dotb.gif

„TP”, Nr 14 (2804), 6 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2804/main01.php

W obłędnym kręgu parytetów

Z Juliuszem Braunem, byłym przewodniczącym Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, rozmawiają Krzysztof Burnetko i Andrzej Kaczmarczyk


TYGODNIK POWSZECHNY: - Trzeba afery Rywina i przesłuchań przed sejmową komisją śledczą, by ujawnił Pan kulisy pracy KRRiTV. Dlaczego tak późno?
JULIUSZ BRAUN: - A może wcześniej nikt nie słuchał? To, co mówiłem, od dawna jest, lub powinno być, znane. Choćby sposób konstruowania władz mediów publicznych. Bolesław Sulik już parę lat temu - kiedy po raz pierwszy tak jednoznacznie wybierano je wedle klucza politycznego - wołał, że nadszedł czarny dzień mediów publicznych. Wszyscy pokiwali głową i wybierano dalej.
A o patologiach związanych z tworzeniem ustawy mówiłem i pisałem wielokrotnie. Choćby o głośnej teraz rządowej autopoprawce do nowelizacji ustawy o radiofonii: pół roku temu publicznie niektóre zapisy określiłem jako fikcję. Na posiedzeniu komisji sejmowej alarmowałem, że projekt nowelizacji, jaki wyszedł z podkomisji, jest groźny dla rynku mediów. Mariusz Walter dziwił się potem, że przewodniczący Krajowej Rady ostrzega i nikt nie reaguje.
Bezradna Rada
- Czy w obecnej sytuacji powinno zostać przyjęte sprawozdanie KRRiTV za rok 2002?
- To dobry dokument. Działalność Rady w minionym roku nie sprowadzała się do matactw wokół nowelizacji ustawy. Rada zajmowała się m.in. przystosowywaniem polskich regulacji do norm Unii Europejskiej. Nie bez powodu był to jeden z obszarów, do których podczas negocjacji akcesyjnych nie zgłoszono zastrzeżeń. To nasz wysiłek umożliwił przyjęcie Polski do unijnego programu Media, który pozwala wspierać finansowo produkcję audiowizualną. Razem z rzecznikiem praw obywatelskich prof. Zollem podejmowaliśmy inicjatywy służące ochronie nieletnich widzów. Sprawozdanie dokumentuje rzetelną pracę w wielu dziedzinach.
Pod kątem merytorycznym winno być przyjęte. Ale kryzys, który dotyczy także Krajowej Rady, jest tak głęboki, że nie powinna ona funkcjonować dalej w obecnym składzie. Niestety jedyną drogą do zmiany składu jest odrzucenie sprawozdania.
- Pospekulujmy: co się stanie w razie przyjęcia sprawozdania Rady, a co w razie odrzucenia?
- Przyjęcie sprawozdania oznaczałoby, że tylko Braun się wygłupił, a poza tym wszystko jest w porządku. Wracamy do normalności: zamiast Brauna na stanowisku przewodniczącego KRRiTV jest pani Danuta Waniek, a pan Włodzimierz Czarzasty pozostaje sekretarzem.
Kończy się kadencja 3 członków Rady i powinni być wybrani ich następcy. Wiele wskazuje, że nadal będą to ludzie z klucza politycznego. Choćby dla wicemarszałka Senatu Ryszarda Jarzembowskiego jest oczywiste, że do Rady trzeba wybrać posła bądź senatora.
Przyjęcie sprawozdania oznaczać będzie, że Rada działa jak dotąd. Tylko że teraz nie można już twierdzić, iż wszystko jest w porządku.
Jeśli sprawozdanie będzie odrzucone, możliwe są dwa scenariusze. Pierwszy zapowiada Jarosław Sellin: Sejm i Senat wybiorą 6 członków wedle wskazówek Leszka Millera, pozostałych 3 wskaże prezydent Kwaśniewski i zapanuje błogi spokój, bo wszystko przejmie lewica. Drugi polegałby na zerwaniu z partyjnym kluczem nominacji. Gdyby tak udało się wybrać KRRiTV nie wedle formuły ,,nasi przedstawiciele", lecz ,,ludzie kompetentni"... Jednak posłowie mówią wprost: przedstawiciel sejmu - albo wręcz danej partii - w Krajowej Radzie. Podobnie jest z senatorami. Ostatnio prezes Jarosław Kalinowski oznajmił: PSL ma w Radzie dwóch przedstawicieli i się ich nie wstydzi, bo są dobrzy. Przecież gdy ktoś zostaje członkiem Rady, przestaje być czyimkolwiek przedstawicielem. Wynika to z ustawy. Gdy wedle podobnej formuły parlament wybiera sędziów Trybunału Konstytucyjnego, nikomu nie przyjdzie do głowy mówić, że reprezentują oni tam kogokolwiek. Marek Jurek był w KRRiTV przedstawicielem prezydenta - tylko którego? Powołał go Lech Wałęsa, ale urzędował jeszcze przez cztery lata kadencji Aleksandra Kwaśniewskiego.
- Jak przerwać tę złą tradycję?
- Nie mam pomysłu.
Waniek i Czarzasty
- Przewodniczącą została osobą, która podkreśla lojalność wobec prezydenta, a Pan protestując przeciwko takim układom zrezygnował de facto na jej rzecz. Może należało zostać?
- Pozostanie oznaczałoby, że bronię tej Rady. Nie bronię. Ktoś musiał powiedzieć, że nie wszystko jest w porządku i padło na mnie. Poza tym urząd musi pracować.
Jest też nowa sytuacja. Komisja sejmowa skończyła pracę nad ustawą. Nie mógłbym w tej chwili stawać przed Sejmem i tłumaczyć zawiłości tej ustawy.
- Jaka jest teraz wokół Pana atmosfera w Radzie? Danuta Waniek opowiada z wyrzutem, że teraz musi przedstawić sprawozdanie, które Pan przygotował, że całe zło zaczęło się od Pana zeznań przed Komisją, że nie rozmawiał Pan o problemach z innymi członkami Rady.
- Żeby nie utrudniać pani Waniek sytuacji, wstrzymałem się od głosu, by mogła spokojnie głosować za tym sprawozdaniem.
Dziwię się, ilu rzeczy moi koledzy teraz nie wiedzą, choć mieli wszystkie papiery w ręku, a posiedzenia Rady odbywały się dwa razy w tygodniu i można było o wszystkim rozmawiać. Z jednej strony okazuje się, że byłem tak słaby, że nad niczym nie panowałem, z drugiej - że odpowiadam za całe zło, a jego przyczyną jest moja natura satrapy, który nie pozwalał rozmawiać o kłopotach.
- Powiedział Pan, że zrezygnował z przewodniczenia Radzie, bo jest Pan za ładem demokratycznym, a Czarzasty jest za ograniczeniem wolności słowa. Jeżeli Pan uległ, to znaczy, że Czarzasty miał w Radzie zwolenników.
- Tak. Pani Waniek powiedziała, że to, co mówił Czarzasty, jej odpowiada.
- Czyli Waniek na przewodniczącą to czarny scenariusz dla wolności słowa w Polsce?
- Zobaczymy.
- Jak wygląda ten czarny scenariusz?
- W nowelizacji są dobre i niedobre rzeczy. Najgroźniejsze, że daje ona podstawy do nadmiernej ingerencji Rady w działania nadawców prywatnych.
- Rozmawiał Pan z prezydentem Kwaśniewskim. Czy zdradził, jaki ma scenariusz na ład medialny?
- Prezydent mówi tak: należy odwołać członków Rady. Jedyną drogą jest odrzucenie sprawozdania. I przekonać polityków, by wybrali nowy, nieupartyjniony skład. Tu się zgadzam. Jak Pan Prezydent do tego doprowadzi? Nie wiem.
- Z przesłuchań przed komisją wyłania się wniosek, że wiele wynika z cech indywidualnych członków Rady.
