|
„TP”, Nr 14 (2803), 6 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2804/felkrol.php
Oszczędzanie na nauce
Marcin Król
Wszyscy wiemy, że z budżetem jest marnie i są liczne projekty naprawy sytuacji (w tym
także projekt premiera Kołodki). Umiar jest jednak szczególnie przydatny w dziedzinach,
które stanowią o przyszłości państwa.
Setki razy pisano już o tym, że nauka i wyższe uczelnie stanowią o przyszłości państwa,
że to najlepiej zainwestowane pieniądze itp. Jest to naturalnie racja, ale nakłady na
naukę spadają co roku, zaś pensje pracowników wyższych uczelni nie pozwalają im na
pracę naukową, tylko zmuszają do zarobkowania, polegającego najczęściej na braniu
dodatkowych zajęć ponad ludzką i studencką wytrzymałość. Ponieważ od dobrych kilku
lat mam trochę wspólnego z administrowaniem małym fragmentem wyższej uczelni, podobno
jednej z dwu najlepszych w Polsce, więc co nieco na ten temat wiem.
Otóż wiem na pewno, że przeciętna pensja profesorska jest równa przeciętnej płacy
krajowej. Wiem też, że na doktorantów ministerstwo daje najwyżej jedną trzecią ich
niezbędnego utrzymania, a pracownicy naukowi w koniecznej pogoni za pieniędzmi podejmują
się prac graniczących z przyzwoitością zawodową lub sprzedają wyniki swojej pracy po
kilka razy, chociaż wiedzą, że to nie przystoi. Z czegoś jednak muszą się wyżywić.
O wybitnych osiągnięciach nie ma co nawet marzyć, jeżeli ktoś nie ma pieniędzy z
domu, a kto je ma? Czego można oczekiwać od człowieka, który dla pieniędzy pracuje
tyle, ile nauczyciel, czyli około dwudziestu godzin tygodniowo? Napisanie doktoratu (a
tym bardziej habilitacji) to kilka lat osobnej pracy. Nie ma na to czasu, jest natomiast
przymus, więc powstają takie prace, jakie powstają i wszyscy przymykamy na to oczy.
Kiedyś zabrał dramatycznie głos w tej sprawie profesor Czapliński, ale od tego czasu
sytuacja znacznie się pogorszyła. Ponieważ dysponujemy określoną i niezmienną pulą
pieniędzy, więc najlepiej dla danej instytucji uniwersyteckiej jest, jak przejdzie na
emeryturę lub umrze profesor zwyczajny, bo wtedy można zatrudnić za jego pieniądze dwóch
doktorów. Dodatki, nagrody i inne gratyfikacje istnieją tylko tam, gdzie istnieją
studenci płatni, których nieuchronnie - niż demograficzny, biedniejące społeczeństwo
oraz fakt, że wielu z tych, którzy musieli "zrobić magistra", już go zrobiło
- będzie coraz mniej. Książki są coraz droższe, zaś honoraria za prace naukowe
praktycznie nie istnieją, ba, trzeba się nieźle krzątać, żeby znaleźć samemu w państwowych
źródłach kilka tysięcy złotych, żeby w ogóle ktoś wydał książkę naukową, jeżeli
autor nie jest naprawdę postacią bardzo renomowaną. Ogólnie rzecz biorąc sytuacja
jest tragiczna.
I w takiej oto sytuacji proponuje się obniżenie pensji przez zabranie ulg podatkowych.
Znakomity pomysł, ale ja mam lepszy. Po prostu skasować tymczasowo (zamrozić) wyższe
uczelnie, a profesorów potraktować - z całym szacunkiem dla górników - jak górników.
Dać im odprawę i niech sobie szukają innej pracy albo przeniosą się na wieś i hodują
ziemniaki oraz kurczaki. Gdyby wprowadzono proponowane zmiany, przeciętna płaca netto na
wyższych uczelniach spadłaby z około 2000 PLN do 1500 PLN. A przecież jeszcze niedawno
obiecywano ustawowe podwyżki. Wiem, że uczeni w Polsce często nie reprezentują takiego
poziomu, jaki powinni, ale to wynika w znacznej mierze z już istniejących ograniczeń
materialnych. Dalsze uczynią z uniwersytetów, politechnik i innych szkół wyższych
groteskę. Może to i dobrze, bo będzie wtedy jasno widać, do czego Polska zmierza.
Donikąd.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|