|
„TP”, Nr 14 (2803), 6 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2804/felhennel.php
Rozczarowanie
Józefa Hennelowa
Przepraszam Czytelników za wyjątkowo ponury temat, teraz właśnie, gdy tak trudno o
jakiekolwiek jaśniejsze miejsce na świecie czy o pogodniejszą wiadomość. Ale jest i
tak, że nawet jednoosobowy i mało słyszalny protest jawi się jako obowiązek, od którego
nie wolno się uchylić. I chcę tak właśnie zrobić.
Rzecz na razie jest na szczęście teoretyczna. Dotyczy pewnej ulotnej ankiety w tygodniku
"Wprost", a genezą tejże jest pogląd od pewnego czasu głoszony przez
profesora prawa z uniwersytetu harwardzkiego. Pogląd ten brzmi: jeśli tortury w śledztwie
pozwolą uniknąć zła, które ma się stać (na przykład przez wykrycie zamachu przed
jego spełnieniem), winny być prawnie dozwolone. Pogląd wywołał już burzę w Stanach,
ma swoich zwolenników i przeciwników, a tygodnik "Wprost" także zapytuje o
zdanie paru poważnych ludzi. Oni zaś - odpowiadają różnie. Także pozytywnie.
Nie zamierzam rozwodzić się nad tym pytaniem ani nad odpowiedziami. Dlatego że sama możliwość
postawienia tu tezy o prawnej dopuszczalności najobrzydliwszego gwałtu ubierającego się
z wyjątkową perfidią w togę wymierzania sprawiedliwości (a nawet spełniania się
dobra) jest dla mnie sygnałem katastrofy o niewyobrażalnych skutkach. I nic nie
zachwieje we mnie tego przekonania. Chcę tylko napisać o rozczarowaniu, którego doznałam,
znajdując wśród ludzi na pytanie ankiety odpowiadających twierdząco - nazwisko założyciela
i prezesa Stowarzyszenia przeciwko Zbrodni im. Jolanty Brzozowskiej.
Gdybym tego sama nie przeczytała, nie byłabym w stanie uwierzyć. Sądziłam, że kiedy
działa się w imię człowieczeństwa i w jego obronie, to kryteria są jasne jak dzień.
Okazuje się, że wręcz przeciwnie. Że "w pewnych wypadkach należy zrobić
wszystko". Pan Orszagh nie zatrzymuje się przy tym przerażającym
"wszystko", które, jak piekło, może nie mieć żadnych zakreśleń. Co prędzej
ucieka w stwierdzenie, iż wtedy "trzeba jasno zdefiniować" itd., co jest
oczywiście naiwnością, w którą, sądzę, i sam nie wierzy. Jeszcze jedno nazwisko
budzące nadzieję spadło z rejestru. Ochrona ofiar okazuje się tylko jedną ze stron
medalu - na drugą lepiej nie zaglądać. Bo tylko szczelnie zamykając oczy i zatykając
uszy będzie się zdolnym podtrzymywać tezę, że wtedy zło i dobro nie zostanie
wymieszane w sposób nie dający już ich ostatecznie od siebie oddzielić.
Od pewnego czasu coraz bardziej beznadziejnie gubią się nam ścieżki tego świata i
coraz bardziej tracimy nadzieję na wybory dobra klarownego jak dzień. Ludzkie praktyki,
te zwłaszcza z najciemniejszych zakątków, gdzie mało komu dane jest zaglądać, tworzą
rejestr zła coraz bardziej przerażający. Dorzucanie do tego świata nowych koncepcji
rozwiązań systemowych sankcjonujących zło, nawet jako ćwiczenie uniwersyteckie (vide
profesor harwardzki) jest czymś bardzo, ale to bardzo groźnym. A opowiadanie się za
takimi rozwiązaniami przez ludzi dotąd widzianych jako prawdziwi humaniści staje się
rozczarowaniem trudnym do zniesienia - choć to przecież tylko ulotna dziennikarska
sensacja...
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|