adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 14 (2804)
6 kwietnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Michał Komar
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Śmierć Zorana Djindjicia jest dla demokratycznej Serbii stratą - i przestrogą


Diabelska alternatywa

Wojciech Stanisławski


Po zamachu na premiera Serbii odżyły reguły kompozycji trenów. "Śmierć Djindjicia okryła żałobą całą europejską demokrację. Był on Serbem i Europejczykiem w najlepszym sensie tych słów" - deklarował redaktor największego dziennika w Polsce. "Serbia nie była Ciebie warta!" - wtórowali belgradzcy internauci. Światowe media porównywały Djindjicia z również zabitym przez snajpera prezydentem Johnem F. Kennedym. Nie wydaje się jednak, by porównanie to było do końca zasadne.

Metafora o serbskim JFK zrobiła tak błyskawiczną karierę, że podczas pogrzebu na belgradzkim cmentarzu kamerzyści tratowali okoliczne groby, by podejrzeć, czy syn Zorana, Luka, wzorem małego Johna w Arlington odda wojskowe honory trumnie ze zwłokami ojca.

Pomnik trwalszy od spiżu?

Ta stylizacja nie skończyła się wraz z pogrzebem. Rady miejskie zdążyły już nadać imię Zorana Djindjicia ulicom w Kragujevcu i w Niszu, stołecznemu lotnisku i dwóm placom; zbiórka środków na pomniki i popiersia trwa w najlepsze w Wojwodinie i w Belgradzie. W relacjach z pogrzebu, który odbył się 15 marca, co i raz pojawiała się fraza "największy serbski pogrzeb od dwudziestu lat". W tle pobrzmiewała nostalgia za "tamtą uroczystością" - złożeniem do grobu Marszałka Tito w roku 1980.
W serbskiej tradycji politycznej mieści się zarówno słabość do królobójstwa (w ciągu półtora wieku nowożytnej, monarchicznej Serbii zginęło w zamachach czterech władców zasiadających na tronie w Belgradzie), jak skłonność do "świeckiej beatyfikacji" wodzów narodu, którzy oddali życie za Sprawę. Mit ofiary złożonej przez wodza, który zrodził się po śmierci cara Lazara, dowodzącego serbskimi wojskami podczas bitwy na Kosowym Polu, był od tego czasu wielokrotnie przywoływany i przetwarzany. Byłoby ironią historii, gdyby Djindjić, który zyskał przychylność Zachodu jako "najbardziej proeuropejski polityk serbski", zjednał sobie opinię pragmatyka i technokraty i którego stosunek do serbskiej Cerkwi i tradycji był, mówiąc oględnie, powściągliwy, został teraz uznany za najnowsze wcielenie tego mitu. Tymczasem wcale nie jest to nieprawdopodobne. Takie zapotrzebowanie wydaje się być znaczne zarówno wśród "prostego ludu", jak towarzyszy partyjnych byłego premiera, którzy chętnie rośliby w jego monumentalnym cieniu.
De mortuis nil nisi bene. Za wcześnie też na szkicowanie ostatecznego portretu pierwszego niekomunistycznego premiera powojennej Serbii. Nie znaczy to jednak, że w imię politycznego sentymentalizmu nie warto analizować okoliczności, które doprowadziły do jego śmierci: pozycji mafii i wiernych Miloševiciowi służb specjalnych w wolnej Serbii oraz roli Djindjicia w zachowaniu tego stanu rzeczy przez demokratyczne lata.

Państwo jako klient mafii

Lawinowego wzrostu przestępczości doświadczyły wszystkie kraje postkomunistyczne. Nigdzie jednak nie osiągnął on takiego poziomu jak w Serbii. Ostentacja, z jaką po ulicach miast przechadzali się "żołnierze" gangów z ledwie ukrytą bronią, oskarżenia wobec najwyżej postawionych osób w państwie - i brak jakiejkolwiek na nie reakcji! - wydawały się usprawiedliwiać tezę, że w Serbii to nie państwo ma trudności z uporaniem się z mafią, lecz mafia łaskawie toleruje aparat państwowy.
Tak wielkiej przestępczości jak serbska, nie sposób wytłumaczyć tylko słabością policji, wyniesioną z komunizmu nieufnością obywateli wobec państwa, korupcją na szczeblu stójkowego. Dowodem choćby skala przestępstw. Na obrobienie samochodu przymknąć może oko starszy posterunkowy; na funkcjonowanie w centrum Belgradu dwóch fabryk narkotyków (zajętych w lutym przy pomocy amerykańskich ekspertów z D.E.A. - wydziału ds. narkotyków) zgodzić się musi ktoś znacznie wyżej.
Trzy tygodnie po zabójstwie premiera wiadomo już z mediów o rywalizacji dwóch "klanów" z podbelgradzkich miast Surczin i Zemun, o tym, że oba miały wysoko postawionych protektorów, jak o tym, że ich liderzy wywodzili się z szeregów "Czerwonych Beretów" - policyjnej jednostki ds. operacji specjalnych (JSO). 25 marca aresztowano domniemanego zabójcę premiera, Zvezdana Jovanovicia, który w przeszłości pełnił funkcję zastępcy dowódcy JSO. Jednostkę natychmiast rozwiązano, a dwa dni później w policyjnej obławie zginęli uważani za mocodawców zamachu przywódcy klanu z Zemunu, Milorad Luković "Legija" i Dušan Spasojević. "Legija" zdążył być w latach 90. założycielem i pierwszym dowódcą "Czerwonych Beretów". Tym samym uwiarygodniła się teza, że za zabójstwem premiera stała wywodząca się ze służb specjalnych mafia.
Tych rewelacji będzie więcej. Tajemnicą poliszynela było przyznanie przez rząd najbardziej dochodowych kontraktów (budowa transeuropejskiej magistrali E-10) ludziom z konkurencyjnego wobec "Zemunu" klanu. Do myślenia dają listy tymczasowo zatrzymanych: choć przeważają na nich "żołnierze" mafii z prowincji (rygory stanu wyjątkowego ośmieliły policję do rozprawienia się z wieloma powiatowymi watażkami), to znalazł się wśród nich również zastępca prokuratora generalnego, który przyznał się do współpracy z mafią. Pod tym samym zarzutem zatrzymano kilkunastu sędziów i prokuratorów okręgowych.
To już nie Chicago; jest znacznie gorzej. Djindjić zdawał sobie sprawę z rozwoju relacji państwo-mafia po roku 2000 i był wobec niego bezradny: demokratycznie wybrany rząd kontrolował jedynie kilkaset metrów kwadratowych swej siedziby, reszta kraju zaś kontrolowana była przez prokuratorów, policjantów i poborców podatkowych, którym pensje płacił "Zemun". Nie brzmi to zbyt spiżowo.

Mocno faustowski układ

Jesienią 2000 r., po sfałszowaniu przez Miloševicia wyników wyborów, opozycja zdecydowała się na wezwanie obywateli do masowej demonstracji 5 października. Tym samym brała na siebie ogromną odpowiedzialność. Jeśli wierne dyktatorowi jednostki policyjne - przede wszystkim najsprawniejsze w walkach ulicznych "Czerwone Berety" - zdecydowałyby się otworzyć ogień, w Belgradzie doszłoby do masakry. Liderzy demokratycznej koalicji starali się zrobić wszystko, by temu zapobiec.
Kluczowa dla rozwoju wydarzeń okazała się inicjatywa Djindjicia. Nie sposób już dojść, czy architektem porozumienia z resortami siłowymi stał się on ze względu na posiadane kontakty, czy zadecydował przypadek, czy też, jako zdeklarowanemu pragmatykowi, którego najbliżsi współpracownicy nazywali z szacunkiem "serbskim Machiavellim", to jemu najłatwiej przyszło wziąć na siebie ciężar kompromisu. Faktem jest, że to Djindjić spotkał się w wigilię demonstracji z ówczesnym dowódcą "Czerwonych Beretów" - Lukoviciem "Legiją". Udali się na przejażdżkę opancerzonym jeepem "Legiji", w czasie której zawarli pakt o nieagresji. Trzeba trafu, że spotkanie ustalono na niewielkiej uliczce w centrum Belgradu, w zaułku admirała Geprata, u wejścia do budynku, z którego w dwa i pół roku później oddano strzały do premiera.
Szczegóły znamy z relacji jego uczestników, zamieszczonej w belgradzkim bestsellerze "Piąty października. Dwadzieścia cztery godziny przewrotu", autorstwa Dragana Bujoszevicia i Ivana Radovanovicia. "Najbardziej obawiałem się "Czerwonych Beretów" - wyznał dziennikarzom Djindjić - Kiedy "Legija" obiecał mi, że z ich strony nie muszę obawiać się interwencji, kamień spadł mi z serca".
Faustowska piękna chwila trwała: Milošević podał się do dymisji, Serbia wróciła do Europy. Rywalizujące ośrodki władzy - gabinety prezydenta Koštunicy i premiera Djindjicia - podzieliły się wpływami: pierwszy wziął pod opiekę armię i kontrwywiad wojskowy, drugi - policję i cywilne służby specjalne. Tylko kto tak naprawdę wziął kogo pod swoje skrzydła...?

Wojna dwuletnia

Idylliczne relacje między "Czerwonymi Beretami" a rządem zaczęły się psuć w lecie 2001 r., kiedy obdarzony mołojecką fantazją "Legija" puścił z dymem modną dyskotekę, inną zaś potraktował jako strzelnicę. W czerwcu został zwolniony z funkcji komendanta JSO, nadal jednak, jako wysokiemu funkcjonariuszowi państwa, przysługiwała mu ochrona. Pół roku później "Czerwone Berety" zagroziły rządowi buntem, sprzeciwiając się aresztowaniu dwóch oficerów ściganych przez Trybunał Haski. Wówczas wystarczyła perswazja premiera i zmiana na stanowisku dowódcy: w tym samym czasie zastępcą komendanta cywilnych służb specjalnych został przyjaciel i wychowanek "Legiji", Milorad Bracanović. Wysoki rangą oficer wywiadu płk Gavrilović, który 10 sierpnia 2001 r. spotkał się z prezydentem Koštunicą, by poinformować go o "nieprawidłowościach", został zastrzelony dwie godziny po spotkaniu. Wniosek o powołanie w tej sprawie specjalnej komisji śledczej, złożony w parlamencie przez partię Koštunicy, został odrzucony głosami ugrupowania Djindjicia.
Podobnie toczył się w Serbii rok 2002. Nieznani sprawcy zamordowali m.in. b. komendanta policji, ginęli kolejni świadkowie koronni, zdominowany przez prorządową koalicję parlament nie był w stanie uchwalić ustawy o zwalczaniu przestępczości zorganizowanej, minister policji obiecywał wytępienie mafii, a ludzie - zwłaszcza ci z Zemunu i Surczina - żyli dostatniej. Uwagę analityków zwracał fakt, że podczas gdy klan z Surczina starał się legalizować swoje interesy - zakładano kolejne przedsiębiorstwa budowlane, kasyna i firmy reklamowe - ludzie "Zemunu" pozostawali wierni swej pierwotnej specjalizacji: porwaniom, zabójstwom na zlecenie i hurtowym przemytem narkotyków. Faustowski pakt sprawiał, że czuli się bezkarnie.
Jesienią 2002 r. zaczęła się wojna klanów. W styczniu 2003 r. parlament przyjął wreszcie ustawy pozwalające na zwalczanie przestępczości zorganizowanej; rząd zdymisjonował dotychczasowe kierownictwo wywiadu. W tym czasie Djindjić pozbył się konkurentów na scenie politycznej: mandat prezydenta Koštunicy skończył się z końcem Jugosławii, b. wicepremier Labus przeżuwał porażkę w wyborach prezydenckich, a najwybitniejsi politycy koalicji rządowej przeszli do władz nowej federacji Serbii i Czarnogóry. "Kanclerz Djindjić" - w poczuciu władzy lub desperacji - zdecydował się zapanować nad mafią. Zbyt późno.

"Juliusz Cezar" czy "Chinatown"?

Zamach na głowę rządu zawsze jest wydarzeniem dramatycznym. Nie sposób, by nie poruszała bezbronność cywila wobec zamaskowanego snajpera. Wiele osób, w tym Przewodnicząca Trybunału ds. Zbrodni Wojennych w b. Jugosławii, Carla del Ponte, usiłowało przestrzec premiera Serbii przed zagrożeniami, na jakie się wystawiał.
A jednak zamach na Zorana Djindjicia to nie Idy Marcowe. Świadczy o tym zarówno historia ostatnich dwóch lat, jak ostatnich dwóch tygodni. Od 13 marca władze Serbii zatrzymały ponad 3 tys. osób - większość w ciągu pięciu dni po zamachu. Świadczy to albo o niewiarygodnej sprawności operacyjnej (podwładni ministra Mihajlovicia dotąd nie dostarczali zbyt wielu jej dowodów), albo o tym, że wiele tropów znanych było już wcześniej, a na przeszkodzie w walce z przestępczością zorganizowaną nie stała niekompetencja, lecz świadoma decyzja. Nadal zatrzymywane są przede wszystkim osoby związane z klanem z Zemunu; ich rywale pozostają bezkarni. Nie słychać też o jakichkolwiek dymisjach w policji. Również wydarzenia z 28 marca, zamykające, jak się wydaje, obecny akt dramatu - "zastrzelenie przy próbie ucieczki" dwóch głównych mocodawców zamachu, Lukovicia "Legiji" i Dušana Spasojevicia, którzy mogli powiedzieć najwięcej o kontrakcie zawartym w październiku roku 2000 i jego konsekwencjach dla Serbii - kojarzą się nie z szekspirowską tragedią, lecz z cinema noir. Biorąc pod uwagę rodowód trzęsącej Serbią mafii i służb specjalnych - rouge et noir.
Doświadczenie "paktowania z diabłem" w imię bezkrwawej transformacji ustrojowej jest wspólne dla całej Europy postkomunistycznej - w Polsce usiłowała je opisywać prof. Jadwiga Staniszkis. Wkrótce przed podobnym doświadczeniem staną, być może, administratorzy wolnego od Saddama Iraku, zmuszeni odwołać się do kompetencji lokalnych aparatczyków partii Baas. Nigdzie jednak cena, jaką płaci się za faustowski kontrakt, nie została ukazana wyraźniej niż w Serbii.

WOJCIECH STANISŁAWSKI jest analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich, stale współpracuje z "TP".


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny