|
Amerykański desant w Kurdystanie dowodzi, że rozpoczęło się polityczne przetasowanie na Bliskim Wschodzie
Między Brukselą, Waszyngtonem i Bagdadem
Wojciech Pięciak
Poza Saddamem Husajnem mało kto na Bliskim i Środkowym Wschodzie ma dziś tak wiele do
stracenia jak Turcja. Operacja "Iracka wolność" i międzynarodowe spory
ostatnich tygodni pokazały Ankarze granice jej możliwości. Stały się też testem dla
pozycji tej jedynej islamskiej demokracji położonej geograficznie, gospodarczo i
kulturowo "między Zachodem a Arabią".
Gdyby nie zielona poświata zdjęć robionych przy pomocy noktowizora, można by sądzić,
że film, który telewizja CNN pokazała rankiem w miniony czwartek, to archiwalne ujęcia
z desantu spadochronowego, który 59 lat temu poprzedził lądowanie aliantów w
Normandii: rzędy objuczonych sprzętem żołnierzy, napięcie na twarzach, ludzie znikający
po kolei w ciemnym otworze drzwi samolotu...
Kurdyjski węzeł
Pokazane niemal na żywo lądowanie amerykańskich spadochroniarzy w górach północnego
Iraku nie było jednak tak dramatyczne, jak desant w Normandii. Żołnierze z amerykańskiej
173. Brygady Desantowej nie zostali ostrzelani, ale przyjęci z otwartymi ramionami przez
kurdyjskich partyzantów i przez rodaków z sił specjalnych, działających od wielu lat
na terenie niepodległego Kurdystanu, istniejącego od początku lat 90. quasi-państwa
wielkości Szwajcarii.
Państwa wprawdzie nie uznawanego przez świat, ale wolnego od władzy Husajna, mającego
własny parlament w Erbilu, premiera (Necirvana Barzaniego), 60-tysięczną armię i władze
samorządowe. I przyjaznego Ameryce, bo funkcjonującego dzięki cichej "opiece"
Amerykanów i Brytyjczyków, których lotnictwo - nadzorując w minionych latach
ONZ-owskie strefy zakazu lotów na północy i południu Iraku - zapobiegło powtórzeniu
się tego, co stało się 15 lat temu, w marcu 1988, gdy Husajn, zirytowany oporem
kurdyjskich powstańców, zezwolił swej Gwardii Republikańskiej na zagazowanie tysięcy
cywilów w mieście Halabdża, a potem w innych miejscach.
Lądowanie spadochroniarzy przebiegło spokojnie - i już następnego dnia na miejscowym
lotnisku lądował pierwszy amerykański samolot transportowy z ciężkim sprzętem, a po
nim kolejne. Co było o tyle proste, że pasy startowe kurdyjskich lotnisk w Harir (koło
Erbilu), w Bakrajo i pod Sulejmaniyah były w ostatnich tygodniach w pośpiechu wydłużane
przez Kurdów (i Amerykanów z sił specjalnych). Ci drudzy od lat mieli też dostarczać
tym pierwszym broni, choć tylko takiego rodzaju i w takiej ilości, by Kurdowie byli w
stanie - przy wsparciu lotnictwa USA - bronić się przed wojskami Husajna, ale aby byli
zarazem za słabi na zaatakowanie wojsk tureckich.
Skąd taka kalkulacja? Na pograniczu turecko-irackim (faktycznie turecko-kurdyjskim) nie
sprawdza się powiedzenie, że przyjaciel mojego przyjaciela jest moim przyjacielem. Od
1991 r. - kiedy na terenie północnego Iraku kolejne już powstanie Kurdów skończyło
się sukcesem, inaczej niż stłumione powstanie szyitów na południu - Amerykanie,
wspierając wolnych Kurdów przeciw Husajnowi, znajdowali się między młotem a kowadłem.
Inaczej mówiąc, między Kurdami, których poparcie ułatwi dziś zajęcie strategicznych
pól naftowych pod Mosulem i Kirkukiem oraz podejście pod Bagdad od północy - a Turcją.
Od wejścia do NATO w 1952 r., Ankara była wprawdzie "strategicznym partnerem"
USA, ale wizja niepodległego państwa kurdyjskiego zawsze była dla niej nie do przyjęcia.
Okazało się jednak, że choć lądowanie 173. Brygady - i późniejsze przerzucanie
oddziałów koalicji "mostem powietrznym" do północnego Iraku - jest kłopotliwe
z technicznego i wojskowego punktu widzenia, to politycznie Amerykanie nie wyszli źle na
tym, że turecki parlament dwukrotnie odrzucał prośbę własnego premiera Recepa Tayyipa
Erdogana (wspieranego gorąco przez dowództwo armii) o zgodę na stacjonowanie w Turcji
60-tysięcznego korpusu amerykańskiego. Jego to zadaniem miało być pierwotnie uderzenie
na Husajna od północy.
Płacz tureckiego generała
Obawiając się aliansu amerykańsko-kurdyjskiego i powstania państwa kurdyjskiego z
prawdziwego zdarzenia, Turcy nie ukrywali wcześniej, że chcą wkroczyć do Iraku ramię
w ramię z amerykańską 4. Dywizją Piechoty. Nie po to jednak, by wspomóc natarcie tej
najnowocześniejszej jednostki US Army (nazwy jednostek amerykańskich - dywizji
pancernej, zmechanizowanej czy piechoty - mają charakter tradycyjny i nie oddają stanu
rzeczy; w istocie każda jest jednostką pancerno-zmotoryzowaną; wyjątkowość 4.
Dywizji polega na tym, że jest "opleciona" cyfrowym systemem, integrującym
satelitarne i naziemne rozpoznanie przeciwnika i dowodzenie - co sprawia, że dowódca każdego
z kilkuset czołgów i wozów pancernych 4. Dywizji ma komputer, na którym może śledzić
pole bitwy).
Turkom chodziło o zneutralizowanie irackich Kurdów. Bo wprawdzie po rozwiązaniu
partyzantki Partii Pracy Kurdystanu PKK (a raczej przejściu jej resztek na iracką stronę
granicy) oraz liberalizacji w tureckiej polityce wobec "swoich" Kurdów w
ostatnich latach - wymuszonej także przez Unię Europejską - w 13 tureckich prowincjach,
zamieszkanych przez mniejszość kurdyjską, od 1999 r. panuje spokój. Ale powstanie państwa
kurdyjskiego na terenie Iraku może na nowo rozbudzić aspiracje całego tego narodu,
rozsianego dziś między Turcję, Irak, Iran i Syrię.
Dlatego tuż przed lądowaniem 173. Brygady i Amerykanie, i Unia Europejska (w tym wypadku
wyjątkowo jednym głosem) zastosowali wobec Turków politykę "kija i
marchewki". Ze szczerością jak na dyplomację niezwykłą przestrzegali przed
wkroczeniem do Iraku. Komisarz UE ds. rozszerzenia Günter Verheugen mówił wprost, że
wejście do Kurdystanu pogrzebie szanse Turcji na otwarcie negocjacji członkowskich z Unią
w 2005 r. Równocześnie Unia zwiększyła dwukrotnie w ubiegłym tygodniu pomoc
ekonomiczną dla chwiejącej się tureckiej gospodarki. Amerykanie nie byli tak hojni: nie
tylko generałowie, nawet Colin Powell ostrzegł, że w Kurdystanie między Turkami a
Amerykanami może dojść do... walk.
Turcy ustąpili. W minioną środę szef sztabu armii, gen. Hilmi Özkök, wystąpił w
sztabie pogranicznego 7. Korpusu w Dijarbakir, w południowo-wschodniej Anatolii, z
niezwykłym oświadczeniem politycznym. Zwykle pewny siebie generał - stojący na czele
instytucji, która w przeszłości pokazywała, że broniąc świeckiej republiki (istniejącej
od 1923 r.) i tradycji jej założyciela, Mustafy Kamala Paszy Atatürka, może obalać
wybrane demokratycznie rządy, jak w 1960, 1971, a ostatnio w 1980 r., co groziło już
wojną domową - otóż ten człowiek, ze łzami w oczach (jak relacjonował dziennikarz
"Neue Zürcher Zeitung") zadeklarował, iż wbrew swym chęciom Turcja nie
stworzy w Iraku wymarzonej "strefy buforowej", a wszelkie kroki będzie
"uzgadniać ze strategicznym partnerem, USA". Mówił to nie premier, ale
wojskowy!
Aliancki "drugi front"
Kilka godzin później transportowce ze stacjonującej w czasie pokoju we Włoszech 173.
Brygady przeleciały nad terytorium Turcji, kierując się na lądowiska, gdzie czekali już
kurdyjscy powstańcy. Węzeł gordyjski został przecięty. Turcja, aspirująca do roli
regionalnego mocarstwa, zaczęła schodzić ze sceny. Czy w podobnie ostateczny sposób,
jak kiedyś Imperium Osmańskie?
Nawet jeśli analogia historyczna jest przedwczesna, turecki generał miał powody do
histerii. Otwarcie przez aliancką koalicję frontu północnego przeciw Husajnowi ma
znaczenie tyleż militarne, co polityczne. Można je określić nawet najważniejszym
wydarzeniem od początku trwającej już drugi tydzień operacji "Iracka wolność".
Albo przynajmniej równie ważnym, co dwa dotychczasowe sukcesy aliantów.
Bo chociaż chyba wszyscy, którzy wojnę tę oglądają za pośrednictwem telewizji, mogą
mieć wrażenie chaosu i szumu informacyjnego - być może zresztą zamierzonego przez dowództwo
alianckie: w końcu ludzie Husajna zapewne też oglądają bez przerwy telewizję... - to
wojskowi izraelscy, bez wątpienia znający się na rzeczy, zapewniają (w dzienniku
"Haaretz" z 25 marca), że operacja aliancka rozwija się pomyślniej, niż sądzić
można z relacji telewizyjnych.
Po pierwsze, pola naftowe na południu Iraku zajęto nienaruszone (co by się stało,
gdyby Husajn je podpalił, wiadomo z operacji "Pustynna Burza": kuwejckie szyby
płonęły miesiącami). Po drugie, szybkie opanowanie (poza pojedynczymi ogniskami oporu,
np. w Basrze) południowego Iraku, zamieszkałego przez niechętnych Husajnowi szyitów,
pozwoliło aliantom na zajęcie dogodnych pozycji w dolinie Eufratu i Tygrysu.
Wstrzymanie marszu na Bagdad może być świadome: może chodzić o to, argumentują
izraelscy generałowie, aby decydującą bitwę z wiernymi Husajnowi paroma dywizjami
Gwardii Republikańskiej - jedynymi mającymi wartość militarną - stoczyć na równinie
przed Bagdadem, a nie spychać ich do miasta, co by wymusiło krwawy (zwłaszcza dla cywilów)
szturm stolicy.
To może wyglądać na paradoks: aż do lądowania w Kurdystanie to właśnie Turcja, dotąd
wiarygodny partner USA i stabilizator polityki bezpieczeństwa w regionie, okazała się
nagle czynnikiem wysokiego ryzyka w operacji "Iracka wolność".
Ale nie tylko dlatego Turcja może okazać się wielkim przegranym tego konfliktu - i to
pod wieloma względami, bo także jako kraj aspirujący do Unii Europejskiej.
Ambicje i realia
40 lat mija, odkąd Turcja została krajem stowarzyszonym z ówczesną Europejską Wspólnotą
Gospodarczą i 16 lat, od kiedy złożyła wniosek o członkostwo. Rozpatrzony odmownie:
oficjalnie Unia nie mówi Turcji "nie", ale odmawia negocjacji członkowskich,
które, raz zaczęte, kiedyś muszą się skończyć. Także podczas szczytu w Kopenhadze
(grudzień 2002) Turkom nie udało się uzyskać nic więcej ponad obietnicę, że pod
koniec 2004 r. Unia rozważy, czy nie rozpocząć negocjacji z Ankarą w 2005 r. Tymczasem
zwycięzca listopadowych wyborów parlamentarnych Erdogan - nowy "silny człowiek"
Turcji (wtedy przewodniczący Partii Sprawiedliwości i Rozwoju, a od marca premier) -
naciskał, by negocjacje zaczęły się jeszcze w bieżącym roku. Argumentując, że
perspektywa ta zachęci rząd do dalszych proeuropejskich reform.
Kopenhaga stała się natomiast w wielu krajach Europy okazją do wymiany - po raz który
z kolei? - opinii między zwolennikami i przeciwnikami członkostwa Turcji. Po raz kolejny
powtarzano argumenty "za" i "przeciw": geograficzne (że po
rozszerzeniu o Turcję granice Unii sięgną Syrii, Iraku, Gruzji i Iranu), historyczne,
kulturowe, ekonomiczne i polityczne.
Teoretycznie "turecki dylemat" jest prosty: warunki wejścia jakiegoś kraju do
Unii są jasne i nikt nie może - jak Turcja w minionych dziesięcioleciach na forum Rady
Europy - domagać się dla siebie specjalnego statusu. Jednak pytanie o członkostwo
Turcji w UE ma charakter inny niż w przypadku Polski - nawet jeśli tym, co łączy oba
kraje z perspektywy Unii, jest konieczność reformy rolnictwa i wielkich na to wydatków.
Demokracja, poszanowanie praw człowieka i obywatela, w tym praw mniejszości, państwo
prawa - w tych kwestiach Turcja nie odpowiada ciągle standardom Unii. Owszem, czyni postępy.
Ale niekonsekwentnie: raz np. liberalizując politykę wobec Kurdów, to znów ją
zaostrzając i delegalizując nagle w minionym tygodniu jedną z dwóch partii mniejszości
kurdyjskiej, która w prowincjach zamieszkanych przez Kurdów obsadza władze samorządowe,
a w ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych zebrała tam połowę głosów (do
parlamentu w Ankarze jednak nie weszła, bo nie przekroczyła wysokiej bariery 10 proc. głosów,
którą przewiduje turecka ordynacja).
Także pod względem gospodarczym Turcja nie odpowiada standardom Unii. Gdyby dziś weszła
do wspólnoty, stałaby się od razu największym beneficjentem funduszy unijnych (rzędu,
wedle różnych danych, od ośmiu do 20 miliardów euro rocznie). Do tego trzeba by dodać
wydatki na stabilizowanie tureckiej gospodarki, która w 2002 r. odnotowała 58-procentową
inflację (przeciętna w Unii: 2,3 proc.).
Ale chodzi nie tylko o prawo, gospodarkę i prawa człowieka. "Kwestia turecka"
to decyzja także polityczna: o przyjęciu kraju z pogranicza kontynentów i kultur, wręcz
cywilizacji. To dla Unii pytanie, czym chce być: czy tak rozszerzyć swój charakter, że
pewnego dnia jej obywatelami zostanie kilkadziesiąt milionów muzułmanów (nawet jeśli
w większości zlaicyzowanych), a jej granice oprą się o Środkowy Wschód?
Tym bardziej, że stając się członkiem Unii powiedzmy w 2010 r., Turcja - licząc wtedy
ok. 100 mln mieszkańców - stałaby się najbardziej wpływowym krajem na forum przyszłego
Parlamentu Europejskiego (mającym najwięcej posłów). Zamiast pogłębiania integracji,
Unia dokonałaby więc rozszerzenia o kraj, którego w tej chwili nie jest w stanie
zintegrować - ani finansowo, ani politycznie.
Spory o Turcję
Nieprawdziwa jest teza - formułowana chętnie po Kopenhadze przez rozczarowanych
tureckich polityków i komentatorów - że Unia odrzuca Turcję, bo jest "klubem
chrześcijańskim"; że jest inaczej, dowodzi choćby niedawny spór o (bezskuteczne
w efekcie) uwzględnienie w przyszłej konstytucji postulatów natury religijnej.
Problemem nie jest to, że 95 proc. obywateli Turcji jest muzułmanami. Problemem nie jest
aspekt religijny, lecz kulturowy.
Faktem jest, że od ponad 40 lat, od przyjęcia swej drugiej, republikańskiej konstytucji
z 1961 r., Turcja określa się jako "świeckie, demokratyczne i socjalne państwo
prawa". Faktem jest też, że kraj ten dokonał w swej nowoczesnej historii ogromnego
skoku modernizacyjnego. To Atatürk, tworząc swoją nową Turcję na gruzach monarchii
osmańskiej, rozdzielił ściśle państwo od religii, wprowadził alfabet łaciński na
miejsce arabskiego i postanowił przekopiować z Europy to, co najlepsze, nadając krajowi
prawa przepisane mechanicznie z ustaw takich państw jak Włochy, Niemcy czy Szwajcaria.
Ale faktem jest też, że demokracja to nie tylko litera prawa, ale także praktyka, również
w formie demokratycznej kultury politycznej. Tego zaś w Turcji brakuje do dziś, podobnie
jak formującego się dopiero cywilnego społeczeństwa obywatelskiego. Paradoksem jest,
że na straży świeckości państwa stała zawsze armia, reagując ostro na wszelkie próby
islamizacji życia publicznego, a realna władza wojskowej Rady Bezpieczeństwa Narodowego
wkraczała w sfery na Zachodzie zastrzeżone dla cywilów i instytucji demokratycznych.
Także po ostatnich wyborach, które wygrała partia o profilu umiarkowanie islamskim, a
zarazem proeuropejskim, wojskowi tradycyjnie wezwali polityków nowego rządu do
"pamiętania o dziedzictwie Atatürka".
W realiach tureckich słowa "islam" i "islamski" znaczą coś innego
niż w krajach arabskich. Jak dotąd nie ma jednak gwarancji, że po ograniczeniu roli
armii - tego strażnika demokracji i świeckości - oraz po podporządkowaniu jej
instytucjom cywilnym nie nastąpi w Turcji (choćby na skutek złej sytuacji gospodarczej)
proces reislamizacji, nie idący bynajmniej w kierunku jakiegoś tolerancyjnego i
otwartego "islamu europejskiego".
Dylemat ma więc nie tylko Europa, ale także Turcja: Turcy - nawet jeśli są urażeni w
ambicjach uznania ich za kraj zachodni i europejski - są świadomi, że dalsze reformy i
modernizacja leżą w ich interesie. A przynajmniej świadome są tego władze. Niezależnie,
czy i jak szybko Turcja znajdzie się w Unii. Bo jaka jest alternatywa? Zwłaszcza teraz,
gdy na Bliskim i Środkowym Wschodzie zaczyna się nowe rozdanie, w którym Turcja nie
odegra już kluczowej roli.
Pierwsi przegrani
Jeszcze jesienią 2002 r. - przed szczytem w Kopenhadze, a już po sukcesie Erdogana -
Amerykanie ostro naciskali na Brukselę, aby powiedziała wreszcie Turcji "tak".
Teraz, po dwukrotnym odrzuceniu przez turecki parlament (kierujący się i tym, że 90
proc. Turków było przeciwnych interwencji w Iraku) prośby Busha w sprawie baz dla idących
na Husajna wojsk USA - popartej perspektywą wielomiliardowej pomocy gospodarczej - Turcy
mają podstawy, aby się obawiać. Na przykład tego, czy Waszyngton nie przystopuje skłonności
Międzynarodowego Funduszu Walutowego do udzielania Ankarze kolejnych kredytów.
Byłoby to fatalne dla kondycji tureckiej gospodarki i, w efekcie, dla premiera oraz
aspiracji proeuropejskich. Warto pamiętać, że w czasie pierwszej wojny w Zatoce
(1990-91) turecka gospodarka straciła ok. 45 mld dolarów; teraz straty mogą być również
niemałe; np. obroty w branży turystycznej spadły w ostatnich tygodniach o 90 proc. A jeśli
jesienią ub. r. tureccy wyborcy - rozczarowani sytuacją ekonomiczną - zmietli ze sceny
politycznej dotychczasowe partie, wybierając formację Erdogana, to teoretycznie za kilka
lat, gdy sytuacja gospodarcza będzie gorsza, mogą wybrać islamistów już nie
umiarkowanych. I znowu zostanie jeden gwarant: armia.
Upadek reżimu talibów, rozmieszczenie baz amerykańskich w Afganistanie oraz w kilku byłych
azjatyckich republikach ZSRR, umocnienie pozycji Stanów Zjednoczonych w Pakistanie, coraz
wyraźniej formułowane przez administrację Busha pomysły na jakąś formę jeśli już
nie demokratyzacji, to przynajmniej modernizacji Bliskiego i Środkowego Wschodu, a teraz
powolny upadek reżimu Husajna - wszystko to sprawia, że Turcja przestaje być dla USA
najważniejszym obok Izraela przyczółkiem w tym regionie świata.
Staje się już dziś przegranym tej wojny - obok dyktatora z Bagdadu, a także obok
Francji, której prezydent pragnął być jeszcze niedawno "cesarzem wszystkich
Europejczyków", i obok Niemiec, pogrążonych w pacyfistycznych utopiach,
szkodliwych w efekcie dla pokoju (byli inspektorzy ONZ potwierdzili przecież w ostatnim
wydaniu tygodnika "Die Zeit", że to postawa Niemiec i Francji uczyniła wojnę
nie mniej, ale bardziej prawdopodobną).
Idąc w bój, żołnierz nie myśli o polityce, ale o strachu; o tym, co czeka go za chwilę.
Skacząc w ciemność nad górami północnego Iraku, 18-letni spadochroniarze ze 173.
Brygady nie myśleli, że dla politycznej "reorganizacji" Bliskiego i Środkowego
Wschodu ich skok ma być może większe znaczenie, niż zmagania ich kolegów z 3. Dywizji
Piechoty z burzą piaskową i gwardiami Husajna na przedpolach Bagdadu.
|