„TP”, Nr 13 (2803), 30 marca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2803/wiara03.php Księdza Tischnera Msze Ludzi Gór
Duchowa polana
Wojciech Bonowicz
Pod koniec marca nakładem Znaku ukaże się nowa publikacja ze spuścizny ks. Józefa Tischnera: "Słowo o ślebodzie. Kazania spod Turbacza 1981-1997". Homilie, wygłaszane podczas słynnych Mszy Ludzi Gór zebrał i opracował brat Księdza Profesora, Kazimierz Tischner. Historię spotkań na Rusnakowej Polanie przedstawia biograf ks. Tischnera, Wojciech Bonowicz. Dziś publikujemy część pierwszą jego reportażu, dokończenie za tydzień.
W pierwszą niedzielę sierpnia 1981 grupa mieszkańców Łopusznej wyszła z ks. Józefem Tischnerem pod Turbacz, aby na Polanie Rusnakowej, nieopodal dedykowanej Papieżowi kaplicy pasterskiej, odprawić Mszę świętą. Pogoda była piękna - słońce grzało, wiał lekki wiaterek, widać było daleko. Ksiądz stanął przy polowym ołtarzyku - cztery patyki wbite w ziemię, deska, obrus, na nim skręcany, "turystyczny" kielich, z którym celebrans już nie raz odprawiał w górach. Obok niego - gospodarz miejsca, zwany "proboszczem Turbacza" o. Kazimierz Krakowczyk, sercanin. Nie grała jeszcze góralska muzyka, śpiewano tradycyjne kościelne pieśni, ale w kazaniu ks. Tischner nawiązał do słów: "Zatonie, zatonie piórecko na wodzie, ale nie zaginie nuta o ślebodzie" - i pieśń ta rozbrzmiała po zakończeniu Mszy.
- Moi drodzy, kiedy się tutaj jest, to się widzi, co znaczy to słowo "śleboda" - mówił Tischner. - Śleboda, moi drodzy, to jest coś takiego, co czuje gospodarz w swoim gospodarstwie. To jest coś różnego od swawoli. Swawola niszczy, swawola depcze. Nie patrzy: trawa, nie trawa, zboże, nie zboże... Śleboda jest mądra. Śleboda umie po gospodarsku zadbać, po gospodarsku umie tę ziemię uprawić. Las chroni, żeby był lasem. A z człowieka ta śleboda potrafi wydobyć to, co w człowieku najlepsze.
Tischner wybrał Polanę Rusnakową nieprzypadkowo. Przez lata stała tam kapliczka z wizerunkiem Matki Boskiej Leśnej, nazywanej też Królową Gorców, ustawiona przez Czesława Pajerskiego z Nowego Targu. Mówiono o niej: kapliczka partyzancka. Okorowany pień smreka o trzech rozwidlających się konarach krył figurkę Matki Boskiej; na gałęziach umieszczono trzy hełmy, a w pień wbito trzy bagnety, symbolizujące trzech najeźdźców z września 1939. Całość wieńczył krzyż wykonany z bagnetu polskiego i polskiej szabli.
Którejś soboty w lipcu 1981 na polanie pojawił się ks. Tischner. Zastał Pajerskiego w jego bacówce (znali się jeszcze ze szkoły; Pajerski był starszy od Tischnera o dwa miesiące) i umówił się z nim, że w pierwszą niedzielę sierpnia przyprowadzi grupę łopuśnian. Skąd taki termin? Ks. Krakowczyk słyszał z ust Tischnera, że miało to związek z Piłsudskim i "cudem nad Wisłą", ale w kazaniach nazwisko Piłsudskiego nigdy nie padło, a o bitwie warszawskiej Tischner wspomniał zaledwie dwukrotnie. Jednak sierpień to miesiąc wielu polskich rocznic... No i miesiąc wakacji - a księdzu bardzo zależało, żeby na Msze przychodziły dzieci i młodzież.
Msze Ludzi Gór miały ustalony porządek. Kapelani wychodzili wspólnie z Łopusznej albo każdy z miejsca, które mu było dogodne, i spotykali się pod kaplicą pasterską. Kiedy ks. Zązel się spóźniał, Tischner żartował, żeby się nie martwić, bo "psy po wsiach pospuscane i Władek na pewno juz dolatuje". A kiedy ten pojawiał się zdyszany, ksiądz Józek od razu komentował: "Trochę się biydok w ostatnich rokak zestarzoł, bo ledwo dolecioł. Na drugi rok, Władziu, bees musioł wyjść w sobotę". Tak było w latach 80., bo potem role się odwróciły i częściej w ostatniej chwili zjawiał się Tischner.
W małej zakrystii nad kaplicą kapelani zakładali sukniane portki, które przynieśli w plecakach. Tischner cieszył się jak dziecko widokiem góralskiego ubrania. - Jednego razu - wspomina ks. Zązel - kiedy my się juz tak ubrali, Józek popatrzoł na mnie i godo: "Wiys co, Władek? My oba to tacy naprowde!".
Wybuchy śmiechu i oklaski były oznaką, że zmęczony wędrówką i upałem tłum zaczyna nadstawiać uszu. "Witacka" stwarzała bowiem okazję do żartów, zwłaszcza ulubionego przez księdza Józka "zygania". W 1984 r. dostawało się szczególnie najbliżej stojącym:
- Przyjechoł tyz ku nam Józek Bendyk z Szaflar. Sutanne se wzion, portki gdzieś zostawił. Nie wiym gdzie. A tu, po mojej lewej stronie, słynny gazda na Rusinowej Polanie, ojciec dominikanin, straśnie cięzko rynko dla grześników. A tyz i dla tyk, co na Mszy bez kosuli stojom i tak bez kosuli chcom Pana Boga kwolić. Mo tyz cięzkom rynke dlo tyk - no, nie widzym takik, ale jakby sie znaloz który, to, Leonard, w rynce twoje oddaje ciało jego.
Tę ostatnią uwagę nagrodziły szczególnie gorące oklaski - wszyscy wiedzieli, że w tłumie są ubecy, a o. Leonard był znany ze swego nieprzejednanego antykomunizmu.
Kiedy w 1992 roku Oficyna Podhalańska wydawała zbiór góralskich homilii Tischnera zatytułowany "Boski młyn", ksiądz napisał doń krótki wstęp: "Nie nazywojcie tego ani kazaniami, ani homiliami, bo to nie to. Som to "ozmyślania z pokazywaniym i pokazywanie z ozmyślaniym". Jo stoje troche wysyj i pokazuje palcym świat i niebo, mówięcy: patrzojcie. Wy patrzycie. I tak se wej opowiadómy o myślach, wtore sie rodzóm. Kieby nie Wy, to by mnie nie było". W tych kilku zdaniach Tischner celnie charakteryzował własną metodę kaznodziejską - stosowaną nie tylko na Podhalu. "Pokazywanie z ozmyślaniym" to skupienie się na wybranym aspekcie rzeczywistości, na konkretnym ludzkim doświadczeniu i próba jego myślowego ogarnięcia. Po "Wierzę w Boga..." i modlitwie wiernych (uczestnicy dobrze pamiętają donośny głos Józefa Różańskiego wołający: "Barz piyknie Cie pytooomy!") kapelani ogłaszali, na jaki cel przeznaczona będzie składka. Podczas Mszy odprawianych w kaplicy składki tradycyjnie nie zbierano, jednak w trakcie Mszy Ludzi Gór zdecydowano się odstąpić od tego zwyczaju, żeby wesprzeć odbudowę spalonego kościoła na Kowańcu czy ukończenie nowej świątyni w Kamesznicy, którą budował ks. Zązel. - Taki kościół kostuje cięzkie piyniądze - podkreślał Tischner - ale wy dawajcie te lzejse... W czasie Mszy grała muzyka góralska, czasem też orkiestra dęta z Waksmunda. Patriotyczne i religijne pieśni śpiewał przy wtórze gitary akowiec Tadeusz Morawa. "To mają być Msze radosne, żywe, a nie pogrzebowe" - podkreślał wielokrotnie ich inicjator. Z roku na rok robiło się coraz ciaśniej nie tylko wokół ołtarza, ale i na samym ołtarzu - przybywało przede wszystkim puszek z komunikantami. Mimo to do Komunii było często tak wielu chętnych, że komunikanty trzeba było dzielić na pół. Przed błogosławieństwem był czas na ogłoszenia. Ksiądz Józef jeszcze raz wracał do wątków poruszonych w kazaniu, czytał fragmenty "Wskazań dla synów Podhala" Władysława Orkana (uważał je za tekst programowy Związku Podhalan), informował o planach na przyszłość. Udzielał też głosu gościom; zazwyczaj były to okolicznościowe przemówienia, ale na przykład w 1987 r. ogromne wrażenie na słuchaczach zrobiło świadectwo trzydziestoletniego Michała, który pił od piętnastego roku życia. Pod Turbaczem spotkali się wtenczas członkowie klubów trzeźwościowych z całego Podhala. - Kiedy myślałem, że nic nie jest już w stanie mi pomóc - mówił Michał - kiedy piłem, chociaż pragnąłem przestać, kiedy starałem się walczyć z tym stanem swojej psychiki, ale za każdym razem przegrywałem, wtedy na swojej drodze spotkałem ludzi z Nowego Targu. Ci ludzie pomogli mi zrozumieć istotę mojej choroby, pomogli mi wyjaśnić wiele rzeczy w swoim życiu i pozwolili mi stać się człowiekiem wolnym. Chciałem się dowiedzieć, skąd czerpią siły do tego, żeby pomagać innym bezinteresownie w czasach, kiedy praktycznie liczy się tylko pieniądz. Okazało się, że ich siła pochodzi od Chrystusa. Byli to pierwsi chrześcijanie, których spotkałem w życiu. Kiedy dwa lata temu byłem tu na Mszy, podczas takiej potwornej burzy, potwornego deszczu, byłem jeszcze człowiekiem zupełnie zagubionym i tak zazdrościłem Wam tego, że potraficie się cieszyć, że potraficie śpiewać, że potraficie być tacy wolni. Dzisiaj ja również czuję się człowiekiem zupełnie wolnym, czuję się szczęśliwy - dzięki temu, że spotkałem Chrystusa tu, na podhalańskiej ziemi, wśród Was. Bóg zapłać! Na zakończenie Mszy śpiewano "Boże coś Polskę..."; w górze wyrastał wtedy las rąk z palcami ułożonymi w znak zwycięstwa. Potem muzyka i sztandary odprowadzały księży do kaplicy. Ludzie rozchodzili się po polanie, po lesie, palili ogniska, zabierali się do posiłku. Grała muzyka, były tańce i śpiewy. Kapelani zostawali na chwilę pogawędki, a potem schodzili w dół. Ksiądz Józek zawsze do Łopusznej; zatrzymywał się przy bacówkach, gdzie częstowano mlekiem, albo u gospodarzy na Zarębku, gdzie czekał placek z jagodami. Potem prowadził gości do swojej bacówki. |