adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 13 (2803)
30 marca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Michał Komar
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Księdza Tischnera Msze Ludzi Gór


Duchowa polana

Wojciech Bonowicz

Pod koniec marca nakładem Znaku ukaże się nowa publikacja ze spuścizny ks. Józefa Tischnera: "Słowo o ślebodzie. Kazania spod Turbacza 1981-1997". Homilie, wygłaszane podczas słynnych Mszy Ludzi Gór zebrał i opracował brat Księdza Profesora, Kazimierz Tischner. Historię spotkań na Rusnakowej Polanie przedstawia biograf ks. Tischnera, Wojciech Bonowicz. Dziś publikujemy część pierwszą jego reportażu, dokończenie za tydzień.


Pamięci Tadeusza Pudzisza
uczestnika Mszy pod Turbaczem
i kronikarza spraw podhalańskich

W pierwszą niedzielę sierpnia 1981 grupa mieszkańców Łopusznej wyszła z ks. Józefem Tischnerem pod Turbacz, aby na Polanie Rusnakowej, nieopodal dedykowanej Papieżowi kaplicy pasterskiej, odprawić Mszę świętą. Pogoda była piękna - słońce grzało, wiał lekki wiaterek, widać było daleko. Ksiądz stanął przy polowym ołtarzyku - cztery patyki wbite w ziemię, deska, obrus, na nim skręcany, "turystyczny" kielich, z którym celebrans już nie raz odprawiał w górach. Obok niego - gospodarz miejsca, zwany "proboszczem Turbacza" o. Kazimierz Krakowczyk, sercanin. Nie grała jeszcze góralska muzyka, śpiewano tradycyjne kościelne pieśni, ale w kazaniu ks. Tischner nawiązał do słów: "Zatonie, zatonie piórecko na wodzie, ale nie zaginie nuta o ślebodzie" - i pieśń ta rozbrzmiała po zakończeniu Mszy.

- Moi drodzy, kiedy się tutaj jest, to się widzi, co znaczy to słowo "śleboda" - mówił Tischner. - Śleboda, moi drodzy, to jest coś takiego, co czuje gospodarz w swoim gospodarstwie. To jest coś różnego od swawoli. Swawola niszczy, swawola depcze. Nie patrzy: trawa, nie trawa, zboże, nie zboże... Śleboda jest mądra. Śleboda umie po gospodarsku zadbać, po gospodarsku umie tę ziemię uprawić. Las chroni, żeby był lasem. A z człowieka ta śleboda potrafi wydobyć to, co w człowieku najlepsze.
Polanę Rusnakową przecina żółty szlak, prowadzący z Kowańca na Turbacz, w lecie licznie uczęszczany. Pojedynczy turyści dołączali do grupy łopuśnian. Zebrało się w sumie blisko sto osób. Przed ofiarowaniem zaczęto głośno liczyć, ilu chętnych do Komunii. Naliczono trzydziestu, ale ksiądz Józef zauważył przytomnie: - Są tacy, co nie umieją liczyć. Trochę dodamy.
A przed błogosławieństwem i odśpiewaniem "Boże, coś Polskę..." zwrócił się do ks. Krakowczyka:
- Jeszcze zanim się rozejdziemy, chciałbym podziękować serdecznie Księdzu za gościnę, której nam udzielił, i przestraszyć go, że nie będzie to ostatnia nasza gościna.
- Będziemy nawzajem siebie pilnować - zapewnił "turbaczowy proboszcz".
Ks. Józef się zamyślił:
- Będziemy się pilnować... Nawet jakby ktoś nie dożył tego, to tutaj sobie jako duch między smrekami może zamieszkać. I też będzie przychodził.

Tischner wybrał Polanę Rusnakową nieprzypadkowo. Przez lata stała tam kapliczka z wizerunkiem Matki Boskiej Leśnej, nazywanej też Królową Gorców, ustawiona przez Czesława Pajerskiego z Nowego Targu. Mówiono o niej: kapliczka partyzancka. Okorowany pień smreka o trzech rozwidlających się konarach krył figurkę Matki Boskiej; na gałęziach umieszczono trzy hełmy, a w pień wbito trzy bagnety, symbolizujące trzech najeźdźców z września 1939. Całość wieńczył krzyż wykonany z bagnetu polskiego i polskiej szabli.
Przy tej kapliczce w letnie niedziele odprawiał Msze najpierw o. Dionizy Śmiałkowski, franciszkanin z Lubomierza, kolega Tischnera z gimnazjum. Kiedy go przeniesiono, Pajerski zaczął szukać innego kapłana. Trafił na ks. Krakowczyka, w tym czasie kapelana w nowotarskim szpitalu.
- Po raz pierwszy znalazłem się na Turbaczu w Święto Niepodległości w 1978. Potem była pierwsza pasterka pod gołym niebem, a w następnym roku - rezurekcja na resztkach śniegu. Wtedy było już wiadomo, że Ojciec Święty będzie w czerwcu na Podhalu. Po Wielkanocy zeszliśmy na dół, Pajerski odprowadzał mnie do autobusu. Autobus podjeżdża, a on nagle mówi: "Budujemy kaplicę na cześć Papieża".
Ks. Krakowczyk kręci głową: - Jestem dla niego pełen podziwu. Wybudować kaplicę na planie Krzyża Virtuti Militari - mnie by to nigdy do łba nie przyszło. Żywe odznaczenie Papieża!
Pajerski miał już wtedy nieprzyjemności z powodu kapliczki. Dostał pozwolenie na budowę, ale - szałasu. Mimo to w kwietniu roboty ruszyły. Kaplica powstawała w wielkiej tajemnicy, w lesie u Wachów, jakieś trzysta metrów od polany: przygotowywali elementy, numerowali, składali, a potem przeciągnęli w wyznaczone miejsce i ustawili. Od maja do połowy października w każdą niedzielę ks. Krakowczyk odprawiał tam najpierw jedną, a potem trzy Msze: o 8, 11 i 16.

Którejś soboty w lipcu 1981 na polanie pojawił się ks. Tischner. Zastał Pajerskiego w jego bacówce (znali się jeszcze ze szkoły; Pajerski był starszy od Tischnera o dwa miesiące) i umówił się z nim, że w pierwszą niedzielę sierpnia przyprowadzi grupę łopuśnian. Skąd taki termin? Ks. Krakowczyk słyszał z ust Tischnera, że miało to związek z Piłsudskim i "cudem nad Wisłą", ale w kazaniach nazwisko Piłsudskiego nigdy nie padło, a o bitwie warszawskiej Tischner wspomniał zaledwie dwukrotnie. Jednak sierpień to miesiąc wielu polskich rocznic... No i miesiąc wakacji - a księdzu bardzo zależało, żeby na Msze przychodziły dzieci i młodzież.
2 sierpnia 1981 roku Tischner nie odprawił Mszy ani w kaplicy, ani tuż obok niej, lecz pod lasem, dalej od drogi. Rok później na tym miejscu stanął solidny murowany ołtarz z kamieni - pamiątka 600-lecia obecności Cudownego Obrazu na Jasnej Górze. Z czasem wyrosło nad nim drewniane zadaszenie, które pokryto gontem i zwieńczono trzema krzyżami.
Latem 1981 ks. Józef Tischner wraz z ks. Władysławem Zązlem zostali powołani przez Zarząd Główny Związku Podhalan na jego kapelanów. Zgodnie z życzeniem Tischnera, oddziały związku w Łopusznej i Nowym Targu wzięły na siebie obowiązek przygotowywania Mszy turbaczowych, które rychło zaczęto nazywać Mszami Ludzi Gór. Mimo stanu wojennego odbywały się one bez zakłóceń; zawsze towarzyszył im helikopter, z którego zapewne robiono zdjęcia, ale nie było np. legitymowania uczestników. Tylko ks. Kazimierza odwiedzali od czasu do czasu "smutni panowie". - Przyszliśmy tutaj, drodzy moi, zamyślić się nad prawdziwym człowiekiem. Zostawiliśmy tam na dole ten świat kłamstwa, świat złudzenia, świat iluzji - mówił Tischner w sierpniu 1983. Słuchało go kilkaset osób. Słońce zdrowo przypiekało, ludzie osłaniali rękami rozgrzane głowy. Robiąc aluzję do stanu wojennego, Tischner przypomniał góralskie porzekadło: "Wse wiyrchowoł nie bees, ale byłoby źle, kieby cłek nigda nie wiyrchowoł". - Był cas w Polsce, cas wiyrchowania. Powiyrchowali my se troche. Wysło rozmaicie, ale nie bójcie sie - uspokajał. Podkreślał, że ważne jest, by umieć dać świadectwo temu "wiyrchowaniu", tej obudzonej ludzkiej godności. - Buduje sie kaplice partyzanckie i stawio sie partyzanckie cmentarze, a my przychodzimy od casu do casu, coby widzieć, ka jest to wiyrchowanie.

Msze Ludzi Gór miały ustalony porządek. Kapelani wychodzili wspólnie z Łopusznej albo każdy z miejsca, które mu było dogodne, i spotykali się pod kaplicą pasterską. Kiedy ks. Zązel się spóźniał, Tischner żartował, żeby się nie martwić, bo "psy po wsiach pospuscane i Władek na pewno juz dolatuje". A kiedy ten pojawiał się zdyszany, ksiądz Józek od razu komentował: "Trochę się biydok w ostatnich rokak zestarzoł, bo ledwo dolecioł. Na drugi rok, Władziu, bees musioł wyjść w sobotę". Tak było w latach 80., bo potem role się odwróciły i częściej w ostatniej chwili zjawiał się Tischner.

W małej zakrystii nad kaplicą kapelani zakładali sukniane portki, które przynieśli w plecakach. Tischner cieszył się jak dziecko widokiem góralskiego ubrania. - Jednego razu - wspomina ks. Zązel - kiedy my się juz tak ubrali, Józek popatrzoł na mnie i godo: "Wiys co, Władek? My oba to tacy naprowde!".
Tuż przed jedenastą wychodzili do ołtarza polowego w procesji, poprzedzani przez muzykę i poczty sztandarowe. Na ołtarzu czekały już przygotowane alby i ornaty. Dzieci z zespołów z Łopusznej i Nowego Targu śpiewały pieśń "Zatonie, zatonie..." - hymn turbaczowych spotkań. Potem następowała "witacka": ks. Tischner zwracał się do przybyłych księży, gości zagranicznych, muzyki i wszystkich, których "trza było powitać". Tych, których nie rozpoznawał, prosił o przedstawienie się. - To było takie zawiązanie wspólnoty, jakby znak pokoju już na początku Mszy - śmieje się ks. Zązel.

Wybuchy śmiechu i oklaski były oznaką, że zmęczony wędrówką i upałem tłum zaczyna nadstawiać uszu. "Witacka" stwarzała bowiem okazję do żartów, zwłaszcza ulubionego przez księdza Józka "zygania". W 1984 r. dostawało się szczególnie najbliżej stojącym: - Przyjechoł tyz ku nam Józek Bendyk z Szaflar. Sutanne se wzion, portki gdzieś zostawił. Nie wiym gdzie. A tu, po mojej lewej stronie, słynny gazda na Rusinowej Polanie, ojciec dominikanin, straśnie cięzko rynko dla grześników. A tyz i dla tyk, co na Mszy bez kosuli stojom i tak bez kosuli chcom Pana Boga kwolić. Mo tyz cięzkom rynke dlo tyk - no, nie widzym takik, ale jakby sie znaloz który, to, Leonard, w rynce twoje oddaje ciało jego. Tę ostatnią uwagę nagrodziły szczególnie gorące oklaski - wszyscy wiedzieli, że w tłumie są ubecy, a o. Leonard był znany ze swego nieprzejednanego antykomunizmu.
Lekcje czytano rozmaicie: raz w gwarze, raz "po pańsku". Po Ewangelii siadano i zapadała cisza. Czekano na pierwsze słowa kazania.

Kiedy w 1992 roku Oficyna Podhalańska wydawała zbiór góralskich homilii Tischnera zatytułowany "Boski młyn", ksiądz napisał doń krótki wstęp: "Nie nazywojcie tego ani kazaniami, ani homiliami, bo to nie to. Som to "ozmyślania z pokazywaniym i pokazywanie z ozmyślaniym". Jo stoje troche wysyj i pokazuje palcym świat i niebo, mówięcy: patrzojcie. Wy patrzycie. I tak se wej opowiadómy o myślach, wtore sie rodzóm. Kieby nie Wy, to by mnie nie było". W tych kilku zdaniach Tischner celnie charakteryzował własną metodę kaznodziejską - stosowaną nie tylko na Podhalu. "Pokazywanie z ozmyślaniym" to skupienie się na wybranym aspekcie rzeczywistości, na konkretnym ludzkim doświadczeniu i próba jego myślowego ogarnięcia.
Stały temat: wolność, śleboda. Najpierw - jak poczuć się ślebodnym w świecie, w którym wolność starano się ograniczyć. Później - jak jej mądrze używać. W tle zawsze był motyw tych, którzy byli znakiem wolności: zbójników, bez których "świat by sie zastoł", żołnierzy i partyzantów, działaczy ludowych, a także tych, którzy na tej ziemi pracowali i bycia wolnymi uczyli się w zmaganiu z naturą. Z tego tła Tischner wydobywał konkretne wskazówki dla słuchaczy.
- Skońcyły sie casy niewoli - wolnościom nos Bóg obdarowoł - mówił w 1993 roku. - Niegze sie kozdy zadumie nad tom swojom wolnościom. Nad tom sprawom: co on w ciągu tyk trzek, śtyrek roków z tom wolnościom zrobił? Niegze sie przyjrzy swojemu dziełu. Niegze sie dziecko przyjrzy swojemu szkolnymu świadectwu - to jest świadectwo jego wolności. Niegze sie gazda przyjrzy swojej gazdówce, gaździno - swojej gazdówce. Niegze kozdy - i tyn, co rządzi, i tyn, co jest rządzony - niek sie zapyto som siebie, sumiynio swojego: co on z tom wolnościom zrobił? Z tematu wolności wyrastały następne: miłość, honor, mądrość, wiara, odwaga, wspólnota, życie w iluzji i życie w prawdzie. Ten ostatni powracał dyskretnie od pierwszej Mszy do ostatniej. Tischner stawiał przed oczyma słuchaczy sylwetki ludzi, którzy wiedzieli, czemu warto poświęcić życie. "Ka skarb twój, hań serce twoje" - powtarzał. Dla lepszego opisania tych rozmaitych kwestii autor "Boskiego młyna" sięgał po dwa przede wszystkim źródła: po góralską pieśń i po opowiadania Kazimierza Przerwy-Tetmajera z tomu "Na Skalnym Podhalu". Z roku na rok w homiliach coraz więcej było miejsca dla śpiewu i cytatów z ulubionego autora, którego cenił za przenikliwość w ukazywaniu ludzkich dramatów. Nigdy jednak ani pieśni, ani tym bardziej fragmenty "Biblii Podhala" nie stawały się ozdobnikami - zawsze włączone były w główny nurt myśli. Wszystko było starannie zaplanowane. - Ksiądz Józik zawsze wcześniej przywoził lub podawał przez kogoś teksty pieśni, które mieliśmy przygotować - wspomina kierująca zespołem "Łopuśnianie" Stanisława Szewczykowa. - Nie było tak, żebyśmy szli pod Turbacz nie wiedzęcy, co śpiewać. Przeplatana śpiewem homilia trwała około pół godziny. - Na wolnym powietrzu nie słucha się łatwo - zauważa ks. Krakowczyk. - Ludzie przychodzili całymi rodzinami, trudno się było skupić. Do tego nagłośnienie nie było najlepsze. Jak ktoś zgubił wątek, to potem mógł już nie powiązać. Dlatego Ksiądz Profesor powtarzał główną myśl kilkakrotnie. Mówił wolno, odpowiedzialny za każde słowo.

Po "Wierzę w Boga..." i modlitwie wiernych (uczestnicy dobrze pamiętają donośny głos Józefa Różańskiego wołający: "Barz piyknie Cie pytooomy!") kapelani ogłaszali, na jaki cel przeznaczona będzie składka. Podczas Mszy odprawianych w kaplicy składki tradycyjnie nie zbierano, jednak w trakcie Mszy Ludzi Gór zdecydowano się odstąpić od tego zwyczaju, żeby wesprzeć odbudowę spalonego kościoła na Kowańcu czy ukończenie nowej świątyni w Kamesznicy, którą budował ks. Zązel. - Taki kościół kostuje cięzkie piyniądze - podkreślał Tischner - ale wy dawajcie te lzejse...

W czasie Mszy grała muzyka góralska, czasem też orkiestra dęta z Waksmunda. Patriotyczne i religijne pieśni śpiewał przy wtórze gitary akowiec Tadeusz Morawa. "To mają być Msze radosne, żywe, a nie pogrzebowe" - podkreślał wielokrotnie ich inicjator. Z roku na rok robiło się coraz ciaśniej nie tylko wokół ołtarza, ale i na samym ołtarzu - przybywało przede wszystkim puszek z komunikantami. Mimo to do Komunii było często tak wielu chętnych, że komunikanty trzeba było dzielić na pół.

Przed błogosławieństwem był czas na ogłoszenia. Ksiądz Józef jeszcze raz wracał do wątków poruszonych w kazaniu, czytał fragmenty "Wskazań dla synów Podhala" Władysława Orkana (uważał je za tekst programowy Związku Podhalan), informował o planach na przyszłość. Udzielał też głosu gościom; zazwyczaj były to okolicznościowe przemówienia, ale na przykład w 1987 r. ogromne wrażenie na słuchaczach zrobiło świadectwo trzydziestoletniego Michała, który pił od piętnastego roku życia. Pod Turbaczem spotkali się wtenczas członkowie klubów trzeźwościowych z całego Podhala.

- Kiedy myślałem, że nic nie jest już w stanie mi pomóc - mówił Michał - kiedy piłem, chociaż pragnąłem przestać, kiedy starałem się walczyć z tym stanem swojej psychiki, ale za każdym razem przegrywałem, wtedy na swojej drodze spotkałem ludzi z Nowego Targu. Ci ludzie pomogli mi zrozumieć istotę mojej choroby, pomogli mi wyjaśnić wiele rzeczy w swoim życiu i pozwolili mi stać się człowiekiem wolnym. Chciałem się dowiedzieć, skąd czerpią siły do tego, żeby pomagać innym bezinteresownie w czasach, kiedy praktycznie liczy się tylko pieniądz. Okazało się, że ich siła pochodzi od Chrystusa. Byli to pierwsi chrześcijanie, których spotkałem w życiu. Kiedy dwa lata temu byłem tu na Mszy, podczas takiej potwornej burzy, potwornego deszczu, byłem jeszcze człowiekiem zupełnie zagubionym i tak zazdrościłem Wam tego, że potraficie się cieszyć, że potraficie śpiewać, że potraficie być tacy wolni. Dzisiaj ja również czuję się człowiekiem zupełnie wolnym, czuję się szczęśliwy - dzięki temu, że spotkałem Chrystusa tu, na podhalańskiej ziemi, wśród Was. Bóg zapłać!

Na zakończenie Mszy śpiewano "Boże coś Polskę..."; w górze wyrastał wtedy las rąk z palcami ułożonymi w znak zwycięstwa. Potem muzyka i sztandary odprowadzały księży do kaplicy. Ludzie rozchodzili się po polanie, po lesie, palili ogniska, zabierali się do posiłku. Grała muzyka, były tańce i śpiewy. Kapelani zostawali na chwilę pogawędki, a potem schodzili w dół. Ksiądz Józek zawsze do Łopusznej; zatrzymywał się przy bacówkach, gdzie częstowano mlekiem, albo u gospodarzy na Zarębku, gdzie czekał placek z jagodami. Potem prowadził gości do swojej bacówki.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny