|
O malarstwie Jerzego Świecimskiego
Dar jednego obrazu
Stanisław Rodziński
Filozof, przyrodnik, erudyta, najwyższej klasy specjalista od ekspozycji muzealnych, wykładowca
uniwersytetów polskich i zagranicznych (przed laty także krakowskiej ASP, której był
studentem), członek Międzynarodowej Rady Muzeów (ICOM). Można by zapytać: kiedy
profesor Jerzy Świecimski ma jeszcze czas na malowanie?
W niedużym pokoju na najwyższym piętrze krakowskiej siedziby PAN-u artysta ma małą
pracownię, w której intensywnie maluje, pisze, przygotowuje projekty ekspozycji
muzealnych. W tej pustelni powstawały i powstają obrazy, których sporą część
zobaczyliśmy niedawno w krakowskim Pałacu Sztuki. Ta wystawa to jedna z nieczęstych
ostatnio manifestacji wiary w sens malarstwa, choć sam artysta najdalszy jest od
jakiejkolwiek deklaratywności. Należy do tych pełnych niepokoju, wątpiących, wymagających
od siebie ponad miarę.
Sądzę, że wśród rozlicznych zajęć właśnie malarstwo jest znakiem nierozerwalnej
więzi Świecimskiego ze światem. Więzi, która inspiruje wewnętrzne przeżycia i
intelektualną refleksję. To oczarowanie krajobrazem i dystans intelektualisty do otaczającej
rzeczywistości. W Pałacu Sztuki malarz znakomicie zaaranżował swoją wystawę. Płótna
zbliżały się do siebie i oddalały, grupowane problemami i motywami, kontrastowane
tonacjami kolorystycznymi i formatem. Sama wystawa była kolejnym wielkim obrazem Świecimskiego.
Patrząc na dziesiątki obrazów, poznajemy wewnętrzną logikę procesu twórczego,
koncepcję malarstwa jako pasjonującego dyskursu z widzialnym i Niewidzialnym. Ciekawe
jest narastanie niektórych motywów. W pewnym momencie obraz staje się inspiracją
cyklu, prowokuje dalszą pracę, drążenie, całą tą nieefektowną robotę, która
dojrzewa wewnętrznie i malarsko.
Świecimski nazywa swoje prace pejzażami wewnętrznymi. To krajobrazy, ale i szczególne
portrety miast. Jesteśmy wraz z malarzem we Włoszech i we Francji, wchodzimy w wąskie
ulice Wenecji, Rzymu i Sieny, wędrujemy po jasnym i mrocznym Paryżu. Pamiętam takie właśnie
wspólne z Jerzym spacery po Norymberdze, Bambergu i Monachium. Pamiętam jego uwagi i
pilne, jak u małego chłopca, wpatrywanie się w domy, bruki, niebo, wieże katedr.
Jerzy Świecimski jest niewątpliwie kontynuatorem wielkiej tradycji polskich kolorystów.
Nie jest jednak ich pilnym uczniem. Kolor i materia malarska to dla niego doświadczenie
Cybisa i Potworowskiego, ale także Tycjana i Rembrandta. Może dlatego odszedł od bezpośredniego
przedstawiania natury, zwracając się ku syntezie, lapidarnej interpretacji bliskiej
abstrakcji?
Jednak analizy i opisy niewiele dają temu malarstwu. To, co zobaczone, ulega przekształceniom
- nieraz lirycznym i skupionym, a nieraz mrocznym, nasyconym brązami i czerniami.
Pozostaje przedziwna pamięć szczegółu, jakaś drobina światła, dachu czy balkonu.
Pozostaje suma wrażeń i przeżyć.
Mówiono kiedyś, że malarz przez całe życie maluje jeden obraz. Jest w tym powiedzeniu
trochę sentymentalizmu, ale i wiara w konsekwencję poszukującego artysty. Przekonanie,
że wierny sobie malarz zmierza poprzez swe obrazy do prawdy o świecie, że malując
krajobrazy, martwe natury, geometryczną czy ekspresyjną abstrakcję, w istocie maluje swój
autoportret.
Patrząc na obrazy Jerzego Świecimskiego nie nudzimy się tym jego jednym obrazem. Staje
się nam bliski, wracamy doń wspomnieniem, pamiętamy klimaty wewnętrznych pejzaży, głębokie
czerwienie, gęste ugry i umbry. To właśnie prywatne, samotne, w jakimś sensie
dramatyczne, ale i radosne dochodzenie do prawdy jest istotą i sensem malarstwa Świecimskiego.
Dzisiaj pościg za sukcesem i nerwowe wypatrywanie ogłupiają wielu zdolnych artystów.
Może dlatego przypowieść o malarzu-autorze wciąż tego samego obrazu jest w istocie
warta przypomnienia?
Ten obraz to dar, jaki Jerzy Świecimski nam przekazał. Szkoda, że nie ma katalogu, który
mógłby być wspomnieniem świetnej wystawy w Pałacu Sztuki.
|