- Ktoś powiedział mi, że w Radzie liczy się tylko, kto będzie miał 5 głosów. Jak się ma cztery, które poprą, to można się resztą nie przejmować. Pan Czarzasty uznał, że nie będzie brał pod uwagę, co o nim piszą gazety. Ważna jest piątka.
Piątka
i wszechobecny układ
Dlaczego wybierając rady nadzorcze trzy lata temu godziłem się na partyjne parytety? Uważałem, że mam dobrych kandydatów i lepiej, by był tam również ktoś, kogo ja wskażę. Oczywiście mogłem się wycofać...
- Pierwszy Pana dzień w Radzie: przyszedł Pan z wiedzą, że decydują parytety?
- Pierwsze zarządy były powołane w miarę apolitycznie. Krajowa Rada była zróżnicowana: z jednej strony był Maciej Iłowiecki, Ryszard Bender (ten się zapisał do Stowarzyszenia Ordynacka, więc nie wiem, gdzie go teraz umieścić), ale był też i Marek Siwiec. Było wiadomo, że trzeba sięgnąć do ludzi nieupapranych w PRL. Potem okazało się, że PSL chce mieć wpływy. Michał Strąk przyznał wprost, że Sulik i Andrzej Zarębski - czyli ex-Solidarność - usiłowali dogadać się z "czerwonymi", ale on czujnie wkroczył i sam się z komuchami dogadał. To wtedy Sulik powiedział, że nastał czarny dzień mediów publicznych - zaczęły się parytety.
Jak przyszedłem do Rady, mogłem powiedzieć: z wami nie rozmawiam, zgłaszam swoich kandydatów, oni przegrywają. Jestem nieskuteczny, ale czysty. Albo mówię: poprę waszych dwóch kandydatów, jak wy poprzecie mojego. Uznałem, że warto to zrobić. Może źle zrobiłem. Szef RFM Stanisław Tyczyński złośliwie powiedział, że w Radzie są czerwoni, zieloni, czarni i Braun. Ale to znaczy, że jestem niezależny, bo nie mam żadnego koloru. Rzeczywiście: w Radzie są czarni, czerwoni i zieloni.
- Na posiedzeniach Rady rozmawia się językiem parytetów?
- W trakcie wyborów do poprzednich rad programowych mediów publicznych było wiadomo: tam jest 5 miejsc i żeby zagwarantować równość, zgłoszę jedną osobę. Potem to zostało przeniesione na kolejne struktury.
Można powiedzieć: rada programowa nie ma władzy. Ale jak coś uchwala, ktoś o tym pisze. Więcej: jeśli zagwarantujemy tam obecność kogoś nam bliskiego, to rada nie będzie jednomyślnie uchwalać czegoś przeciw nam. Robert Tekieli jest sam, ale w protokołach jest zapisane, co sądził. Albo składa votum separatum, albo coś publikuje - jako członek Rady Programowej TVP.
- Czy ten mechanizm można przenieść na sytuację zarządu TVP i jej prezesa?
- Jest oczywiste, z kim był i jest związany Robert Kwiatkowski oraz że przyjęcie formuły, iż zarząd TVP jest dwuosobowy, wzmacniało jego pozycję. Z punktu widzenia zarządzania było to dobre rozwiązanie. Poprzedni pięcioosobowy zarząd był skonfliktowany.
- Teraz jest czytelnie: jedno miejsce SLD, jedno PSL i biznes hula...
- Troszkę uprościliście... Kiedyś Stefan Bratkowski tłumaczył mi, że Krajowa Rada nie może być tak upartyjniona. Pytam: jak to zrobić? - Niech prezydent powołuje. Wtedy odrzucałem takie rozwiązanie, uznając, że lekarstwo jest gorsze od choroby. Dziś sądzę, że może tak byłoby lepiej. Było by jasne, kto za co odpowiada. Struktura przyszłej Krajowej Rady mogłaby przypominać Narodowy Bank Polski. Przewodniczący powołany przez prezydenta za zgodą parlamentu, dwóch zastępców i rada, która zbiera się raz w miesiącu i podejmuje strategiczne decyzje. Obecna formuła to absurd. Przykład: zmiana adresu nadawcy wymaga zmiany koncesji, a więc głosowania.
Korporacja Krajowa Rada
- Dziwnym mechanizmem było też głosowanie w Radzie za nieobecnych...
- To obyczaj dziwaczny, ale jak wszyscy stwierdzali, zgodny z prawem.
- W Radzie to było zgodne z prawem, a co dopiero mamy wielką aferę w Sejmie, że koledzy zagłosowali za nieobecnych kolegów. Okazuje się, że w Sejmie to jest przestępstwo.
- W regulaminie Sejmu jest przepis, że głosować można tylko osobiście. Rada uchwaliła, że wolno głosować z upoważnienia. Któryś z nadawców skarżył kiedyś decyzję w ten sposób podjętą, wskazując, że to jest błąd formalny. Sąd uznał, że nie. Ten argument potem wykorzystywano. Po pewnym czasie to zostało zmienione.
- Skoro było zgodne z prawem, czemu to zmieniono?
- Raz było wygodne, raz nie.
- Rada uznała więc, że wprowadziła zgodnie z prawem niedemokratyczny obyczaj...
- Tak uznano. Ale zostało to wycofane.
- Tego typu mechanizmy potwierdzają, że Rada stała się kolejną w Polsce korporacją.
- Solidarność korporacyjna była od początku. Maciej Iłowiecki, broniąc interesów Rady, powiedział: ,,My tu z panem Siwcem ciężko pracujemy, a zarzuca nam się Bóg wie co". Teraz jest mniejsza solidarność. Marek Jurek robił opozycyjne konferencje prasowe. Bardziej zaszkodziło Radzie określenie, że to taki miniparlament. Skoro tak, to właśnie partie i parytety.
- Krajowa Rada zamyka się w krąg wzajemnych powiązań: Byli jej członkowie stają się ekspertami lub przechodzą do rad nadzorczych i zarządów.
- Z jednej strony w Polsce mało osób zna się na mediach. Trudno, by po skończeniu kadencji w KRRiTV jej członkowie zajmowali się kolejnictwem albo hutnictwem. To jednak źle, że członkowie Rady przechodzą wprost do mediów publicznych. Niedobrze również, gdy członkowie rad nadzorczych mediów publicznych są wybierani przez ich własne rady do zarządów.
- Czy w Krajowej Radzie kiedykolwiek dyskutowaliście o tym obyczaju?
- Była kiedyś mowa, że nie jest dobrze, by członkowie rad nadzorczych przechodzili do zarządów, choć wypowiadanie się na ten temat formalnie nie należy do Rady. Ale nic to nie zmieniło.
- Nie było stanowiska Rady w tej sprawie?
- Nie, bo trudno je przyjmować, jeżeli Krajowa Rada ma się nie wtrącać w decyzje rad nadzorczych. Rada miała wybrać członków rad nadzorczych i koniec, nie wolno ich odwołać. Ale ostatnio pani Waniek z dumą mówiła, że jeździła do różnych miast, interweniując, żeby rada nadzorcza nie wybrała kogoś, kto jest niedobry, bo miała poczucie odpowiedzialności za to, co się dzieje w mediach.
- Tu pojawia się pytanie, czy było do wyobrażenia, by członkowie Rady nie wiedzieli, że niektórzy z ich kolegów mają pośrednio udziały w firmach produkujących na rzecz TVP i grozi to konfliktem interesów? Chodzi o przypadek pana Czarzastego.
- Kwestia Czarzastego była znana i omawiana. On przedstawił ekspertyzy, że wszystko jest w porządku. Póki Rada nie stwierdzi, że naruszono prawo, nie może wypowiadać się na temat działalności swoich członków.
- Pozwolono, by Czarzasty był ekspertem i sędzią we własnej sprawie?
- Sędziego tu nie ma. Wysłuchaliśmy opinii, że niedopuszczalna jest taka forma współwłasności małżeńskiej akcji, jaką mieli państwo Czarzasty w Muzie. Ale dostaliśmy też inne opinie prawne, że wszystko jest w porządku. Rozstrzygnięcie nie należy do Rady.
- Ostatnio pojawiły się postulaty, żeby Krajową Radę po prostu zlikwidować.
- Prawo europejskie przewiduje istnienie niezależnego od rządu regulatora mediów. Gdyby w tej chwili nie było Krajowej Rady, nawet takiej jak obecnie, to byłoby gorzej. W tej chwili Rada będzie np. rozpatrywać sprawę ponownej koncesji dla Polsatu. Mimo wszystko lepiej, żeby to się działo jawnie w Krajowej Radzie niż gdyby miało to załatwiać Ministerstwo Kultury.
- Czy ktoś sobie wyobraża, żeby Polsatowi w tej chwili nie przedłużono koncesji?
- Oczywiście Polsat dostanie koncesję. Ale przy tej okazji można coś ułatwić, coś utrudnić. Jest takie modne określenie: sytuacja korupcjogenna. A jeżeli sprawa nie będzie jasna, Polsat zacznie ponosić straty finansowe. Ciało regulujące jest potrzebne. Ale powinno inaczej funkcjonować niż obecna Krajowa Rada. To jest jasne nie od dziś.
Niepubliczne
media publiczne
- Czy media publiczne w Polsce zasługują na tę nazwę?
- Trzeba rozdzielić radio i telewizję. I i II program Polskiego Radia, Radio Bis, radia regionalne - jest tam mnóstwo ważnych rzeczy. One - przy różnych zastrzeżeniach - zasługują na nazwę publicznych.
- Dobrze, że Pan Trójki nie wymienił...
- Radiowa Trójka to osobny problem. Trzeba pamiętać, że 40 proc. abonamentu idzie do radia. Jak ktoś mówi, że nie będzie go płacił, bo nie chce finansować telewizji, niech pamięta, że płaci też na radio.
Z telewizją jest gorzej. Z jednej strony obowiązki w dziedzinie kultury, edukacji spełnia kiepsko. A obowiązki w sferze debaty publicznej spełnia źle. Czy uznać, że nie ma mediów publicznych? Czy postawić na rozwój mediów prywatnych kosztem tego sektora? Tego bym się obawiał, bo z jednej strony jest co prawda znakomite TVN 24, ale z drugiej, w tym samym holdingu, był w TVN Big Brother, który poczynił poważne szkody społeczne.
Media publiczne trzeba chronić, ale nie faworyzować. Telewizja publiczna nie ma prawa do dominacji, ale doświadczenia wielu krajów wskazują, że jeśli się jej nie chroni, to marginalizuje się do paru procent oglądalności. W Polsce próbuje się zapewnić jej dominację - i to jest niedobrze.
Jak, chroniąc niezależność, wyegzekwować spełnianie obowiązków? 10 lat temu, po doświadczeniach PRL zbudowano najmocniejsze w Europie prawne bariery niezależności telewizji publicznej. Nikt nie ma prawa się wtrącić do programu: ani Rada, która daje pieniądze, ani minister skarbu, który rozlicza, ani sejm. Tyle że ta niezależność zaczęła być wykorzystywana do politycznej samowoli.
Powołano takie ciała jak rady programowe, które nie mają prawie żadnych uprawnień. Powinny mieć mocniejszą pozycję. W przypadku telewizji nieszczęściem jest, że w zarządach od pewnego czasu nie było ludzi, którzy by się interesowali programem. Robert Kwiatkowski - niezależnie od tego, co wychodzi przy okazji afery Rywina - jako prezes telewizji jest menadżerem. W wielu sprawach dobrym, ale nie interesuje się zbytnio programem.
- Z wyjątkiem "Wiadomości".
- I "Panoramy".
- Czy ta choroba dotyczy tylko telewizji?
- W największym stopniu, bo telewizja ma wielką siłę oddziaływania. Ale też publicznych rozgłośni lokalnych. Zwłaszcza w ostatnim roku, po wyborze nowych zarządów, są dowody ostrego nadzoru politycznego. Choroba się pogłębia.
- Kiedyś chciano skończyć z fikcją nieefektywnych rad programowych.
- To był zły pomysł. Projekt nowelizacji ustawy o radiofonii przedstawiony przez nas przewidywał wzmocnienie rad programowych. Licencje miały być formą nadzoru nad sposobem wykonywania obowiązków programowych. Coroczną opinię o wykonaniu obowiązków wynikających z licencji miała przedstawiać właśnie rada programowa. Tym samym zyskiwałaby ona na znaczeniu: gdyby negatywnie zaopiniowała wykonanie licencji, uruchamiałaby procedurę oceny, a nawet odwołania zarządu.
- A jak to wygląda w projekcie, który wychodzi z komisji sejmowej?
- Po kolejnych zmianach nie potrafię powiedzieć, co on zawiera.
- Wygląda na to, że nie ma szans, by poprawić nadzór nad programem mediów publicznych.
- Gdyby system licencji zaczął funkcjonować, można by poprawić proporcję audycji kulturalnych, edukacyjnych itp. Nie ma jednak pomysłu, jak zagwarantować rzetelność polityczną TVP. Można dać prawo ingerencji w program organowi zewnętrznemu - ale kto wtedy zagwarantuje rzetelność tego organu? Dlatego prawo decydowania musi mieć prezes telewizji. Wtedy jasna będzie przynajmniej kwestia odpowiedzialności.
Zysk czy misja
- Nowelizacja ma i inną skazę: media publiczne pozostają spółkami prawa handlowego i jako takie mają wypracowywać zysk.
- Ustawa mówi: jednostki publicznej radiofonii i telewizji działają w formie jednoosobowej spółki skarbu państwa. Ale to spółka wyjątkowa: skarb państwa nie może korzystać z zysku - bo ten musi być przeznaczany wyłącznie na potrzeby instytucji. Konstrukcja ta wynika z uwarunkowań prawno-historycznych.
W praktyce okazało się, że przy dużym udziale reklam TVP zaczęła sterować nie w kierunku instytucji użyteczności publicznej, ale firmy handlowej. Oczywiście: nawet teatr musi na siebie zarobić, bo jak nie zarobi, to przestanie istnieć. Ponieważ w TVP S.A. pieniędzy jest dużo, chodzi o to, by istniał mechanizm, który nie pozwoli na ich marnotrawienie.
- A czy nie rozważano innych pomysłów konstrukcji finansowania telewizji publicznej? Np. TVP bez abonamentu i bez reklam, natomiast prywatni nadawcy, którzy wtedy mieliby wyłączność na reklamy, płaciliby na rzecz TVP rodzaj haraczu.
- Taki pomysł się pojawiał. Lecz, po pierwsze, abonament to blisko miliard złotych rocznie. Z tego telewizja dostaje pół miliarda. Po drugie, przejście na mechanizm udziału z reklam w mediach prywatnych oznacza likwidację jedynego wymiernego kryterium oceny telewizji publicznej. Bo wprawdzie nie może się ona ścigać na wskaźniki oglądalności, ale nie może też z góry rezygnować z tego, że ją ktoś ma oglądać. Telewizja z misją nie ma sensu, jeśli nie będzie widzów.
Gdyby dochody telewizji publicznej były tym większe, im większa będzie ilość reklam w telewizji komercyjnej, stworzyłaby się taka sytuacja: im mniej ludzi ogląda publiczną telewizję, tym ma ona więcej pieniędzy. Straciłaby wtedy motywację do starania o wzrost oglądalności. We wszystkich krajach europejskich, są mechanizmy, które zachęcają media publiczne do walki o widownię.
- Ależ skąd: widz kieruje się ofertą programową, a każdy temat można spłycić i skomercjalizować albo zrobić atrakcyjnie, ale zgodnie z tzw. misją.
- Owszem. Niestety nie ma innego obiektywnego mechanizmu oceny. Nie chodzi o to, żeby się ścigać za wszelką cenę - ale inaczej wrócilibyśmy do tego, że jest instytucja albo osoba, która mówi, czy program jest dobry, czy zły. Na tej podstawie mianuje prezesa. I mówi: pan prezes robi znakomite programy, nikt tego, co prawda, nie ogląda, ale te programy są znakomite.
W całej Europie jest abonament. Tylko w Hiszpanii państwo gwarantuje straszliwe długi publicznej telewizji i w ten sposób ją wspiera. To dopiero matactwo.
Zapewne rewolucja technologiczna sprawi, że za 10 czy 15 lat wszystko się zmieni. Do tego czasu abonament jest jednak najlepszym rozwiązaniem.
- Jest jeszcze inna możliwość, choć mało teraz popularna. Zmniejszenie liczby publicznych programów radiowych i telewizyjnych.
- Ta sprawa powinna być przedmiotem rozmowy. W obecnej atmosferze nie sposób jej prowadzić, bo już nikt nie wierzy, że częstotliwości, które mogłyby się pojawić, będą uczciwie podzielone.
Natomiast oczywiście powinno się dyskutować, jak ma w przyszłości wyglądać telewizja publiczna, kiedy pojawią się kanały tematyczne. Może powinien być jeden program uniwersalny, typu radiowej Jedynki? Oczywiście oprócz tego telewizja publiczna musi robić też programy regionalne. Nikt inny tego nie zrobi, bo to nieopłacalne zajęcie. Stąd formuła telewizji regionalnej jest zasadna.
- Ona jest taka regionalna, że w tej chwili są tam głównie wiadomości z Iraku.
- W nowelizacji jest napisane, że w telewizji regionalnej mają być przynajmniej cztery godziny na dobę programów lokalnych. Ale na dyskusję o praktyce nikt nie ma ochoty. Parokrotnie na posiedzeniach komisji sejmowej, w publikacjach próbowałem ją sprowokować. Kończyło się na tym, czy w województwie lubuskim ośrodek TVP ma być w Zielonej Górze, czy w Gorzowie.
- Teraz zwolennicy nowelizacji mówią: należy zmienić dotychczasową ustawę. Przeciwnicy się sprzeciwiają. W efekcie blokuje się dyskusję nad poważnymi zmianami w radiofonii i telewizji publicznej.
- Niestety. Ustawa w obecnym kształcie jest nieszczęsna. Jeżeli zostanie przyjęta, to zapewne zawetuje ją prezydent. Tyle że wtedy będzie awantura o przepisy europejskie, które winny już zacząć obowiązywać.
Gdyby udało się jednak je przyjąć jako pilne i wtedy spróbować zacząć dyskusję o kształcie rynku mediów... Nawet liczba programów nie jest dogmatem - byleby był to efekt dyskusji publicznej i decyzji ustawowej, a nie podjętej przez ministra skarbu.
- ...albo rezultatem mataczenia w Krajowej Radzie. Lecz do przegłosowania nowelizacji SLD będzie potrzebować głosów Samoobrony i za to pewnie zapłaci...
- Już mam kandydatkę do Krajowej Rady - posłanka Beger z Samoobrony, specjalistka od mediów, bo dwukrotnie była recenzentką budżetu Krajowej Rady w Komisji Finansów Publicznych. Na razie może być w Krajowej Radzie, a jak nie, to przynajmniej w Radzie Nadzorczej Telewizji. Dwa lata temu na Uniwersytecie Jagiellońskim była konferencja o mediach publicznych. Żartem powiedziałem, że wszystko w Polsce zmierza ku temu, by o sprawach publicznych decydował pan Florek z Wielkiego Brata. I pan Florek jest posłem SLD...
Na razie przestał decydować Braun - bo partyjny i niefachowy. Decydować ma fachowa i niepartyjna pani Waniek. Za pół roku może być to pani Beger.
- A jak ktoś z Samoobrony wchodzi do Krajowej Rady, to i do układu parytetowego wchodzi Samoobrona...

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl