|
Śmierć Zorana Djindjicia jest dla demokratycznej Serbii stratą - i przestrogą
Diabelska alternatywa
Wojciech Stanisławski
Po zamachu na premiera Serbii odżyły reguły kompozycji trenów. "Śmierć
Djindjicia okryła żałobą całą europejską demokrację. Był on Serbem i
Europejczykiem w najlepszym sensie tych słów" - deklarował redaktor największego
dziennika w Polsce. "Serbia nie była Ciebie warta!" - wtórowali belgradzcy
internauci. Światowe media porównywały Djindjicia z również zabitym przez snajpera
prezydentem Johnem F. Kennedym. Nie wydaje się jednak, by porównanie to było do końca
zasadne.
Metafora o serbskim JFK zrobiła tak błyskawiczną karierę, że podczas pogrzebu na
belgradzkim cmentarzu kamerzyści tratowali okoliczne groby, by podejrzeć, czy syn
Zorana, Luka, wzorem małego Johna w Arlington odda wojskowe honory trumnie ze zwłokami
ojca.
Pomnik trwalszy od spiżu?
Ta stylizacja nie skończyła się wraz z pogrzebem. Rady miejskie zdążyły już nadać
imię Zorana Djindjicia ulicom w Kragujevcu i w Niszu, stołecznemu lotnisku i dwóm
placom; zbiórka środków na pomniki i popiersia trwa w najlepsze w Wojwodinie i w
Belgradzie. W relacjach z pogrzebu, który odbył się 15 marca, co i raz pojawiała się
fraza "największy serbski pogrzeb od dwudziestu lat". W tle pobrzmiewała
nostalgia za "tamtą uroczystością" - złożeniem do grobu Marszałka Tito w
roku 1980.
W serbskiej tradycji politycznej mieści się zarówno słabość do królobójstwa (w ciągu
półtora wieku nowożytnej, monarchicznej Serbii zginęło w zamachach czterech władców
zasiadających na tronie w Belgradzie), jak skłonność do "świeckiej
beatyfikacji" wodzów narodu, którzy oddali życie za Sprawę. Mit ofiary złożonej
przez wodza, który zrodził się po śmierci cara Lazara, dowodzącego serbskimi wojskami
podczas bitwy na Kosowym Polu, był od tego czasu wielokrotnie przywoływany i
przetwarzany. Byłoby ironią historii, gdyby Djindjić, który zyskał przychylność
Zachodu jako "najbardziej proeuropejski polityk serbski", zjednał sobie opinię
pragmatyka i technokraty i którego stosunek do serbskiej Cerkwi i tradycji był, mówiąc
oględnie, powściągliwy, został teraz uznany za najnowsze wcielenie tego mitu.
Tymczasem wcale nie jest to nieprawdopodobne. Takie zapotrzebowanie wydaje się być
znaczne zarówno wśród "prostego ludu", jak towarzyszy partyjnych byłego
premiera, którzy chętnie rośliby w jego monumentalnym cieniu.
De mortuis nil nisi bene. Za wcześnie też na szkicowanie ostatecznego portretu
pierwszego niekomunistycznego premiera powojennej Serbii. Nie znaczy to jednak, że w imię
politycznego sentymentalizmu nie warto analizować okoliczności, które doprowadziły do
jego śmierci: pozycji mafii i wiernych Miloševiciowi służb specjalnych w wolnej Serbii
oraz roli Djindjicia w zachowaniu tego stanu rzeczy przez demokratyczne lata.
Państwo jako klient mafii
Lawinowego wzrostu przestępczości doświadczyły wszystkie kraje postkomunistyczne.
Nigdzie jednak nie osiągnął on takiego poziomu jak w Serbii. Ostentacja, z jaką po
ulicach miast przechadzali się "żołnierze" gangów z ledwie ukrytą bronią,
oskarżenia wobec najwyżej postawionych osób w państwie - i brak jakiejkolwiek na nie
reakcji! - wydawały się usprawiedliwiać tezę, że w Serbii to nie państwo ma trudności
z uporaniem się z mafią, lecz mafia łaskawie toleruje aparat państwowy.
Tak wielkiej przestępczości jak serbska, nie sposób wytłumaczyć tylko słabością
policji, wyniesioną z komunizmu nieufnością obywateli wobec państwa, korupcją na
szczeblu stójkowego. Dowodem choćby skala przestępstw. Na obrobienie samochodu przymknąć
może oko starszy posterunkowy; na funkcjonowanie w centrum Belgradu dwóch fabryk
narkotyków (zajętych w lutym przy pomocy amerykańskich ekspertów z D.E.A. - wydziału
ds. narkotyków) zgodzić się musi ktoś znacznie wyżej.
Trzy tygodnie po zabójstwie premiera wiadomo już z mediów o rywalizacji dwóch
"klanów" z podbelgradzkich miast Surczin i Zemun, o tym, że oba miały wysoko
postawionych protektorów, jak o tym, że ich liderzy wywodzili się z szeregów
"Czerwonych Beretów" - policyjnej jednostki ds. operacji specjalnych (JSO). 25
marca aresztowano domniemanego zabójcę premiera, Zvezdana Jovanovicia, który w przeszłości
pełnił funkcję zastępcy dowódcy JSO. Jednostkę natychmiast rozwiązano, a dwa dni później
w policyjnej obławie zginęli uważani za mocodawców zamachu przywódcy klanu z Zemunu,
Milorad Luković "Legija" i Dušan Spasojević. "Legija" zdążył być
w latach 90. założycielem i pierwszym dowódcą "Czerwonych Beretów". Tym
samym uwiarygodniła się teza, że za zabójstwem premiera stała wywodząca się ze służb
specjalnych mafia.
Tych rewelacji będzie więcej. Tajemnicą poliszynela było przyznanie przez rząd
najbardziej dochodowych kontraktów (budowa transeuropejskiej magistrali E-10) ludziom z
konkurencyjnego wobec "Zemunu" klanu. Do myślenia dają listy tymczasowo
zatrzymanych: choć przeważają na nich "żołnierze" mafii z prowincji (rygory
stanu wyjątkowego ośmieliły policję do rozprawienia się z wieloma powiatowymi watażkami),
to znalazł się wśród nich również zastępca prokuratora generalnego, który przyznał
się do współpracy z mafią. Pod tym samym zarzutem zatrzymano kilkunastu sędziów i
prokuratorów okręgowych.
To już nie Chicago; jest znacznie gorzej. Djindjić zdawał sobie sprawę z rozwoju
relacji państwo-mafia po roku 2000 i był wobec niego bezradny: demokratycznie wybrany rząd
kontrolował jedynie kilkaset metrów kwadratowych swej siedziby, reszta kraju zaś
kontrolowana była przez prokuratorów, policjantów i poborców podatkowych, którym
pensje płacił "Zemun". Nie brzmi to zbyt spiżowo.
Mocno faustowski układ
Jesienią 2000 r., po sfałszowaniu przez Miloševicia wyników wyborów, opozycja
zdecydowała się na wezwanie obywateli do masowej demonstracji 5 października. Tym samym
brała na siebie ogromną odpowiedzialność. Jeśli wierne dyktatorowi jednostki
policyjne - przede wszystkim najsprawniejsze w walkach ulicznych "Czerwone
Berety" - zdecydowałyby się otworzyć ogień, w Belgradzie doszłoby do masakry.
Liderzy demokratycznej koalicji starali się zrobić wszystko, by temu zapobiec.
Kluczowa dla rozwoju wydarzeń okazała się inicjatywa Djindjicia. Nie sposób już dojść,
czy architektem porozumienia z resortami siłowymi stał się on ze względu na posiadane
kontakty, czy zadecydował przypadek, czy też, jako zdeklarowanemu pragmatykowi, którego
najbliżsi współpracownicy nazywali z szacunkiem "serbskim Machiavellim", to
jemu najłatwiej przyszło wziąć na siebie ciężar kompromisu. Faktem jest, że to
Djindjić spotkał się w wigilię demonstracji z ówczesnym dowódcą "Czerwonych
Beretów" - Lukoviciem "Legiją". Udali się na przejażdżkę opancerzonym
jeepem "Legiji", w czasie której zawarli pakt o nieagresji. Trzeba trafu, że
spotkanie ustalono na niewielkiej uliczce w centrum Belgradu, w zaułku admirała Geprata,
u wejścia do budynku, z którego w dwa i pół roku później oddano strzały do
premiera.
Szczegóły znamy z relacji jego uczestników, zamieszczonej w belgradzkim bestsellerze
"Piąty października. Dwadzieścia cztery godziny przewrotu", autorstwa Dragana
Bujoszevicia i Ivana Radovanovicia. "Najbardziej obawiałem się "Czerwonych
Beretów" - wyznał dziennikarzom Djindjić - Kiedy "Legija" obiecał mi,
że z ich strony nie muszę obawiać się interwencji, kamień spadł mi z serca".
Faustowska piękna chwila trwała: Milošević podał się do dymisji, Serbia wróciła do
Europy. Rywalizujące ośrodki władzy - gabinety prezydenta Koštunicy i premiera
Djindjicia - podzieliły się wpływami: pierwszy wziął pod opiekę armię i kontrwywiad
wojskowy, drugi - policję i cywilne służby specjalne. Tylko kto tak naprawdę wziął
kogo pod swoje skrzydła...?
Wojna dwuletnia
Idylliczne relacje między "Czerwonymi Beretami" a rządem zaczęły się psuć
w lecie 2001 r., kiedy obdarzony mołojecką fantazją "Legija" puścił z dymem
modną dyskotekę, inną zaś potraktował jako strzelnicę. W czerwcu został zwolniony z
funkcji komendanta JSO, nadal jednak, jako wysokiemu funkcjonariuszowi państwa, przysługiwała
mu ochrona. Pół roku później "Czerwone Berety" zagroziły rządowi buntem,
sprzeciwiając się aresztowaniu dwóch oficerów ściganych przez Trybunał Haski. Wówczas
wystarczyła perswazja premiera i zmiana na stanowisku dowódcy: w tym samym czasie zastępcą
komendanta cywilnych służb specjalnych został przyjaciel i wychowanek
"Legiji", Milorad Bracanović. Wysoki rangą oficer wywiadu płk Gavrilović, który
10 sierpnia 2001 r. spotkał się z prezydentem Koštunicą, by poinformować go o
"nieprawidłowościach", został zastrzelony dwie godziny po spotkaniu. Wniosek
o powołanie w tej sprawie specjalnej komisji śledczej, złożony w parlamencie przez
partię Koštunicy, został odrzucony głosami ugrupowania Djindjicia.
Podobnie toczył się w Serbii rok 2002. Nieznani sprawcy zamordowali m.in. b. komendanta
policji, ginęli kolejni świadkowie koronni, zdominowany przez prorządową koalicję
parlament nie był w stanie uchwalić ustawy o zwalczaniu przestępczości zorganizowanej,
minister policji obiecywał wytępienie mafii, a ludzie - zwłaszcza ci z Zemunu i
Surczina - żyli dostatniej. Uwagę analityków zwracał fakt, że podczas gdy klan z
Surczina starał się legalizować swoje interesy - zakładano kolejne przedsiębiorstwa
budowlane, kasyna i firmy reklamowe - ludzie "Zemunu" pozostawali wierni swej
pierwotnej specjalizacji: porwaniom, zabójstwom na zlecenie i hurtowym przemytem narkotyków.
Faustowski pakt sprawiał, że czuli się bezkarnie.
Jesienią 2002 r. zaczęła się wojna klanów. W styczniu 2003 r. parlament przyjął
wreszcie ustawy pozwalające na zwalczanie przestępczości zorganizowanej; rząd
zdymisjonował dotychczasowe kierownictwo wywiadu. W tym czasie Djindjić pozbył się
konkurentów na scenie politycznej: mandat prezydenta Koštunicy skończył się z końcem
Jugosławii, b. wicepremier Labus przeżuwał porażkę w wyborach prezydenckich, a
najwybitniejsi politycy koalicji rządowej przeszli do władz nowej federacji Serbii i
Czarnogóry. "Kanclerz Djindjić" - w poczuciu władzy lub desperacji -
zdecydował się zapanować nad mafią. Zbyt późno.
"Juliusz Cezar" czy "Chinatown"?
Zamach na głowę rządu zawsze jest wydarzeniem dramatycznym. Nie sposób, by nie poruszała
bezbronność cywila wobec zamaskowanego snajpera. Wiele osób, w tym Przewodnicząca
Trybunału ds. Zbrodni Wojennych w b. Jugosławii, Carla del Ponte, usiłowało przestrzec
premiera Serbii przed zagrożeniami, na jakie się wystawiał.
A jednak zamach na Zorana Djindjicia to nie Idy Marcowe. Świadczy o tym zarówno historia
ostatnich dwóch lat, jak ostatnich dwóch tygodni. Od 13 marca władze Serbii zatrzymały
ponad 3 tys. osób - większość w ciągu pięciu dni po zamachu. Świadczy to albo o
niewiarygodnej sprawności operacyjnej (podwładni ministra Mihajlovicia dotąd nie
dostarczali zbyt wielu jej dowodów), albo o tym, że wiele tropów znanych było już
wcześniej, a na przeszkodzie w walce z przestępczością zorganizowaną nie stała
niekompetencja, lecz świadoma decyzja. Nadal zatrzymywane są przede wszystkim osoby związane
z klanem z Zemunu; ich rywale pozostają bezkarni. Nie słychać też o jakichkolwiek
dymisjach w policji. Również wydarzenia z 28 marca, zamykające, jak się wydaje, obecny
akt dramatu - "zastrzelenie przy próbie ucieczki" dwóch głównych mocodawców
zamachu, Lukovicia "Legiji" i Dušana Spasojevicia, którzy mogli powiedzieć
najwięcej o kontrakcie zawartym w październiku roku 2000 i jego konsekwencjach dla
Serbii - kojarzą się nie z szekspirowską tragedią, lecz z cinema noir. Biorąc pod
uwagę rodowód trzęsącej Serbią mafii i służb specjalnych - rouge et noir.
Doświadczenie "paktowania z diabłem" w imię bezkrwawej transformacji
ustrojowej jest wspólne dla całej Europy postkomunistycznej - w Polsce usiłowała je
opisywać prof. Jadwiga Staniszkis. Wkrótce przed podobnym doświadczeniem staną, być
może, administratorzy wolnego od Saddama Iraku, zmuszeni odwołać się do kompetencji
lokalnych aparatczyków partii Baas. Nigdzie jednak cena, jaką płaci się za faustowski
kontrakt, nie została ukazana wyraźniej niż w Serbii.
WOJCIECH STANISŁAWSKI jest analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich, stale współpracuje
z "TP".
|