|
Krzysztof Burnetko
Polski tydzień
Okazuje się, że prezydent ukrywa przed opinią publiczną notatkę, która może być
ważnym elementem w śledztwie tyczącym jednej z najważniejszych afer III RP. Ujawnia to
premier - nie w imię praworządności i dobra państwa, lecz tylko w odwecie za to, że
głowa państwa zasugerowała właśnie dymisję szefa rządu. W parlamencie posłowie
głosują za nieobecnych kolegów, popełniając zwykłe przestępstwo. Słychać też o
stawkach (niespecjalnie wygórowanych) za głos. Równocześnie żądają dla siebie
immunitetu na wykroczenia drogowe, bo - jak argumentują - dla dobra Polski spieszą się
często na głosowanie i dlatego przekraczają prędkość i ignorują czerwone światło
na skrzyżowaniach.
Komentowanie tego nie ma już sensu.
Marek Zając z Jerozolimy
Irak po Husajnie: stabilizacja kontra demokratyzacja
Co stanie się z Irakiem, gdy nad Zatoką umilkną działa - takie pytanie pojawia się
tym częściej, im mniejsza odległość dzieli marines od Bagdadu. Plan Busha jest
prosty: najpierw pomoc humanitarna, potem odbudowa infrastruktury, na końcu "nowy
ład" i demokracja. Ład i demokracja, czyli... Właśnie, tu otwiera się długa
lista oczekiwań (wybujałych) i wątpliwości (uzasadnionych). Przykład: izraelska prasa
spekuluje, czy post-husajnowski Irak uzna państwo Izrael albo przynajmniej ogłosi, że
nie jest z nim w stanie wojny. Były ambasador USA w Tel Awiwie i Kairze, Edward Walker, w
dzienniku "Haarec" studzi optymistów: "Stany Zjednoczone nie będą w
stanie zagwarantować istotnej zmiany w postawie narodu irackiego wobec Izraela. Ameryce
będzie trudno stawiać tu Irakijczykom żądania. Skoro mówimy o demokracji, nie
będziemy mogli dyktować im polityki".
Pomijając perspektywę izraelską, wypowiedź Walkera prowokuje pytanie, czy Stany mają
zamiar Bliski Wschód stabilizować czy demokratyzować? Wbrew pozorom, takie
rozróżnienie jest istotne: Biały Dom nie wymusza szybkich demokratycznych reform w
Arabii Saudyjskiej i Kuwejcie, bo wystarczy, że kraje te są sojusznikami USA i nie
stanowią zagrożenia dla świata. Nad Eufratem i Tygrysem władzę sprawować mają
jednak sami Irakijczycy. Tymczasem nie można wykluczyć, że w wyborach przekażą oni
rządy w ręce polityków odcinających się od USA, wrogich (jak większość Arabów)
Izraelowi i dążących, przykładowo, do ograniczenia samodzielności kurdyjskiego
quasi-państwa na północy kraju. Wtedy Irak będzie demokracją, ale region nie będzie
stabilny. Z drugiej strony, jeśli USA nie zainstalują w Bagdadzie demokratycznie
wybranych władz, wtedy nie dość, że niespełnione obietnice podkopią ich
międzynarodowy prestiż, to jeszcze Waszyngton uwikła się we wspieranie (także
militarne) jakiegoś odgórnie narzuconego reżimu. W takiej sytuacji można spodziewać
się w Iraku raczej wyważonych i stopniowych reform pod dyskretną kuratelą USA.
Istotna jest jeszcze kwestia mentalności: żeby w Iraku zakorzeniła się demokracja, nie
wystarczą chęci Waszyngtonu (obalenie Husajna, zastrzyk finansowy, zorganizowanie
wyborów); to Irakijczycy muszą utożsamić się z wartościami demokratycznymi. Przez
najbliższe lata będzie można więc obserwować nad Zatoką socjologiczny eksperyment.
Tyle że jego rezultat trudniej przewidzieć, niż wynik toczącej się wojny.
|
|
Andrzej Łukowski
Nie ma sprawiedliwych w Sodomie - i w Moskwie
Amerykanie po ataku na Irak nie mają w Moskwie dobrej prasy. Prezydent Putin z pozycji
rycerza w białej zbroi daje im lekcje moralności, wzywa do zaprzestania działań
militarnych i troszczy się o zabytki w Bagdadzie, minister spraw zagranicznych zapowiada,
że Rosja nie zgodzi się na żadną formę legitymizacji amerykańskiego ataku, a
komunistyczna opozycja domaga się zaprzestania kontaktów z USA. Na to pragmatyczna ekipa
rządząca nie może i nie chce sobie oczywiście pozwolić. Zerwanie z Waszyngtonem
oznaczałoby utratę możliwości dialogu w sprawach globalnego bezpieczeństwa, czyli
faktycznie odsunięcie Rosji od choćby symbolicznego udziału w wielkiej polityce. I od
podziału łupów wojennych. A - jak podają rosyjskie media - Rosja miała już przed
wojną przygotowane kontrakty z Irakiem na kwotę 42 mld dolarów.
W politycznym boju o obecność gospodarczą w Iraku ważną kartą przetargową mogłaby
być dla Rosji wygrana w wyścigu wywiadów. Jak poinformowała "Niezawisimaja
Gazieta", rezydentura rosyjskiego wywiadu w Iraku została ostatnio wzmocniona.
Rosyjscy specjaliści mają za zadanie - przed kolegami z CIA i MI-6 - dotrzeć do
archiwów Saddama Husajna, w których znajdują się zapewne materiały operacyjne
świadczące o produkowaniu przez Bagdad broni masowej zagłady. Jeszcze ciekawsze wydają
się w tym konktekście uprzedzające zapewnienia rosyjskiej telewizji państwowej, że
"nieprawdą są pomówienia zachodniej prasy, jakoby Rosja dostarczyła Irakowi
kiedykolwiek szczepy wąglika i ospy".
Posądzenia o współpracę w majsterkowaniu przy bakteriach nie są jedynym sygnałem z
Waszyngtonu, że pouczająca wszystkich o poprawności Rosja nie ma czystego sumienia w
kwestii irackiej. Administracja USA ujawniła ponadto, że kilka rosyjskich firm pomimo
embarga ONZ sprzedawało Bagdadowi sprzęt wojskowy. Coś na rzeczy musi być, skoro
oficjalne dane o rosyjsko-irackich obrotach handlowych mówią o sumie 2,3 mld dolarów
rocznie. Trudno osiągnąć takie kwoty na sprzedaży mleka w proszku.
Andrzej Brzeziecki
Mord na nasz koszt
Nie pierwszy raz na polskich stadionach dochodzi do bójek - nie kibiców, nawet nie
pseudokobiców - lecz zwykłych bandytów. Nie pierwsza to ofiara śmiertelna. Imprezy
sportowe muszą być zabezpieczane przez setki policjantów odciąganych na te okazje od
innych zajęć. Akcje funkcjonariuszy, zniszczony sprzęt, porozbijane szyby, w końcu
opieka medyczna udzielana nie tylko policjantom, ale i ludziom, którzy na dobrą sprawę
sami winni są swoich obrażeń. Na to wszystko płacimy my, podatnicy, obywatele, także
ci, których ani trochę nie obchodzą losy zespołów i ich nie umiejących grać
polskich piłkarzy z marnej II ligi (zresztą również I liga z wyjątkiem Wisły Kraków
nie jest wiele lepsza...). I to my, praworządni obywatele państwa, nie czujemy się na
ulicach bezpieczni, gdy grasują po nich hordy pijanych dzikusów.
Nic to nie przeszkadza tuzom z PZPN w dobrym samopoczuciu, bo piłkę polską widzą oni
wielką. Tymczasem, powiedzmy to wprost, w Polsce nie mamy (ze śladowymi wyjątkami) ani
prawdziwych stadionów, ani prawdziwych piłkarzy, ani prawdziwych kibiców. Czyli nie
mamy piłki nożnej. Koszty utrzymywania klubów (bo wiele nich współfinansują w
różnych formach samorządy) i straty ponoszone przez społeczeństwo nie są warte tego,
by dwudziestu dwu facetów mogło sobie od czasu do czasu pobiegać, a kilkuset innych
wybijać sobie nawzajem zęby.
|