dotb.gif

„TP”, Nr 14 (2804), 6 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2804/kraj06.php

Amerykański desant w Kurdystanie dowodzi, że rozpoczęło się polityczne przetasowanie na Bliskim Wschodzie


Między Brukselą, Waszyngtonem i Bagdadem

Wojciech Pięciak


Poza Saddamem Husajnem mało kto na Bliskim i Środkowym Wschodzie ma dziś tak wiele do stracenia jak Turcja. Operacja "Iracka wolność" i międzynarodowe spory ostatnich tygodni pokazały Ankarze granice jej możliwości. Stały się też testem dla pozycji tej jedynej islamskiej demokracji położonej geograficznie, gospodarczo i kulturowo "między Zachodem a Arabią".

Gdyby nie zielona poświata zdjęć robionych przy pomocy noktowizora, można by sądzić, że film, który telewizja CNN pokazała rankiem w miniony czwartek, to archiwalne ujęcia z desantu spadochronowego, który 59 lat temu poprzedził lądowanie aliantów w Normandii: rzędy objuczonych sprzętem żołnierzy, napięcie na twarzach, ludzie znikający po kolei w ciemnym otworze drzwi samolotu...

Kurdyjski węzeł

Pokazane niemal na żywo lądowanie amerykańskich spadochroniarzy w górach północnego Iraku nie było jednak tak dramatyczne, jak desant w Normandii. Żołnierze z amerykańskiej 173. Brygady Desantowej nie zostali ostrzelani, ale przyjęci z otwartymi ramionami przez kurdyjskich partyzantów i przez rodaków z sił specjalnych, działających od wielu lat na terenie niepodległego Kurdystanu, istniejącego od początku lat 90. quasi-państwa wielkości Szwajcarii.
Państwa wprawdzie nie uznawanego przez świat, ale wolnego od władzy Husajna, mającego własny parlament w Erbilu, premiera (Necirvana Barzaniego), 60-tysięczną armię i władze samorządowe. I przyjaznego Ameryce, bo funkcjonującego dzięki cichej "opiece" Amerykanów i Brytyjczyków, których lotnictwo - nadzorując w minionych latach ONZ-owskie strefy zakazu lotów na północy i południu Iraku - zapobiegło powtórzeniu się tego, co stało się 15 lat temu, w marcu 1988, gdy Husajn, zirytowany oporem kurdyjskich powstańców, zezwolił swej Gwardii Republikańskiej na zagazowanie tysięcy cywilów w mieście Halabdża, a potem w innych miejscach.
Lądowanie spadochroniarzy przebiegło spokojnie - i już następnego dnia na miejscowym lotnisku lądował pierwszy amerykański samolot transportowy z ciężkim sprzętem, a po nim kolejne. Co było o tyle proste, że pasy startowe kurdyjskich lotnisk w Harir (koło Erbilu), w Bakrajo i pod Sulejmaniyah były w ostatnich tygodniach w pośpiechu wydłużane przez Kurdów (i Amerykanów z sił specjalnych). Ci drudzy od lat mieli też dostarczać tym pierwszym broni, choć tylko takiego rodzaju i w takiej ilości, by Kurdowie byli w stanie - przy wsparciu lotnictwa USA - bronić się przed wojskami Husajna, ale aby byli zarazem za słabi na zaatakowanie wojsk tureckich.
Skąd taka kalkulacja? Na pograniczu turecko-irackim (faktycznie turecko-kurdyjskim) nie sprawdza się powiedzenie, że przyjaciel mojego przyjaciela jest moim przyjacielem. Od 1991 r. - kiedy na terenie północnego Iraku kolejne już powstanie Kurdów skończyło się sukcesem, inaczej niż stłumione powstanie szyitów na południu - Amerykanie, wspierając wolnych Kurdów przeciw Husajnowi, znajdowali się między młotem a kowadłem. Inaczej mówiąc, między Kurdami, których poparcie ułatwi dziś zajęcie strategicznych pól naftowych pod Mosulem i Kirkukiem oraz podejście pod Bagdad od północy - a Turcją. Od wejścia do NATO w 1952 r., Ankara była wprawdzie "strategicznym partnerem" USA, ale wizja niepodległego państwa kurdyjskiego zawsze była dla niej nie do przyjęcia.
Okazało się jednak, że choć lądowanie 173. Brygady - i późniejsze przerzucanie oddziałów koalicji "mostem powietrznym" do północnego Iraku - jest kłopotliwe z technicznego i wojskowego punktu widzenia, to politycznie Amerykanie nie wyszli źle na tym, że turecki parlament dwukrotnie odrzucał prośbę własnego premiera Recepa Tayyipa Erdogana (wspieranego gorąco przez dowództwo armii) o zgodę na stacjonowanie w Turcji 60-tysięcznego korpusu amerykańskiego. Jego to zadaniem miało być pierwotnie uderzenie na Husajna od północy.

Płacz tureckiego generała

Obawiając się aliansu amerykańsko-kurdyjskiego i powstania państwa kurdyjskiego z prawdziwego zdarzenia, Turcy nie ukrywali wcześniej, że chcą wkroczyć do Iraku ramię w ramię z amerykańską 4. Dywizją Piechoty. Nie po to jednak, by wspomóc natarcie tej najnowocześniejszej jednostki US Army (nazwy jednostek amerykańskich - dywizji pancernej, zmechanizowanej czy piechoty - mają charakter tradycyjny i nie oddają stanu rzeczy; w istocie każda jest jednostką pancerno-zmotoryzowaną; wyjątkowość 4. Dywizji polega na tym, że jest "opleciona" cyfrowym systemem, integrującym satelitarne i naziemne rozpoznanie przeciwnika i dowodzenie - co sprawia, że dowódca każdego z kilkuset czołgów i wozów pancernych 4. Dywizji ma komputer, na którym może śledzić pole bitwy).
Turkom chodziło o zneutralizowanie irackich Kurdów. Bo wprawdzie po rozwiązaniu partyzantki Partii Pracy Kurdystanu PKK (a raczej przejściu jej resztek na iracką stronę granicy) oraz liberalizacji w tureckiej polityce wobec "swoich" Kurdów w ostatnich latach - wymuszonej także przez Unię Europejską - w 13 tureckich prowincjach, zamieszkanych przez mniejszość kurdyjską, od 1999 r. panuje spokój. Ale powstanie państwa kurdyjskiego na terenie Iraku może na nowo rozbudzić aspiracje całego tego narodu, rozsianego dziś między Turcję, Irak, Iran i Syrię.
Dlatego tuż przed lądowaniem 173. Brygady i Amerykanie, i Unia Europejska (w tym wypadku wyjątkowo jednym głosem) zastosowali wobec Turków politykę "kija i marchewki". Ze szczerością jak na dyplomację niezwykłą przestrzegali przed wkroczeniem do Iraku. Komisarz UE ds. rozszerzenia Günter Verheugen mówił wprost, że wejście do Kurdystanu pogrzebie szanse Turcji na otwarcie negocjacji członkowskich z Unią w 2005 r. Równocześnie Unia zwiększyła dwukrotnie w ubiegłym tygodniu pomoc ekonomiczną dla chwiejącej się tureckiej gospodarki. Amerykanie nie byli tak hojni: nie tylko generałowie, nawet Colin Powell ostrzegł, że w Kurdystanie między Turkami a Amerykanami może dojść do... walk.
Turcy ustąpili. W minioną środę szef sztabu armii, gen. Hilmi Özkök, wystąpił w sztabie pogranicznego 7. Korpusu w Dijarbakir, w południowo-wschodniej Anatolii, z niezwykłym oświadczeniem politycznym. Zwykle pewny siebie generał - stojący na czele instytucji, która w przeszłości pokazywała, że broniąc świeckiej republiki (istniejącej od 1923 r.) i tradycji jej założyciela, Mustafy Kamala Paszy Atatürka, może obalać wybrane demokratycznie rządy, jak w 1960, 1971, a ostatnio w 1980 r., co groziło już wojną domową - otóż ten człowiek, ze łzami w oczach (jak relacjonował dziennikarz "Neue Zürcher Zeitung") zadeklarował, iż wbrew swym chęciom Turcja nie stworzy w Iraku wymarzonej "strefy buforowej", a wszelkie kroki będzie "uzgadniać ze strategicznym partnerem, USA". Mówił to nie premier, ale wojskowy!

Aliancki "drugi front"

Kilka godzin później transportowce ze stacjonującej w czasie pokoju we Włoszech 173. Brygady przeleciały nad terytorium Turcji, kierując się na lądowiska, gdzie czekali już kurdyjscy powstańcy. Węzeł gordyjski został przecięty. Turcja, aspirująca do roli regionalnego mocarstwa, zaczęła schodzić ze sceny. Czy w podobnie ostateczny sposób, jak kiedyś Imperium Osmańskie?
Nawet jeśli analogia historyczna jest przedwczesna, turecki generał miał powody do histerii. Otwarcie przez aliancką koalicję frontu północnego przeciw Husajnowi ma znaczenie tyleż militarne, co polityczne. Można je określić nawet najważniejszym wydarzeniem od początku trwającej już drugi tydzień operacji "Iracka wolność". Albo przynajmniej równie ważnym, co dwa dotychczasowe sukcesy aliantów.
Bo chociaż chyba wszyscy, którzy wojnę tę oglądają za pośrednictwem telewizji, mogą mieć wrażenie chaosu i szumu informacyjnego - być może zresztą zamierzonego przez dowództwo alianckie: w końcu ludzie Husajna zapewne też oglądają bez przerwy telewizję... - to wojskowi izraelscy, bez wątpienia znający się na rzeczy, zapewniają (w dzienniku "Haaretz" z 25 marca), że operacja aliancka rozwija się pomyślniej, niż sądzić można z relacji telewizyjnych.
Po pierwsze, pola naftowe na południu Iraku zajęto nienaruszone (co by się stało, gdyby Husajn je podpalił, wiadomo z operacji "Pustynna Burza": kuwejckie szyby płonęły miesiącami). Po drugie, szybkie opanowanie (poza pojedynczymi ogniskami oporu, np. w Basrze) południowego Iraku, zamieszkałego przez niechętnych Husajnowi szyitów, pozwoliło aliantom na zajęcie dogodnych pozycji w dolinie Eufratu i Tygrysu.
Wstrzymanie marszu na Bagdad może być świadome: może chodzić o to, argumentują izraelscy generałowie, aby decydującą bitwę z wiernymi Husajnowi paroma dywizjami Gwardii Republikańskiej - jedynymi mającymi wartość militarną - stoczyć na równinie przed Bagdadem, a nie spychać ich do miasta, co by wymusiło krwawy (zwłaszcza dla cywilów) szturm stolicy.
To może wyglądać na paradoks: aż do lądowania w Kurdystanie to właśnie Turcja, dotąd wiarygodny partner USA i stabilizator polityki bezpieczeństwa w regionie, okazała się nagle czynnikiem wysokiego ryzyka w operacji "Iracka wolność".
Ale nie tylko dlatego Turcja może okazać się wielkim przegranym tego konfliktu - i to pod wieloma względami, bo także jako kraj aspirujący do Unii Europejskiej.

Ambicje i realia

40 lat mija, odkąd Turcja została krajem stowarzyszonym z ówczesną Europejską Wspólnotą Gospodarczą i 16 lat, od kiedy złożyła wniosek o członkostwo. Rozpatrzony odmownie: oficjalnie Unia nie mówi Turcji "nie", ale odmawia negocjacji członkowskich, które, raz zaczęte, kiedyś muszą się skończyć. Także podczas szczytu w Kopenhadze (grudzień 2002) Turkom nie udało się uzyskać nic więcej ponad obietnicę, że pod koniec 2004 r. Unia rozważy, czy nie rozpocząć negocjacji z Ankarą w 2005 r. Tymczasem zwycięzca listopadowych wyborów parlamentarnych Erdogan - nowy "silny człowiek" Turcji (wtedy przewodniczący Partii Sprawiedliwości i Rozwoju, a od marca premier) - naciskał, by negocjacje zaczęły się jeszcze w bieżącym roku. Argumentując, że perspektywa ta zachęci rząd do dalszych proeuropejskich reform.
Kopenhaga stała się natomiast w wielu krajach Europy okazją do wymiany - po raz który z kolei? - opinii między zwolennikami i przeciwnikami członkostwa Turcji. Po raz kolejny powtarzano argumenty "za" i "przeciw": geograficzne (że po rozszerzeniu o Turcję granice Unii sięgną Syrii, Iraku, Gruzji i Iranu), historyczne, kulturowe, ekonomiczne i polityczne.
Teoretycznie "turecki dylemat" jest prosty: warunki wejścia jakiegoś kraju do Unii są jasne i nikt nie może - jak Turcja w minionych dziesięcioleciach na forum Rady Europy - domagać się dla siebie specjalnego statusu. Jednak pytanie o członkostwo Turcji w UE ma charakter inny niż w przypadku Polski - nawet jeśli tym, co łączy oba kraje z perspektywy Unii, jest konieczność reformy rolnictwa i wielkich na to wydatków.
Demokracja, poszanowanie praw człowieka i obywatela, w tym praw mniejszości, państwo prawa - w tych kwestiach Turcja nie odpowiada ciągle standardom Unii. Owszem, czyni postępy. Ale niekonsekwentnie: raz np. liberalizując politykę wobec Kurdów, to znów ją zaostrzając i delegalizując nagle w minionym tygodniu jedną z dwóch partii mniejszości kurdyjskiej, która w prowincjach zamieszkanych przez Kurdów obsadza władze samorządowe, a w ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych zebrała tam połowę głosów (do parlamentu w Ankarze jednak nie weszła, bo nie przekroczyła wysokiej bariery 10 proc. głosów, którą przewiduje turecka ordynacja).
Także pod względem gospodarczym Turcja nie odpowiada standardom Unii. Gdyby dziś weszła do wspólnoty, stałaby się od razu największym beneficjentem funduszy unijnych (rzędu, wedle różnych danych, od ośmiu do 20 miliardów euro rocznie). Do tego trzeba by dodać wydatki na stabilizowanie tureckiej gospodarki, która w 2002 r. odnotowała 58-procentową inflację (przeciętna w Unii: 2,3 proc.).
Ale chodzi nie tylko o prawo, gospodarkę i prawa człowieka. "Kwestia turecka" to decyzja także polityczna: o przyjęciu kraju z pogranicza kontynentów i kultur, wręcz cywilizacji. To dla Unii pytanie, czym chce być: czy tak rozszerzyć swój charakter, że pewnego dnia jej obywatelami zostanie kilkadziesiąt milionów muzułmanów (nawet jeśli w większości zlaicyzowanych), a jej granice oprą się o Środkowy Wschód?
Tym bardziej, że stając się członkiem Unii powiedzmy w 2010 r., Turcja - licząc wtedy ok. 100 mln mieszkańców - stałaby się najbardziej wpływowym krajem na forum przyszłego Parlamentu Europejskiego (mającym najwięcej posłów). Zamiast pogłębiania integracji, Unia dokonałaby więc rozszerzenia o kraj, którego w tej chwili nie jest w stanie zintegrować - ani finansowo, ani politycznie.

Spory o Turcję

Nieprawdziwa jest teza - formułowana chętnie po Kopenhadze przez rozczarowanych tureckich polityków i komentatorów - że Unia odrzuca Turcję, bo jest "klubem chrześcijańskim"; że jest inaczej, dowodzi choćby niedawny spór o (bezskuteczne w efekcie) uwzględnienie w przyszłej konstytucji postulatów natury religijnej. Problemem nie jest to, że 95 proc. obywateli Turcji jest muzułmanami. Problemem nie jest aspekt religijny, lecz kulturowy.
Faktem jest, że od ponad 40 lat, od przyjęcia swej drugiej, republikańskiej konstytucji z 1961 r., Turcja określa się jako "świeckie, demokratyczne i socjalne państwo prawa". Faktem jest też, że kraj ten dokonał w swej nowoczesnej historii ogromnego skoku modernizacyjnego. To Atatürk, tworząc swoją nową Turcję na gruzach monarchii osmańskiej, rozdzielił ściśle państwo od religii, wprowadził alfabet łaciński na miejsce arabskiego i postanowił przekopiować z Europy to, co najlepsze, nadając krajowi prawa przepisane mechanicznie z ustaw takich państw jak Włochy, Niemcy czy Szwajcaria.
Ale faktem jest też, że demokracja to nie tylko litera prawa, ale także praktyka, również w formie demokratycznej kultury politycznej. Tego zaś w Turcji brakuje do dziś, podobnie jak formującego się dopiero cywilnego społeczeństwa obywatelskiego. Paradoksem jest, że na straży świeckości państwa stała zawsze armia, reagując ostro na wszelkie próby islamizacji życia publicznego, a realna władza wojskowej Rady Bezpieczeństwa Narodowego wkraczała w sfery na Zachodzie zastrzeżone dla cywilów i instytucji demokratycznych. Także po ostatnich wyborach, które wygrała partia o profilu umiarkowanie islamskim, a zarazem proeuropejskim, wojskowi tradycyjnie wezwali polityków nowego rządu do "pamiętania o dziedzictwie Atatürka".
W realiach tureckich słowa "islam" i "islamski" znaczą coś innego niż w krajach arabskich. Jak dotąd nie ma jednak gwarancji, że po ograniczeniu roli armii - tego strażnika demokracji i świeckości - oraz po podporządkowaniu jej instytucjom cywilnym nie nastąpi w Turcji (choćby na skutek złej sytuacji gospodarczej) proces reislamizacji, nie idący bynajmniej w kierunku jakiegoś tolerancyjnego i otwartego "islamu europejskiego".
Dylemat ma więc nie tylko Europa, ale także Turcja: Turcy - nawet jeśli są urażeni w ambicjach uznania ich za kraj zachodni i europejski - są świadomi, że dalsze reformy i modernizacja leżą w ich interesie. A przynajmniej świadome są tego władze. Niezależnie, czy i jak szybko Turcja znajdzie się w Unii. Bo jaka jest alternatywa? Zwłaszcza teraz, gdy na Bliskim i Środkowym Wschodzie zaczyna się nowe rozdanie, w którym Turcja nie odegra już kluczowej roli.

Pierwsi przegrani

Jeszcze jesienią 2002 r. - przed szczytem w Kopenhadze, a już po sukcesie Erdogana - Amerykanie ostro naciskali na Brukselę, aby powiedziała wreszcie Turcji "tak". Teraz, po dwukrotnym odrzuceniu przez turecki parlament (kierujący się i tym, że 90 proc. Turków było przeciwnych interwencji w Iraku) prośby Busha w sprawie baz dla idących na Husajna wojsk USA - popartej perspektywą wielomiliardowej pomocy gospodarczej - Turcy mają podstawy, aby się obawiać. Na przykład tego, czy Waszyngton nie przystopuje skłonności Międzynarodowego Funduszu Walutowego do udzielania Ankarze kolejnych kredytów.
Byłoby to fatalne dla kondycji tureckiej gospodarki i, w efekcie, dla premiera oraz aspiracji proeuropejskich. Warto pamiętać, że w czasie pierwszej wojny w Zatoce (1990-91) turecka gospodarka straciła ok. 45 mld dolarów; teraz straty mogą być również niemałe; np. obroty w branży turystycznej spadły w ostatnich tygodniach o 90 proc. A jeśli jesienią ub. r. tureccy wyborcy - rozczarowani sytuacją ekonomiczną - zmietli ze sceny politycznej dotychczasowe partie, wybierając formację Erdogana, to teoretycznie za kilka lat, gdy sytuacja gospodarcza będzie gorsza, mogą wybrać islamistów już nie umiarkowanych. I znowu zostanie jeden gwarant: armia.
Upadek reżimu talibów, rozmieszczenie baz amerykańskich w Afganistanie oraz w kilku byłych azjatyckich republikach ZSRR, umocnienie pozycji Stanów Zjednoczonych w Pakistanie, coraz wyraźniej formułowane przez administrację Busha pomysły na jakąś formę jeśli już nie demokratyzacji, to przynajmniej modernizacji Bliskiego i Środkowego Wschodu, a teraz powolny upadek reżimu Husajna - wszystko to sprawia, że Turcja przestaje być dla USA najważniejszym obok Izraela przyczółkiem w tym regionie świata.
Staje się już dziś przegranym tej wojny - obok dyktatora z Bagdadu, a także obok Francji, której prezydent pragnął być jeszcze niedawno "cesarzem wszystkich Europejczyków", i obok Niemiec, pogrążonych w pacyfistycznych utopiach, szkodliwych w efekcie dla pokoju (byli inspektorzy ONZ potwierdzili przecież w ostatnim wydaniu tygodnika "Die Zeit", że to postawa Niemiec i Francji uczyniła wojnę nie mniej, ale bardziej prawdopodobną).
Idąc w bój, żołnierz nie myśli o polityce, ale o strachu; o tym, co czeka go za chwilę. Skacząc w ciemność nad górami północnego Iraku, 18-letni spadochroniarze ze 173. Brygady nie myśleli, że dla politycznej "reorganizacji" Bliskiego i Środkowego Wschodu ich skok ma być może większe znaczenie, niż zmagania ich kolegów z 3. Dywizji Piechoty z burzą piaskową i gwardiami Husajna na przedpolach Bagdadu.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl