dotb.gif

„TP”, Nr 13 (2803), 30 marca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2803/wiara02.php

Drugi debiut gatunki
Piotr Śliwiński

„Dlaczego literatura katolicka we Francji wydała ponurego Bernanosa i Mauriaka, a w Anglii uroczo dowcipnego Chestertona i Marshalla” - zastanawiał się przed laty Jerzy Ziomek w książce "Wizerunki polskich pisarzy katolickich". Odpowiadając, wskazał na regułę opozycji, w pierwszym przypadku wobec tradycji racjonalistycznych, jasnych, w drugim wobec mentalności purytańskiej, nadto poważnej i pryncypialnej. Ranga „Adieu”, siła i słabość tego utworu, również dają się wyjaśnić za pomocą zasady kontrastu.

Niestety jednak - powieść Jana Grzegorczyka stoi naprzeciw pustki.

Urwane tradycje

Upłynęło już sporo czasu, od kiedy Hanna Malewska, Antoni Gołubiew czy Jerzy Zawieyski przestali być uważani za pisarzy nie tylko pierwszej rangi artystycznej, ale i za autorytety, towarzyszące duchowym rozterkom większej liczby czytelników. Dzisiaj czytani są rzadko, głównie przez specjalistów. Podobnie z Jerzym Andrzejewskim: jeżeli cokolwiek pozostało z nie tak dawnego zainteresowania dla jego twórczości, to odnosi się ono przede wszystkim do „Miazgi” oraz do innych późnych dzieł tego autora, debiutanckiego „Ładu serca” dotyczy zaś w stopniu niewielkim. Słowem, pozrywała się osnowa służąca katolickiej odmianie powieści, pewien model, który zresztą nigdy nie występował u nas w pełni dojrzałej postaci. Wraz z zanikaniem powieści katolickiej znikało też wyobrażenie, jakim ewentualnie sprawom miałaby ona służyć oraz czyje i jakie zaspokajać potrzeby. Gdy w 1991 roku Czesław Miłosz upominał się o ten rodzaj literatury, zmuszony był odwołać się do przykładów amerykańskich, a także wyliczyć niektóre podstawowe komplikacje związane z katolicką formacją. Bo katolicyzm przestał być dla nas problemem i wyzwaniem.

W tym miejscu ujawnia się drugi deficyt, z którym przyszło zmierzyć się Grzegorczykowi, deficyt refleksyjności i dyskusji, albo ściślej - ograniczenie ich do wybranych środowisk. Nie wystarczy oczywiście powiedzieć, że wynika on z płycizn naszej religijności, która reprezentuje typ „niedzielny„, obrzędowy, w najlepszym razie estetyczny, i nie przekłada się na etos obywatelskiej wytrwałości, na moralność pracy i zwykłych ludzkich relacji, a tym bardziej na postawę mistyczną czy kontemplatywną. To uogólnienie, tyleż dobre - bo „coś” w nim jest, co i niesprawiedliwe - bo przecież wielu ludzi wierzy i głęboko się nad swoją wiarą zastanawia. Niemniej żyjemy w poczuciu wielkiego przemilczenia, zakonserwowanego przez różne czynniki, na przykład przez długotrwałą i zrozumiałą obawę, że krytyka Kościoła osłabi najważniejszą instytucję alternatywną wobec komunistycznego państwa, lub osłabi ozdrowieńczy wpływ Papieża. „Adieu” pojawia się więc w momencie, w którym o Kościele najchętniej i, trzeba przyznać, najbardziej otwarcie zabierają głos... antyklerykałowie.

Podwójne unieważnienie, po pierwsze tradycji, z której mogłaby czerpać katolicka literatura i, po drugie, języka, w jakim powinna toczyć się debata o sprawach religijnych, również utwór Jana Grzegorczyka stawia w położeniu dwuznacznym, uprzywilejowanym i zarazem wyjątkowo trudnym. Z jednej strony korzysta on z przywilejów pionierskich, inicjuje bowiem rozmowę o kwestiach niewątpliwie ważnych i zaniedbanych, lecz z drugiej strony nie może skorzystać z doświadczeń pomocnych do tego, by rozmowę tę od razu wznieść na odpowiednio wysoki poziom. Dlatego też autor „Adieu„ wykonuje pracę, której sensem jest odrabianie zaległości.

Koszty pierwszeństwa

Widać to i w sferze, by tak rzec, światopoglądowej, i literackiej. Moralne kłopoty dzisiejszego świata nie ominęły duchowieństwa, które radzi sobie z nimi z trudnością nie mniejszą niż reszta społeczeństwa. Jak udźwignąć ciężar kapłańskiego życia w sytuacji wyczerpania się zapasów autorytetu i charyzmy, nagromadzonych w okresie, kiedy rola Kościoła i księdza wydawała się wszystkim a priori szczególna? Kiedy sposoby wypełniania odwiecznej misji trzeba zdefiniować od nowa, a na szacunek i posłuch zasłużyć? W centrum uwagi Grzegorczyka znajduje się oczywiście nie ksiądz-pijak, utracjusz czy karierowicz, lecz ksiądz zagubiony w swym powołaniu, zdany na przerażającą niepewność, sparaliżowany strachem przed rzeczywistością, która traktuje go obojętnie lub, co gorsza, zwraca się do niego nieznanymi językami. Ksiądz jest zatem tutaj przede wszystkim bliźnim, mającym te same problemy co my, z góry ani lepszym, ani gorszym, tylko bardziej samotnym. Samotność tę pogłębiają stosunki w Kościele, przeżarte służalczością, tak ułożone, by krytycyzm w sprawach wewnętrznych, indywidualizm i niezależność poszczególnych kapłanów nie zakłócały jego stabilności. Kościół przedstawiony w „Adieu” zdaje się nie rozumieć samego siebie i nie przyjmować do wiadomości zachodzących na zewnątrz procesów. Na oznaki kryzysu reaguje tym większym zamknięciem, demonstruje siłę, karząc nieposłusznych, próbuje dogadywać się z innymi siłami, na przykład z biznesem. Papieżowi stawia pomniki za podejrzane pieniądze, a sobie coraz wyższą fasadę, zza której nie widać jego własnej, rosnącej izolacji. Uderza ponury impas i bezradność garstki księży-intelektualistów.

Mimo słabości, a może właśnie razem z nimi, pozostaje Kościół częścią wielkiej misji, która nie straciła na aktualności. Jedno z kluczowych miejsc w powieści przywołuje naukę św. Katarzyny z Sieny o brudnych posłannikach przynoszących bezcenny, ratujący życie skarb, w innych miejscach spotykamy księży, reprezentuje ich Piotr, przyjaciel Grosera, niegdyś „zesłany” na prowincjonalną parafię, a także świeckich, robiących wiele dobrego, oddanych swej pracy, pożytecznych. Są też dostępne, choć z wysiłkiem, drogi tak wspaniałe, jak ta, którą jedna z bohaterek poznaje dzięki książce Henry'ego Nouwena „Ziarna nadziei”. Prowadzi przez poświęcenie się dla najciężej upośledzonych, będące bezcenną lekcją uczącą rozpoznawania wielkiego w słabym.

Z pewnością jest właśnie tak, jak chce Grzegorczyk, że tradycja i współczesne realia nie pozwalają się ująć w zwartą formułę. Jednak za zrozumiałą chęć bycia sprawiedliwym w stosunku do całej moralnej różnorodności autor płaci dość wysoką cenę. Przerywając milczenie, nie odważa się zadać podstawowego pytania o zło. Jaka jest jego przyczyna, skąd się wzięło, czy ma charakter personalny, czy tkwi w korzeniach instytucji? Kwestia posiada praktyczne konsekwencje: nie stawiając pytania o zło, pisarz rezygnuje z dramatyzmu, którego faktycznie w powieści nie ma, a ponadto skazuje głównego bohatera na wybory sentymentalne. Ksiądz Groser wyjeżdżający do Arki Jeana Vaniera po wszystkim, co go spotkało, jakoś maleje w oczach czytelnika. Spełnia bowiem swe pielęgnowane od dawna, idealistyczne marzenie, ale w żadnej mierze nie przyczynia się do naprawy mechanizmu, który go wykluczył. Okazuje pokorę wobec owej wielkiej misji, dając tym samym wyraz przekonaniu, że zło, jakiego zaznał, pochodzi od ludzi i wraz z nimi przeminie, czy na odwrót - powoduje nim osobliwa pycha, arystokratyczna skłonność do „bycia ponad„?

Powieść jako wehikuł

Patrząc od strony literackiej, „Adieu” jest montażem scen i epizodów, w którym próżno szukać zawiązków i kulminacji dramatycznej akcji. Konflikt zachowań nie przeobraża się w konflikt idei, strzelba, jaką na początku wydaje się Groser - ostatecznie nie wypali. Jakby pisarz obawiał się zwiększyć ciśnienie rzeczywistości na odbiorcę, nieprzyzwyczajonego przecież do otwartych debat o Kościele. Zależało mu chyba również i na tym, by powieść nie straciła na komunikatywności poprzez nadmierne skomplikowanie, by jej warstwa obyczajowa nie rozmyła się w filozoficznej i, wreszcie, by - choćby za cenę uproszczeń formalnych - ustrzec się uproszczeń i uprzedzeń etycznych i teologicznych, na przykład manichejskich. Taka parataktyczna (współrzędna, wyliczeniowa) kompozycja chroni „Adieu” przed artystyczną pretensjonalnością i dobrze służy transmisji odgłosów i obrazów ze świata księży, lecz - to druga strona medalu - nie sprzyja problematyzacji, nie sprzyjając zaś temu - wymusza stosowanie liczmanów.

Grzegorczyk wywołuje od czasu do czasu różne tematy znane opinii publicznej, a to lednickie mityngi Jana Góry, a to sprawę abpa Paetza, to znów Radio Maryja, to tytuły różnych czasopism, to wreszcie niezmienione lub zmienione nieznacznie nazwiska głośnych postaci. Ich funkcja znaków rozpoznawczych współczesności wydaje się wtórna, w pierwszej kolejności służą one zwięzłemu poinformowaniu, gdzie lokują się światopoglądowe sympatie narratora. Rzecz jasna obok Węcławskich, Oszajcy, „Tygodnika”, zdecydowanie nie po stronie Radia Maryja - czyli tam, gdzie moje. Jednak wspólnota przekonań nie cieszy tym razem aż tak mocno, ponieważ od powieści katolickiej - zwłaszcza, jeśli stara się ona dotknąć rzeczywistości gołą ręką - oczekiwać by można czegoś więcej. Czy na przykład Radio Maryja nie jawi się, i to właśnie w świetle obrazu Kościoła, jaki wyłania się z „Adieu„, jako swoista - niebezpieczna, lecz wytłumaczalna - symplifikacja chaosu panującego w instytucji, w duszach hierarchów i wiernych? Nie pociąga mnie założenie, iż wszyscy myślący wiedzą, co myśleć, bo nie wiem.

Trudność, o której była mowa we wstępie, spowodowana uwiądem tradycji literatury katolickiej, zaowocowała łatwością. Tak musiało być. Oczekiwanie, że Grzegorczyk jednym zamaszystym pociągnięciem nadrobi wszystkie braki, równałoby się naiwności. Jest więc łatwy w tym, że potwierdza rozmaite wyobrażenia na temat słabości polskiego Kościoła. Choć postępuje odważnie, przerywając martwą ciszę, to nie ma wątpliwości, że rewelatorskie zasoby „Adieu” prędko się wyczerpią, a i kształt literacki nie wytrzyma długodystansowej próby. Trzeba jednak podkreślić, iż z wyobrażeń potocznych Grzegorczyk wyciąga wnioski odmienne od przewidywanych, idzie pod prąd histerii, krytyce nie pozwala się zmienić w destrukcję, każe Kościołowi szukać trudnej prawdy o sobie.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl