|
Ukazał się dwujęzyczny tom nowych przekładów Hölderlina
Strażnik świętego ognia
Z Antonim Liberą, tłumaczem poezji Hölderlina, rozmawia Iza Natasza Czapska
IZA NATASZA CZAPSKA: - Gdzie widzi Pan w dzisiejszych czasach miejsce dla tak oryginalnego
i niełatwego w odbiorze twórcy jak Friedrich Hölderlin?
ANTONI LIBERA: - Zacząć trzeba od tego, że moje zainteresowanie Hölderlinem i przekładanie
go na język polski nie jest pionierskie. Poetę tego przekładano już na nasz język, i
to kilkakrotnie. Co więcej, jego nazwisko bynajmniej nie było nieznane. Było ono znane
nawet bardziej niż nazwiska innych klasyków niemieckich. Tę szczególną sławę Hölderlin
zawdzięczał, po pierwsze, legendzie, jaka narosła wokół jego biografii, a po drugie,
rozgłosowi, jaki nadało mu kilku czołowych pisarzy i myślicieli XX wieku. Hölderlin w
wieku trzydziestu paru lat popadł w szaleństwo, resztę życia - drugie tyle - spędził
w dziwnym, niejednoznacznym stanie półprzytomności, a po śmierci, przez ponad 50 lat,
był całkowicie zapomniany (podobnie jak nasz Norwid). W XX wieku odkryto go nagle jako
natchnionego proroka, który przeczuł, ku czemu zmierza cywilizacja, wyrastająca na
gruncie nazbyt wyemancypowanego rozumu, nazbyt zsekularyzowana. Czołową rolę w tym
odkryciu i stworzonej w ślad za tym interpretacji odegrały tak znaczące i wpływowe
postaci kultury europejskiej jak Nietzsche, Rilke, Tomasz Mann, a zwłaszcza Heidegger, który
poświęcił mu cały cykl wykładów, opublikowanych następnie w książce.
- W Polsce jednak "czas Hölderlina" wciąż jeszcze nie nadchodził.
- Tak, właściwie do 1964 roku, kiedy to w "celofanowej" serii PIW-u ukazał się
tomik wydany przez Mieczysława Jastruna. Ale nawet od tego momentu i mimo kolejnych przekładów,
które powstały później, Hölderlin - przynajmniej wedle mojej oceny - w dalszym ciągu
znany był jak gdyby "z drugiej ręki", właśnie poprzez legendę oraz
komentarze Heideggera, gdzie kilku cytatom nadał on rangę "skrzydlatych słów"
z pamiętnym pytaniem "cóż po poecie w czasie marnym?" na czele. Z drugiej
strony, spotkałem się nieraz z wyrazami rozczarowania, kiedy ktoś, zafascynowany
dyskursem Heideggera, sięgał po teksty poety i zaczynał je czytać. Reakcje te
przypominały trochę reakcje uczniów na poezję Słowackiego z "Ferdydurke"
Gombrowicza: "jak zachwyca, kiedy nie zachwyca!". Otóż moim celem jako tłumacza
była próba pokazania, że Hölderlin "zachwyca i porywa" nie dlatego, że tak
nam mówi profesor Heidegger, papież egzystencjalizmu, lecz dlatego, że w poezji tej
rzeczywiście jest wielka siła i magia.
- Czy nawiązaniu głębszego uczucia między Hölderlinem a czytelnikiem nie zaszkodziło
szaleństwo poety, potem zaś próba zawłaszczenia jego twórczości przez nazistów?
- Co do szaleństwa, to powiedziałbym, że odegrało ono rolę wręcz przeciwną: stało
się czynnikiem stymulującym zainteresowanie. Proszę pamiętać, że wiek XX to wiek
wielkiej "kariery" obłędu jako pewnego archetypu czy znaku kulturowego.
Wszelkie odstępstwo od normy, wszelkie niezrównoważenie lub odmienność zyskało na
wartości i wzrosło w cenie, a nieraz stawało się nawet przedmiotem kultu. Co się zaś
tyczy prób zawłaszczenia dzieła Hölderlina przez nazistów, to nie miały one większego
wpływu na późniejszą recepcję. Po pierwsze, mało kto o tym wiedział, a po drugie,
ludzie we współczesnym świecie przyzwyczaili się już do takich manipulacji. Czy
Mickiewiczowi zaszkodził gwałt, jakiego na jego twórczości dopuścili się komuniści?
A takiemu Heideggerowi to nawet faktyczna przynależność do NSDAP nie zaszkodziła.
- Jakie kryteria przyjął Pan dokonując wyboru poezji Hölderlina?
- Wartości i reprezentatywności. Wybierałem rzeczy najbardziej znane i najwyżej
cenione, a zarazem z każdego z uprawianych przez poetę gatunków. Hölderlin pisał
zasadniczo cztery rodzaje wierszy: ody (krótkie i długie), elegie, hymny i wiersze
regularne lub wolne (zwłaszcza w okresie szaleństwa). Ody pisane są strofą alcejską
lub asklepiadejską, elegie - heksametrem, hymny - frazą wolną, a wiersze regularne w
rozmaitych metrach. Łączny dorobek poetycki Hölderlina liczy sobie około 250 utworów.
Ja przełożyłem około 90.
- Co Pana najbardziej fascynuje w twórczości Hölderlina?
- Wizja i ton. Hölderlin operuje wielką skalą, obejmuje myślą dzieje świata niemal
od zarania, tworzy własną interpretację losu człowieka na ziemi. To jest wizja snuta
na podobieństwo dawnych mitów, które próbowały objaśniać świat. Środki, jakimi
posługuje się Hölderlin, są, można rzec, archaiczne, wyrażana myśl jednak - bardzo
nowoczesna. Pisarz ten próbuje odpowiedzieć, co się stało i dzieje z człowiekiem nowożytnym,
z człowiekiem odchodzącym od pierwotnej "wyobraźni baśniowej" ku tej
uformowanej na Rozumie, ku "świadomości scjentystycznej". Jego diagnoza nie
jest zbyt optymistyczna. Ale ton, choć wieszczy, nie jest patetyczny; najwyżej wzniosły,
wysoki. Tę "dykcję", proszę sobie wyobrazić, wielbił nawet tak skrajnie
niepatetyczny pisarz jak Beckett. Nie taję, że to jego upodobanie nie pozostało bez wpływu
na pogłębienie moich zainteresowań.
- Zarówno Hölderlin, jak i Beckett, dają w swej twórczości wyraz odczuciu, że przyszło
im żyć "w czasach marnych". We wstępie do tomu Hölderlina pisze Pan wprost o
wciąż trwającej nocy dziejów.
- Pisząc o tym, przekazuję tylko myśl autora. Owszem, do pewnego stopnia ją podzielam,
niemniej występuję tu w roli raczej sprawozdawcy niż wyznawcy i głosiciela takich czy
innych poglądów. Hölderlin uważał, że warunkiem szczęścia ludzkości - warunkiem
harmonijnego istnienia człowieka na ziemi - jest odczuwalna obecność Boga, to, co
nazywamy wcieleniem. Bez takiego jawnego uobecnienia człowiek jest boleśnie samotny,
zagubiony, nieszczęśliwy. Z drugiej strony, bezpośrednie obcowanie z Bogiem jest
niebezpieczne; różnica potencjałów bytu nieśmiertelnego i śmiertelnego jest tak
ogromna, że ten drugi nie wytrzymuje napięcia spotkania, zostaje porażony, "spala
się". Dlatego też Bóg - bogowie - nawiedzają Ziemię tylko od czasu do czasu, żeby
człowieka zbytnio nie narażać, by go nie zniszczyć, a zarazem żeby go przez chwilę
uszczęśliwić i podtrzymać w nim wiarę, że coś takiego w ogóle jest możliwe. Czas
spotkania nazywany jest przez poetę "godziną Słońca", "ucztą",
"zaślubinami" albo po prostu "Dniem". Czas rozstania - nieobecności
wcielonego Boga - właśnie "czasem marnym", okresem "oczekiwania i
czuwania" albo po prostu "Nocą". A zatem tak pojmowana Noc trwa już
blisko dwa tysiące lat. Dla Hölderlina jest to stanowczo za długo, niepokojąco długo
("Za długo, za długo już / Chwały bogów nie widać!"). Zdaje się on uważać,
że tak jak niekończące się oczekiwanie na Mesjasza w judaizmie zaowocowało przyjściem
Chrystusa, tak wiara w paruzję zaowocuje przyjściem... kogoś innego. To są lęki i
idee na wskroś współczesne, dwudziestowieczne; to jest myślenie zbieżne z tym, które
wyraził Beckett w "Czekając na Godota".
- Hölderlin przypisywał poetom szczególną misję do wypełnienia podczas owej nocy
dziejów. To oni mają strzec pamięci o Dniu i nie pozwolić ludzkości na metafizyczny
letarg. Czy i Pan ma poczucie odpowiedzialności za powodzenie tej misji?
- W jakiejś mierze tak. Nie czuję się wprawdzie poetą w sensie Hölderlinowskim, czyli
wizjonerem, wieszczem czy choćby medium, które, niczym antena, odbiera i przekazuje jakiś
komunikat zza horyzontu rzeczywistości, niemniej sytuuję się wśród tych, którzy chcą
służyć tak pojmowanym poetom. Wyraża się to głównie w wyborze autorów, którymi się
zajmuję, a także w sposobie, w jaki to robię. Mam na myśli troskę i dbałość o język:
o to, aby był czysty i jasny, aby był zrozumiały dla najszerszego odbiorcy, a przy tym
brzmiał dostojnie, jak wszelka mowa wysoka.
- Czy nie niepokoi Pana fakt, że słowo traci dziś swą moc i urodę? Że choćby przez
ekspansję brutalistów normą w teatrze staje się mowa szarpana, nasycona wulgaryzmami,
niedbała?
- Ufam, że nie jest to jednak norma - w podstawowym sensie tego słowa, czyli jako zasada
posiadająca jakąś sankcję. Jest to najwyżej nagłośniony dzięki masowym środkom
przekazu atawistyczny pomruk świata - głos tego, co w człowieku niskie, prymitywne,
dzikie. Ten pomruk czy głos istniał zawsze, i zawsze była to mowa przytłaczającej większości,
tyle że nie było amplifikatorów. Ten głos pozostawał na ulicy, w karczmie, koszarach,
więzieniu - i ulatniał się. Obecnie stał się wszechsłyszalny. Jak to powiedział Słowacki:
"wtargnął do śródmieścia", czyli właśnie do literatury, teatru, a także
- polityki.
Upieram się jednak, że nie jest to żadna rewolucja ani demokratyzacja, lecz jedynie
uboczny skutek błyskawicznie rozwijających się systemów globalnej komunikacji. Nie mogę
zgodzić się z twierdzeniem, że "słowo traci dziś moc i urodę". To nie jest
fakt obiektywny. Owszem, słowo bywa nadużywane, sprzeniewierzane, degradowane i
poddawane wielu innym tego rodzaju manipulacjom, ale ono samo, jako takie, przynajmniej
dopóki identyfikujemy się z tradycją ugruntowaną na Logosie, wciąż ma moc i potencjał
urody. Trzeba je tylko z niego wydobyć.
- Przejawem mowy wysokiej, w której nadrzędne znaczenie ma Słowo, jest dziś
"Tryptyk rzymski" Jana Pawła II. Czy odnajduje Pan w nim motywy i odniesienia
bliskie religijnej problematyce, poruszanej przez Hölderlina?
- Owszem, choć myśl i język Papieża są ściśle związane z dogmatami wiary Kościoła
katolickiego, a myśl i retoryka Hölderlina, wywodzące się z ducha protestantyzmu,
znacznie odbiegają od treści doktrynalnych. Niemniej niektóre metafory i sposób
obrazowania uderzająco przypominają poetyckie zabiegi niemieckiego klasyka. Pierwsza część
"Tryptyku", zatytułowana "Strumień", jest kontemplacją źródła i
płynącej wody, a także dociekaniem ich nadrzędnego sensu, jakby krył się w nich jakiś
znak dany specjalnie człowiekowi. To właśnie jest bardzo podobne do Hölderlina, zarówno
w doborze przedmiotów kontemplacji, jak i w sposobie myślenia o nich. Hölderlin wiele
wierszy poświęcił właśnie rzekom i strumieniom, i bynajmniej nie są to opisy
przyrody, tylko inspirowane przez nią filozofowanie. Papież zaczyna słowami:
"Zatoka lasu zstępuje / w rytmie górskich potoków", a u Hölderlina mamy:
"Las zstępuje po zboczu" i "Z gór pomykały ku tobie potoki, / Ja sercem
z nimi". Ale jeszcze ciekawsza jest zbieżność w pojmowaniu i mityzowaniu źródła.
Papież pisze: "Jeśli chcesz znaleźć źródło, / musisz iść do góry, pod prąd",
a Hölderlin: "Niejednego strach bierze przed powrotem do źródła. / Bogactwo
przecież jest w morzu". Takich przykładów można by dać więcej. Co jednak
najbardziej zasługuje na uwagę, to fakt, że w stosunkowo krótkim czasie ukazały się
w Polsce trzy takie dzieła, jak "Traktat teologiczny" Miłosza, "Tryptyk
rzymski" Papieża i właśnie ów tom mistyczno-metafizycznej poezji Hölderlina, który
głosząc chwałę poetów i wzywając ich, by w "marnym czasie Nocy Dziejów",
w oczekiwaniu na "Dzień", strzegli "świętego ognia", takich właśnie
autorów, jak ci dwaj, miał z pewnością na myśli.
ANTONI LIBERA (1949) jest pisarzem i tłumaczem. Przekładał przede wszystkim twórczość
Samuela Becketta i reżyserował jego dramaty. W 1998 r. wydał powieść
"Madame".
|