dotb.gif

„TP”, Nr 13 (2803), 30 marca 2003, http://www2.tygodnik.com.pl/tp/2803/komentarze.php


Komentarze

Krzysztof Burnetko
Polski tydzień

Okazuje się, że prezydent ukrywa przed opinią publiczną notatkę, która może być ważnym elementem w śledztwie tyczącym jednej z najważniejszych afer III RP. Ujawnia to premier - nie w imię praworządności i dobra państwa, lecz tylko w odwecie za to, że głowa państwa zasugerowała właśnie dymisję szefa rządu. W parlamencie posłowie głosują za nieobecnych kolegów, popełniając zwykłe przestępstwo. Słychać też o stawkach (niespecjalnie wygórowanych) za głos. Równocześnie żądają dla siebie immunitetu na wykroczenia drogowe, bo - jak argumentują - dla dobra Polski spieszą się często na głosowanie i dlatego przekraczają prędkość i ignorują czerwone światło na skrzyżowaniach.
Komentowanie tego nie ma już sensu.


Marek Zając z Jerozolimy
Irak po Husajnie: stabilizacja kontra demokratyzacja

Co stanie się z Irakiem, gdy nad Zatoką umilkną działa - takie pytanie pojawia się tym częściej, im mniejsza odległość dzieli marines od Bagdadu. Plan Busha jest prosty: najpierw pomoc humanitarna, potem odbudowa infrastruktury, na końcu "nowy ład" i demokracja. Ład i demokracja, czyli... Właśnie, tu otwiera się długa lista oczekiwań (wybujałych) i wątpliwości (uzasadnionych). Przykład: izraelska prasa spekuluje, czy post-husajnowski Irak uzna państwo Izrael albo przynajmniej ogłosi, że nie jest z nim w stanie wojny. Były ambasador USA w Tel Awiwie i Kairze, Edward Walker, w dzienniku "Haarec" studzi optymistów: "Stany Zjednoczone nie będą w stanie zagwarantować istotnej zmiany w postawie narodu irackiego wobec Izraela. Ameryce będzie trudno stawiać tu Irakijczykom żądania. Skoro mówimy o demokracji, nie będziemy mogli dyktować im polityki".
Pomijając perspektywę izraelską, wypowiedź Walkera prowokuje pytanie, czy Stany mają zamiar Bliski Wschód stabilizować czy demokratyzować? Wbrew pozorom, takie rozróżnienie jest istotne: Biały Dom nie wymusza szybkich demokratycznych reform w Arabii Saudyjskiej i Kuwejcie, bo wystarczy, że kraje te są sojusznikami USA i nie stanowią zagrożenia dla świata. Nad Eufratem i Tygrysem władzę sprawować mają jednak sami Irakijczycy. Tymczasem nie można wykluczyć, że w wyborach przekażą oni rządy w ręce polityków odcinających się od USA, wrogich (jak większość Arabów) Izraelowi i dążących, przykładowo, do ograniczenia samodzielności kurdyjskiego quasi-państwa na północy kraju. Wtedy Irak będzie demokracją, ale region nie będzie stabilny. Z drugiej strony, jeśli USA nie zainstalują w Bagdadzie demokratycznie wybranych władz, wtedy nie dość, że niespełnione obietnice podkopią ich międzynarodowy prestiż, to jeszcze Waszyngton uwikła się we wspieranie (także militarne) jakiegoś odgórnie narzuconego reżimu. W takiej sytuacji można spodziewać się w Iraku raczej wyważonych i stopniowych reform pod dyskretną kuratelą USA.
Istotna jest jeszcze kwestia mentalności: żeby w Iraku zakorzeniła się demokracja, nie wystarczą chęci Waszyngtonu (obalenie Husajna, zastrzyk finansowy, zorganizowanie wyborów); to Irakijczycy muszą utożsamić się z wartościami demokratycznymi. Przez najbliższe lata będzie można więc obserwować nad Zatoką socjologiczny eksperyment. Tyle że jego rezultat trudniej przewidzieć, niż wynik toczącej się wojny.


Andrzej Łukowski
Nie ma sprawiedliwych w Sodomie - i w Moskwie

Amerykanie po ataku na Irak nie mają w Moskwie dobrej prasy. Prezydent Putin z pozycji rycerza w białej zbroi daje im lekcje moralności, wzywa do zaprzestania działań militarnych i troszczy się o zabytki w Bagdadzie, minister spraw zagranicznych zapowiada, że Rosja nie zgodzi się na żadną formę legitymizacji amerykańskiego ataku, a komunistyczna opozycja domaga się zaprzestania kontaktów z USA. Na to pragmatyczna ekipa rządząca nie może i nie chce sobie oczywiście pozwolić. Zerwanie z Waszyngtonem oznaczałoby utratę możliwości dialogu w sprawach globalnego bezpieczeństwa, czyli faktycznie odsunięcie Rosji od choćby symbolicznego udziału w wielkiej polityce. I od podziału łupów wojennych. A - jak podają rosyjskie media - Rosja miała już przed wojną przygotowane kontrakty z Irakiem na kwotę 42 mld dolarów.
W politycznym boju o obecność gospodarczą w Iraku ważną kartą przetargową mogłaby być dla Rosji wygrana w wyścigu wywiadów. Jak poinformowała "Niezawisimaja Gazieta", rezydentura rosyjskiego wywiadu w Iraku została ostatnio wzmocniona. Rosyjscy specjaliści mają za zadanie - przed kolegami z CIA i MI-6 - dotrzeć do archiwów Saddama Husajna, w których znajdują się zapewne materiały operacyjne świadczące o produkowaniu przez Bagdad broni masowej zagłady. Jeszcze ciekawsze wydają się w tym konktekście uprzedzające zapewnienia rosyjskiej telewizji państwowej, że "nieprawdą są pomówienia zachodniej prasy, jakoby Rosja dostarczyła Irakowi kiedykolwiek szczepy wąglika i ospy".
Posądzenia o współpracę w majsterkowaniu przy bakteriach nie są jedynym sygnałem z Waszyngtonu, że pouczająca wszystkich o poprawności Rosja nie ma czystego sumienia w kwestii irackiej. Administracja USA ujawniła ponadto, że kilka rosyjskich firm pomimo embarga ONZ sprzedawało Bagdadowi sprzęt wojskowy. Coś na rzeczy musi być, skoro oficjalne dane o rosyjsko-irackich obrotach handlowych mówią o sumie 2,3 mld dolarów rocznie. Trudno osiągnąć takie kwoty na sprzedaży mleka w proszku.


Andrzej Brzeziecki
Mord na nasz koszt

Nie pierwszy raz na polskich stadionach dochodzi do bójek - nie kibiców, nawet nie pseudokobiców - lecz zwykłych bandytów. Nie pierwsza to ofiara śmiertelna. Imprezy sportowe muszą być zabezpieczane przez setki policjantów odciąganych na te okazje od innych zajęć. Akcje funkcjonariuszy, zniszczony sprzęt, porozbijane szyby, w końcu opieka medyczna udzielana nie tylko policjantom, ale i ludziom, którzy na dobrą sprawę sami winni są swoich obrażeń. Na to wszystko płacimy my, podatnicy, obywatele, także ci, których ani trochę nie obchodzą losy zespołów i ich nie umiejących grać polskich piłkarzy z marnej II ligi (zresztą również I liga z wyjątkiem Wisły Kraków nie jest wiele lepsza...). I to my, praworządni obywatele państwa, nie czujemy się na ulicach bezpieczni, gdy grasują po nich hordy pijanych dzikusów.
Nic to nie przeszkadza tuzom z PZPN w dobrym samopoczuciu, bo piłkę polską widzą oni wielką. Tymczasem, powiedzmy to wprost, w Polsce nie mamy (ze śladowymi wyjątkami) ani prawdziwych stadionów, ani prawdziwych piłkarzy, ani prawdziwych kibiców. Czyli nie mamy piłki nożnej. Koszty utrzymywania klubów (bo wiele nich współfinansują w różnych formach samorządy) i straty ponoszone przez społeczeństwo nie są warte tego, by dwudziestu dwu facetów mogło sobie od czasu do czasu pobiegać, a kilkuset innych wybijać sobie nawzajem zęby.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl