|
Ustrój III RP - Konstytucja w sytuacji kryzysu rządowego
Lepsze wrogiem dobrego
Roman Graczyk
Kto na podstawie paru złośliwości wymienionych między Leszkiem Millerem a Aleksandrem
Kwaśniewskim, w kontekście zawirowań wywołanych aferą Rywina, wyciąga wniosek, że
państwo tonie, dowodzi, iż niewiele rozumie z ustroju III RP. To jedynie pomruki i
niewinne igraszki na scenie politycznej. Nieporównywalne z konwulsjami, które nią wstrząsały na początku lat 90.
Największym wrogiem myślenia są mody intelektualne. Kiedy na początku lat 90. ktoś próbował
upominać się o instytucje stabilizujące i wzmacniające władzę wykonawczą (np.
rozporządzenia z mocą ustawy, konstruktywne votum nieufności, czy większościowy
system wyborczy), jego głos ginął w tumulcie entuzjastów demokracji zanarchizowanej.
Była moda na sejmokrację.
Po pouczających doświadczeniach Sejmów pozbawionych klarownych większości w 1997 r. z
trudem udało się przeforsować umieszczenie w Konstytucji postulatów wzmacniających władzę.
Łatwo jest wykazać, że nasz system polityczny działa po 1997 r. znacznie sprawniej niż
poprzednio. Tyle że teraz z kolei zapanowała moda intelektualna na silną władzę.
Namnożyło się zwolenników mocnych rządów, dla których miarą jest Ameryka,
przedstawiana jako system silnej i jednolitej władzy - oczywiście prezydenckiej.
Ta cudowna Ameryka...
"Nasza ustawa zasadnicza, która - jak wszystkie inne na świecie - ma budować
struktury państwa, zawiera pewien oryginalny polski wkład. Jest nim granat budowlany
wmontowany w kilku miejscach. Ponieważ nie lubimy silnej władzy wykonawczej, granat
budowlany osłabia egzekutywę" - alarmuje we "Wprost" (23 marca) jego
redaktor naczelny, Marek Król. Istnieje jeszcze iskierka nadziei: 74 proc. Polaków chciałoby
wprowadzenia ustroju prezydenckiego. Autor nie kryje fascynacji takim ustrojem: "Czy
nasza barokowo-rokokowa konstytucja zostanie zastąpiona ustawą zasadniczą prostą jak
konstytucja USA? Obawiam się, że status quo jest tak wygodny dla znacznej części elit
politycznych, że będą go bronili jak socjalizmu w stanie wojennym".
Jeszcze dalej posunęli się dziennikarze tego pisma: Dorota Macieja i Jarosław Gajewski.
Ich, zawarty w tym samym numerze, opis ustroju konstytucyjnego Polski jest równie
oderwany od rzeczywistości, jak idylliczna jest prezentowana wizja ustroju
prezydenckiego: prezydent w III RP "jest równocześnie szefem egzekutywy i angielską
królową - najczęściej tym ostatnim. Polski system podziału władzy wykonawczej to
bodaj największa aberracja w demokratycznym świecie. (...) mamy powtórkę z PRL, gdzie
"rząd rządził, a partia kierowała". Teraz partię zastąpił prezydent, który
może premierowi rządzenie maksymalnie obrzydzić, ale nie ponosi za to żadnej
odpowiedzialności. (...) Może choć raz polscy politycy wysłuchaliby głosu wyborców i
przecięli wrzód, który wyrósł na konstytucyjnym absurdzie podziału władz i
proporcjonalnej ordynacji".
Mamy w Polsce kryzys. To nie jest rzecz błaha, ale przyczernianie obrazu rzeczywistości
nie przybliży jego rozwiązania czy zrozumienia. Zresztą nie ma takich ustrojów
konstytucyjnych, które kryzys wykluczają. USA popadły weń, gdy wyszedł na jaw romans
Billa Clintona z Moniką Lewinsky albo gdy przez dwa miesiące nie udawało się
rozstrzygnąć, czy wybory prezydenckie wygrał Al Gore czy George W. Bush. Inna sprawa,
jak dany ustrój radzi sobie z kryzysem.
... i paskudna III RP
Nasz system polityczny jeszcze nie zdążył pokazać, jak radzi sobie z kryzysem, a już
okrzyknięto, że III Rzeczpospolita umiera i czas stworzyć IV. Diagnozy stanu Polski są
w naszej prasie dramatyczne: "My wybieramy nie między dobrym a lepszym, ale
dyskutujemy o tym, jak zapobiec katastrofie źle skonstruowanego państwa" -
stwierdza Antoni Z. Kamiński ("Rzeczpospolita", 15-16 marca). Rafał A.
Ziemkiewicz głosi identyczny pogląd, pisząc, że III RP jest systemem "u samego
zarania skonstruowanym błędnie" ("Rzeczpospolita", 1-2 marca). Według
prof. Kamińskiego antidotum na grożącą katastrofę mają być jednomandatowe okręgi
wyborcze, Ziemkiewicz także widzi w nich ratunek, a oprócz tego opowiada się za
wzmocnieniem władzy wykonawczej na "wzór amerykański".
To marzycielstwo: wyobrażać sobie, że reformy instytucjonalne automatycznie wpłyną na
jakość rządzenia. W istocie to brak odważnej polityki kolejnych rządów doprowadził
do tego, że nie dokończono restrukturyzacji górnictwa, nie zreformowano usług
publicznych, chora jest struktura finansów państwa. Hasło budowania nowych instytucji,
aby dokończyć zaniechane reformy (IV Rzeczpospolita na gruzach III) jest odwracaniem
kota ogonem.
Nasza Konstytucja nie jest doskonała, o czym świadczą: wybór prezydenta w głosowaniu
powszechnym, proporcjonalne wybory do Sejmu, skład i pozycja Senatu, pozorny charakter
odpowiedzialności konstytucyjnej, przesadnie szeroki immunitet poselski i senatorski, i
jeszcze parę innych błędów. Twierdzenie jednak, że z lepszą Konstytucją uniknęlibyśmy
największych kłopotów, jakie nas spotkały, jest mitem. Błędy Konstytucji są zresztą
naprawialne. Może nadchodzi czas dla przeprowadzenia stosownego remontu?
Niewiele warte są natomiast apele o zmiany ustrojowe, oparte o wiedzę konstytucyjną z
okładek kolorowych tygodników. Dziennikarze "Wprost" nie znajdują dość
mocnych słów dla ukazania upadku władzy wykonawczej w Polsce. Cytują artykuły
Konstytucji, w których napisano, że rządzi prezydent (np. art. 134) albo że rządzi
premier (np. art. 146) i wyciągają wniosek, że polska ustawa zasadnicza jest pełna
sprzeczności. Nie zauważyli, biedacy, fundamentalnego dla interpretacji ustroju władzy,
art. 144, stanowiącego, że kompetencje nie wymienione w tym artykule podlegają
kontrasygnacie premiera. Krótko mówiąc, Konstytucja stanowi, że z małymi - i
zazwyczaj mniejszego kalibru - wyjątkami w Polsce rządzi premier.
Pszenica na pustyni
Instytucje ustrojowe nie działają w próżni, są zależne od kultury kraju, w szczególności
od jego politycznej. Gdyby takiej zależności nie było, państwa pokolonialne, próbujące
imitować schematy ustrojowe dawnych metropolii, byłyby bodaj pół-demokracjami, a państwa
Ameryki Łacińskiej, wzorujące się właśnie na ustroju USA, nie miałyby tylu kłopotów
z dyktaturami.
Trudno, tak po prostu, przeszczepić schemat ustrojowy na obcy grunt. Będzie tam
szwankował, jak roślina wymagająca żyznej gleby przesadzona na kamienisty grunt.
Szczególnym gruntem demokracji typu prezydenckiego w Ameryce jest nigdzie indziej nie
spotykany system partyjny. W USA samo pojęcie większości parlamentarnej jest ulotne. Rząd
nie potrzebuje votum zaufania izby, a dla uchwalania rządowych projektów legislacyjnych
szuka się większości głosów niezależnie od podziałów partyjnych. Nierzadko
prezydent pozbawiony "swojej" większości w obu izbach Kongresu poczyna sobie
całkiem śmiało. Płynność amerykańskiej polityki jest osobliwością raczej nie do
skopiowania, a bez niej cały system może działać co najwyżej karykaturalnie. Np. w
rosyjskiej demokracji prezydenckiej, prezydent jest kimś na kształt cywilizowanego cara,
ale chyba nie o to w Polsce chodzi.
Konstytucja amerykańska nie jest tak przejrzysta i jednoznaczna, jak się głosi w Polsce
na użytek kiepsko zorientowanej publiczności. Ojcowie-założyciele byli wielkimi ludźmi,
ale nie geniuszami zdolnymi uchwalić prawo dobrze funkcjonujące zarówno w społeczeństwie
niewykształconych rolników uznających niewolnictwo, jak obecnym. Konstytucja jest krótka,
ale nieprecyzyjna, dlatego system prawny oparty na takim fundamencie działa sprawnie
tylko przy wykonywaniu wielkiej pracy interpretacyjnej (stąd nadzwyczaj silna pozycja
federalnego Sądu Najwyższego).
Kolejną iluzją jest założenie, że mimo gigantycznych zmian cywilizacyjnych w Ameryce,
jej fundamentalne prawo pozostało niezmienne. Segregacja rasowa, kara śmierci, aborcja
bywały w USA uznawane raz za zgodne, a innym razem za niezgodne z tą samą od 200 lat
ustawą zasadniczą. Konstytucja amerykańska jest na pewno szacownym pomnikiem, ale
niewiele więcej ponad to. Kto sądzi, że można dziś napisać i jednolicie stosować
konstytucję ujętą w kilku czy choćby kilkudziesięciu artykułach, unosi się kilka
centymetrów nad ziemią.
Cohabitation po polsku
Prócz Konstytucji, która jest punktem stałym, istnieje jeszcze zmienny układ sił
politycznych. Ustrój III RP działa w dwóch trybach. Jeśli prezydent pochodzi z tego
samego obozu politycznego, co większość parlamentarna, nie ma powodu do politycznego
konfliktu na szczytach władzy. Jeśli dodatkowo prezydent jest autorytetem dla większości
posłów (np. jest dawnym szefem obecnie rządzącej partii), naturalnie zachodzi proces
przechwytywania pewnych uprawnień premiera przez prezydenta. Nie ma w tym nic niepokojącego
- ani z politycznego, ani z konstytucyjnego punktu widzenia. Np. prezydent ma obowiązek
podpisać nominacje dla ministrów, gdy premier dokonuje rekonstrukcji rządu, ale w układzie
politycznym, takim jak obecny, nie ma niczego dziwnego w tym, że prezydent wywiera wpływ
na decyzje, które formalnie należą do premiera.
Jeśli natomiast prezydent i premier należą do konkurencyjnych obozów politycznych,
wtedy nastaje czas cohabitation: obaj politycy muszą współpracować, nawet zgrzytając
zębami. Premier nie jest wówczas skłonny dzielić się z prezydentem należną sobie
konstytucyjnie władzą. Takie dwa modele rządzenia istnieją, gdy większość
parlamentarna jest stabilna i nie musi zbytnio liczyć się ze zdaniem prezydenta (z wyjątkiem
prawa weta). Gdy jednak większość się pruje, automatycznie poszerza to prezydentowi
pole działania.
Nie jest winą Konstytucji, że premier utracił większość parlamentarną i rozsypuje
mu się spójny dotąd SLD. Konstytucja wręcz nadrabia po trosze ten brak, pozwalając na
długie trwanie rządu mniejszościowego i na większą aktywność prezydenta. To są
zalety istniejącego ustroju, a nie wady.
Kto w obecnej rywalizacji prezydenta z premierem dostrzega kopię "wojen na górze",
jakie Lech Wałęsa toczył z kolejnymi rządami, ma krótką pamięć. Polityczny sposób
bycia Wałęsy polegał na stałej wojnie podjazdowej wobec rzeczywistych i potencjalnych
konkurentów politycznych. Jego strategia polegała na kreowaniu kryzysów (z gabinetowymi
włącznie). Kwaśniewski jest politykiem nastawionym raczej na współpracę niż
konflikt. Nie jest altruistą. Uważa jednak, że skuteczniejsze od walki jest współdziałanie.
Poprawnie współżył z niechętnym mu rządem prawicowym, a tym bardziej z bliskimi mu
rządami lewicowymi. Jego wejście na scenę polityczną nie ma znamion wyniszczającej
wojny. Jest raczej zajęciem miejsca po byłej większości parlamentarnej i wobec
mniejszej spoistości SLD.
Mamy w Polsce ustrój parlamentarno-gabinetowy, nie pozbawiony wad, ale stanowiący wystarczającą podstawę do tego, by
polityka nie przypominała bagna. Jeśli przypomina, to z innych powodów.
ROMAN GRACZYK jest autorem książki "Konstytucja dla Polski. Tradycje, doświadczenia,
spory" (1997).
|