MacDill na Florydzie. Ponieważ żona jednego z wziętych
do niewoli żołnierzy była zanadto przerażona, by płakać czy w inny sposób okazywać
emocje, wyręczyła ją przeprowadzająca wywiad prezenterka porannego bloku CBS, która
nie mogła zapanować nad gniewnym drżeniem głosu.
Gospodarze programów informacyjnych zaczęli też prześcigać się w kaleczeniu nazwy państwa,
goszczącego centralne dowództwo i jego studio - zarazem ojczyzny znienawidzonej
Al-Jazeery pokazującej zdjęcia amerykańskich jeńców wojennych "z pogwałceniem
Konwencji Genewskiej" (Donald Rumsfeld): "Katter", "Ketter",
"Kattarrh", "Ktrr" i zdecydowany faworyt -"Gatter" (gutter
znaczy po angielsku rynsztok). "Padło wiele negatywnych pytań - stwierdził po
konferencji generała Franksa prezenter Foxa. - Ale skoncentrujmy się na tym, co
pozytywne".
Według Crispina Millera, wykładowcy prasoznawstwa w Uniwersytecie Nowojorskim,
dziennikarskie demonstracje patriotyzmu "uwiarygodniają tezę Busha, że wojna jest
walką dobra ze złem: absolutnego dobra z absolutnym złem. Konsekwencji przyjęcia
takiej tezy nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Obowiązkiem dziennikarza jest patrzenie
władzy na ręce, a nie usprawiedliwianie wszelkich jej posunięć. Czarno-białą wizję
świata pozostawmy Osamie bin Ladenowi i jemu podobnym".
Włączenie reporterów do jednostek wojskowych przyniosło generałom ogromne p.r.-owskie
zwycięstwo. "Podczas Wojny w Zatoce Perskiej daliśmy się uwieść gadającym
generałom z wielkimi strzelbami. Relacje z interwencji w Kosowie robiliśmy już o wiele
dojrzalej" - twierdzi prezes działu zagranicznego CNN, Chris Cramer. Być może, ale
Zatoka Perska ma widać w sobie coś romantycznego, bo tym razem media dały się uwieść
chłopcom i dziewczętom w polowych mundurach szeregowców. Wysłannicy głównych sieci
telewizyjnych rutynowo używają określeń "my" i "nasze", de facto
identyfikując się z armią. Planiści z Pentagonu wiedzieli, że podczas wspólnych posiłków,
marszów a nawet szturmów między korespondentami wojennymi i żołnierzami powstanie
silna więź emocjonalna. W końcu dziennikarz też człowiek. Tyle że trudno w takiej
sytuacji zachować obiektywizm.
Bezpieczeństwo, głupcze!
Media bezkrytycznie powtarzają propagandowe tezy rządu, które z jednej strony nawiązują
do najbardziej niechlubnych tradycji socjotechniki, z drugiej, są jakby żywcem wyrwanym
z książek George'a Orwella przykładem dwumyślenia.
Model propagandy totalitarnej opiera się na trzech założeniach: ignoruj inteligentów,
gdyż adresatem są masy - unikaj skomplikowanej argumentacji i koncentruj się na kilku
prostych supozycjach oraz jasno wytyczonych celach; każdą kwestię sprowadzaj do najniższego
wspólnego mianownika i zamykaj w dwóch lub trzech sloganach, które potrafi zapamiętać
i powtórzyć obywatel o najniższym poziomie inteligencji i wykształcenia; bazuj na
zastanych realiach społeczno-kulturowych, nawiązując do znanych wydarzeń i symboli,
apelując do emocji, a nie rozumu.
Syndrom 11 września jest wymarzonym gruntem do uprawiania propagandy. Reszta świata nie
rozumie, jak bardzo zamachy sprzed półtora roku odmieniły Amerykę. Był to pierwszy
akt masowej przemocy, do jakiego doszło w USA od wojny secesyjnej w latach 60. XIX w. Po
raz pierwszy od ponad 150 lat Amerykanie padli ofiarą obcych sił we własnym kraju. Był
to też pierwszy potężny wstrząs społeczny od chwili zabójstw Roberta Kennedy'ego i
Martina Luthera Kinga w latach 60. XX w. W świadomości Amerykanów nastąpiło przewartościowanie
priorytetów: pragnienie bezpieczeństwa wysforowało się daleko do przodu przed
pragnienie wolności.
Amerykanie nadal są oszołomieni. Wystarczy rzucić hasło "terroryzm", by
krytyka poczynań władzy cichła. 45 proc. Amerykanów uwierzyło, że Saddam Husajn
"był osobiście zaangażowany" w zamachy na Nowy Jork i Pentagon, ponieważ
prezydent powiedział, że istnieją powiązania między Husajnem a Al-Kaidą. Skądinąd
wiadomo, że fanatyczny islamista bin Laden nienawidzi świeckiego dyktatora z Bagdadu.
Oto próbka prostych sloganów do zapamiętania przez każdego obywatela niezależnie od
poziomu inteligencji i wykształcenia: "Dopadniemy ich i wykurzymy z nor!",
"Oś zła", "Terroryści chcą nas skrzywdzić. Husajn wspiera
terroryzm", "Saddam Husajn jest złem" (tak właśnie, a nie jako
przymiotnik, należy tłumaczyć słowo "evil"), "Postępowanie Ameryki nie
będzie zależeć od decyzji innych", "Irakijczycy muszą zrozumieć, że zostaną
wyzwoleni bez względu na cenę" (27 marca 2003 r.). Dawniej takie hasła rozbrzmiewały
na wiecach i krzyczały z pierwszych stron gazet. Dziś władza może liczyć na reporterów,
producentów, wydawców i prezenterów zatrudnionych w wielkich korporacjach medialnych.
Dziennikarz bez powołania
Na szczęście dla władzy medialni pośrednicy nie są na ogół zbyt inteligentni ani
krytyczni. Ponieważ ich zawód polega na udawaniu, że wiedzą coś, czego nie wiedzą,
muszą podpierać się opiniami ekspertów: generałów, polityków, byłych członków rządu,
lub poufnymi informacjami od "pragnących zachować anonimowość wysokich urzędników
administracji". Generał, nawet emerytowany, zawsze będzie patrzył na świat przez
pryzmat interesów armii, polityk - partii, członek rządu - władzy. Przecieki są z
reguły kontrolowane. Anonimowi urzędnicy, śmiejąc się w kułak z przekazywanych
rewelacji, wykorzystują obsesję dziennikarzy na punkcie exclusive'ów. Dziel i rządź.
Inteligencja nie kupi tego towaru, ale, jak już powiedziano, nikomu na niej nie zależy.
W demokracji decyduje głos większości.
"Gdy byłem mały, stereotyp dziennikarza stanowił gość z flaszką whisky w
szufladzie, pijący pięć piw do lunchu, ale absolutny nonkonformista, outsider. W tej
chwili mamy w Ameryce do czynienia ze zjawiskiem, które Noam Chomski określił jako
"profesjonalizację" - uważa Rick Karr, nowojorski korespondent National Public
Radio. - Dziennikarze nie stają się jednak lepszymi fachowcami. Po prostu bezkrytycznie
akceptują status quo, a ich praca przestała być powołaniem. Akceptacja oficjalnej
linii ma sens w przypadku lekarzy, dzięki czemu medycyny nie praktykują znachorzy
przepisujący pijawki na apopleksję. W przypadku dziennikarza taka akceptacja oznacza
przyjmowanie pseudoprawdy".
Ronald Reagan, który zawsze wiedział, kiedy oraz gdzie dać się sfotografować i nie
występował publicznie bez starannie opracowanego scenariusza, doprowadził do
mistrzostwa sztukę przerabiania Waszyngtonu na Hollywood. Bush poszedł o krok dalej: o
ile scenariusze Reagana miały reklamować jego politykę, o tyle obecny prezydent występuje
na wzruszających obrazkach, stanowiących przeciwieństwo jego działań.
Bush spacerował więc po lesie, kontemplując urodę parków narodowych, wkrótce po tym,
jak zezwolił na wycinanie w nich drzew i prowadzenie prac wiertniczych. W bibliotece
czytał książki dzieciom, choć właśnie obciął dotacje dla bibliotek. Wygłaszał
przemówienie w siedzibie organizacji "Boys and Girls Clubs of America", zajmującej
się pomocą społeczną. Powiedział działaczom, że właśnie takim ludziom jak oni
Ameryka zawdzięcza siłę i wolność, a nazajutrz administracja odebrała im pomoc rządową.
Słownik wojennej nowomowy
Komuniści wymyślili "walkę o pokój", 54. prezydent USA - "wojnę o pokój".
"Rozpoczęła się wstępna faza rozbrajania Iraku, prezydent wygłosi przemówienie
do narodu o 10.15" - stwierdził rzecznik Białego Domu Ari Fleischer, gdy w
Bagdadzie zagrzmiały pierwsze wybuchy.
Publicysta i działacz WorkingForChange.com, Geov Parrish, sporządził niedawno słowniczek
wojennej nowomowy obecnej administracji. Spis ma charakter satyryczny, ale trafnie oddaje
istotę rzeczy: alianci - Tony Blair; demokracja - idealny system polityczny utożsamiany
od pewnego czasu z systemem ekonomicznym zwanym kapitalizmem, w którym zamożni ludzie
niewiele różniący się poglądami po kolei obejmują władzę, by pomnażać majątki
swoich sponsorów ("Zamierzamy wprowadzić w Iraku demokrację taką samą, jak
nasza"); rozbroić - zetrzeć na proch; czynnik odstraszający - rodzaj broni, m.in.:
potężne arsenały nuklearne, broń kosmiczna, laserowa, chemiczna i biologiczna (uwaga!
to dotyczy jedynie USA); stara Europa - dawniej alianci, grupa krajów, które nie chcą
pogodzić się z sytuacją, w jakiej 196 państw wykorzystywanych jest przez 197.; pokój
- mityczny stan stosunków międzynarodowych, w którym USA uzyskają monopol na używanie
siły zbrojnej; atak prewencyjny - dawniej blietzkrieg, niesprowokowana inwazja na kraj,
który nie stanowi zagrożenia, natomiast posiada duże złoża ropy naftowej; Saddam
Husajn - dawniej Irak, kraj w dorzeczu Eufratu i Tygrysu, ludność: 24002000
(2002 r.), powierzchnia nieco większa od stanu Kalifornia: 445474 km2 ("Od chwili
wybuchu wojny, Saddam Husajn stanowi cel bombarowań"); świat - zbiorowisko państw
i społeczeństw, uważających, że ten facet zwariował.
Z przeprowadzonych po wybuchu wojny sondaży wynika, że ponad 70 proc. Amerykanów
popiera interwencję i politykę administracji, reszta jest jej zdecydowanie przeciwna. Ta
pierwsza grupa powtarza słowa urzędników i generałów, iż ofiar należało się
spodziewać i będzie ich jeszcze więcej. Trudno powiedzieć, czy zwolennicy wojny byliby
równie zdecydowani, gdyby zobaczyli zdjęcia poszarpanych ciał młodych chłopców i
dziewczyn oraz innych nasto- i dwudziestolatków, nad którymi znęcają się żołnierze
Husajna.
Sposób na wroga
Ekipa rządząca USA, przyzwyczajona, że lud bez zmrużenia oka akceptuje jej poczynania,
nie może nadziwić się postawie Irakijczyków. Kiedy latem ubiegłego roku gen. Tommy
Franks próbował przekonać Donalda Rumsfelda, że trudno będzie podbić Irak bez przytłaczającej
przewagi liczebnej, szef potraktował go, jak "starą Europę". Plan kampanii od
początku opierano nie tylko na ekspertyzach generałów, znających swoje rzemiosło, ale
też na domysłach i wziętych z sufitu założeniach waszyngtońskich ideologów, których
noga nigdy nie stanęła w Iraku. Z ekipy jastrzębi tylko Rumsfeld, jako specjalny wysłannik
Reagana, odwiedził Husajna, ówczesnego sojusznika USA w walce z islamską rewolucją w
Iranie. Doradcy Busha zakładali sukces oparty na uderzeniach z powietrza i błyskawicznym
rajdzie niewielkich, zwrotnych sił lądowych. Armię miały wspierać ulotki skierowane
do cywilów oraz e-maile do irackich generałów, wzywające, by się zbuntowali.
"Plan przewidywał, że po umocnieniu portu w Umm Qasr, który ma przyjmować statki
z pszenicą, wojsko pomaszeruje do Basry z telewizyjnymi kamerami na czele, a wszyscy po
drodze będą żołnierzy ściskać i całować" - mówi pracownik misji humanitarnej
ONZ. Okazało się, że - jak pisze w "Washington Post" emerytowany oficer Ralph
Peters - "najlepszym sposobem zaszokowania i przerażenia wroga nadal pozostaje
zabicie go". Administracja obawiała się, że zbyt duża liczba ofiar oburzy światową
opinię publiczną. Tymczasem generałowie nieoficjalnie narzekają, iż militarne półśrodki
i propagandowe apele do irackich dowódców wbiły ich w pychę oraz ośmieliły do oporu.
Amerykańscy przywódcy wykazują zadziwiającą ignorancję w kwestii kultury i mentalności
przeciwników. Robert McNamara, minister obrony USA podczas wojny w Wietnamie, przyznał,
że ani on, ani jego koledzy nigdy nie analizowali historii i mentalności Wietnamczyków.
CIA nie przewidziała rewolucji w Iranie ani upadku ZSRR. Obecna administracja jest
zaszokowana i przerażona dwulicowością oraz brutalnością żołnierzy Husajna. Dziwi
się też, że szyici, zostawieni 12 lat temu na pastwę losu, nie witają Amerykanów ze
śpiewem na ustach.
USA mają wystarczającą przewagę, by rozgromić armię Husajna, ale mogą mieć poważne
kłopoty z okupacją kraju. Incydenty w rodzaju wywieszenia gwiaździstego sztandaru po
zdobyciu irackiego przyczółka nie wzmacniają sympatii do wyzwolicieli, ignorujących
społeczno-polityczno-kulturową rzeczywistość Iraku.
Pentagon wydał 1,5 miliona dolarów na scenografię konferencji prasowych w Katarze, ale
zapomniał wydać okólnik dla urzędników, że dokonują inwazji na Irak, a nie
"Ajrak".
PIOTR MILEWSKI jest dziennikarzem Radia Zet.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|