dotb.gif

„TP”, Nr 13 (2803), 30 marca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2803/main02.php

Budowanie nowego ładu na Bliskim Wschodzie będzie trudniejsze niż sukces militarny


Koniec Husajna, co po Husajnie?

Wojciech Pięciak

Interwencja w Iraku potrwa dłużej niż kilka dni i nie obędzie się bez ofiar - także po naszej, alianckiej stronie. Naszej, bo sekretarz obrony USA potwierdził, że żołnierze jednostki „Grom” biorą „aktywny udział w kampanii w Iraku” u boku brytyjskich i amerykańskich oddziałów specjalnych. Przewaga koalicji sprawia, że los dyktatora jest przesądzony. Trudniej od celu militarnego osiągnąć będzie cel polityczny wojny: stworzenie nowego Iraku i lepszego systemu politycznego na Bliskim i Środkowym Wschodzie. Oraz naprawienie „szkód” w NATO, Unii Europejskiej i ONZ.

Gdyby szukać analogii, Irak - położony nad dwiema wielkimi rzekami, Tygrysem i Eufratem, obfitujący w ślady początków cywilizacji (teraz niewiele z nich zostało, także za sprawą Husajna) i posiadający drugie co do wielkości złoża ropy naftowej na świecie - można określić jako „Jugosławię Bliskiego Wschodu”. Podobnie jak Jugosławia, współczesny Irak powstał po I wojnie światowej, jako stworzony odgórnie (przez Brytyjczyków) zlepek narodów, w sztucznych granicach trzech wschodnich prowincji Imperium Osmańskiego, które rozpadło się po 1918 r. Podobnie jak w państwie marszałka Tito, w Iraku wielką rolę odgrywała zawsze armia i struktury siłowe, utrzymujące ów twór w całości.

Podobnie jak Jugosławia pod władzą Miloševicia, również Irak - od początku absolutnego panowania Husajna w 1979 r., poprzedzonego 10-letnim okresem jego nieformalnych rządów jako dowódcy armii, w której odpowiadał za "czystki", podporządkowujące wojsko władzy partii Baas - stał się źródłem agresji i destabilizacji w całym regionie. Z tą różnicą, że rozpoczęte przez Miloševicia wojny bałkańskie nie mogą równać się z ludobójstwem dokonywanym przez Husajna wobec swych obywateli i sąsiadów. Pod względem jakościowym, Husajn zasłużył raczej na miano „Stalina” („Hitlera”) Bliskiego Wschodu - także jako prezydent, premier, szef jedynej partii, generał i naczelny dowódca w jednej osobie (generałem mianował się sam; za młodu nie przyjęto go do szkoły oficerskiej).

Lista jest długa. Odwołując się na różnych etapach swych rządów do haseł narodowych, tzw. panarabskich (idei zjednoczenia Arabów, rzecz jasna pod jego wodzą), socjalistycznych (upaństwowiona gospodarka i rządy jednej partii Baas), początkowo antyreligijnych, a także antyżydowskich (zniszczenie Izraela to stałe hasło) - Husajn stworzył specyficzny, choć nie oryginalny system władzy, opierający się na przemocy i lojalności wobec „wodza”. Jednym z jego ustrojowych filarów było tworzenie równoległych instytucji, np. „armii obok armii”: nie ufając swym generałom i w ogóle regularnej armii (która w historii Iraku organizowała spiski i pucze, obalając w 1958 r. króla, a potem kolejne rządy), Husajn stworzył osobną, 80-tysięczną Gwardię Republikańską oraz (jako „elitę w elicie” reżimu) Specjalną Gwardię Republikańską (kilkanaście tysięcy ludzi, dobranych z klanu "wodza" bądź z rodzin związanych ściśle z reżimem). Kontrolę nad wszystkim, co dotyczyło broni masowej zagłady - czyli nad rozwojem, produkcją i użyciem broni biologicznej i chemicznej oraz pracami nad bronią atomową - sprawowały właśnie oddziały gwardyjskie, podporządkowane nie sztabowi armii, ale osobiście Husajnowi. Wojna dla Irakijczyków - Arabów, Kurdów i innych - nie zaczęła się 20 marca 2003, ale trwa od lat. Od początku swych rządów Husajn mordował realnych i urojonych oponentów we własnych szeregach, dławił krwawo kolejne powstania organizowane co jakiś czas przez Kurdów na północy i szyitów na południu Iraku (używając przy tym broni chemicznej), atakował sąsiedni Kuwejt oraz przeprowadzał systematyczne „czystki„ w armii. Nie krył, że chciałby zaatakować Izrael i opisał to nawet w książce z 1977 r. pod tytułem "Nasza walka i polityka międzynarodowa" (pierwowzór nazywał się „Mein Kampf” - moja walka...). Zabrakło mu jednak możliwości politycznych (nie sąsiaduje z Izraelem) i technicznych: kiedy był o krok od skonstruowania bomby atomowej w reaktorze w Osirak (oficjalnie służącym zaopatrzeniu w energię), przy budowie którego pomagała Francja - Izrael wolał nie czekać i posłał lotnictwo, które reaktor zniszczyło.

Destrukcyjna rola Iraku nabrała dodatkowego, globalnego wymiaru po 11 września. Nawet jeśli związki między „terrorystyczną międzynarodówką” a Husajnem opierają się na poszlakach (choć jest niemal pewne, że agenci iraccy brali udział w przygotowaniu pierwszego, nieudanego ataku na World Trade Center w 1993 r.), to Stany Zjednoczone uznały, że nie będą czekać, aż dyktator z Bagdadu użyczy swej wiedzy bądź zapasów broni masowej zagłady bin Ladenowi lub innym fanatykom.

Wszystkie stare i nowe rachunki sprawiają, że nawet jeśli na ulicach arabskich miast tłumy protestują dziś przeciw Ameryce i interwencji w Iraku, to Husajna nie będą opłakiwać ani duchowni islamscy (religię traktował on zawsze instrumentalnie), ani rządy państw arabskich - mimo że to one, choć w 1991 r. popierały działania koalicji antyirackiej, wpłynęły na Busha-seniora, by po wyzwoleniu Kuwejtu zatrzymał alianckie kolumny pancerne przed Bagdadem. Przeważyła wtedy obawa, że upadek Husajna to rozpad Iraku i chaos w regionie. A nikt nie miał pomysłu, co zrobić, by z tego chaosu narodziła się nowa jakość.

Dziś jest inaczej, także dlatego, że Bush--junior, nie będąc politycznym zakładnikiem krajów arabskich, może jasno określać cele tej wojny: militarne, czyli rozbrojenie i obalenie reżimu Husajna, oraz polityczne, czyli nie tylko zmiana systemu władzy w Iraku, ale także ostrzeżenie pod adresem wszystkich innych reżimów na świecie. Można to określić jako „doktrynę prewencyjną”, w której wojna postrzegana jest jako środek odstraszający. Bush, jak zauważył jeden z komentatorów, realizuje coś, co było dotąd nieobecne w myśleniu politologów i polityków: przekształca "doktrynę odstraszania", znaną z lat „zimnej wojny” między USA a ZSRR (gdy „odstraszanie” traktowane było jako środek, mający zapobiec wojnie) w nowe myślenie geopolityczne, w którym jest miejsce na wojnę. Wojnę postrzeganą jako środek, mający odstraszyć terrorystów, a przede wszystkim ich potencjalnych mocodawców - państwa i dyktatorów. Przekaz brzmi: nie ma miejsca na świecie, w którym mogliby ukryć się ludzie, gotowi masakrować niewinnych w Nowym Jorku czy gdzie indziej, i nie ma kraju, który nie zostałby pociągnięty do odpowiedzialności za udzielenie im schronienia bądź poparcia. Iinna sprawa, że takie myślenie kryje także niebezpieczeństwa, jeśli np. USA miałyby same określać, co im zagraża i bez oglądania się na nikogo przeciwdziałać im; nie jest to jednak przypadek Iraku.

Irak - to wojna nowego typu również w tym sensie, że jej założeniem jest świadome minimalizowanie strat ludności cywilnej. Zważmy: w ciągu całej operacji w Afganistanie miało zginąć, wedle różnych danych, do kilku tysięcy cywilów, gdy np. w latach 1944-45 podczas alianckich nalotów na wojska niemieckie i infrastrukturę w okupowanej Europie zginęło aż 65 tys. Francuzów, Holendrów i Belgów; do tego trzeba doliczyć kilkadziesiąt tysięcy nie-Niemców - więźniów kacetów i robotników przymusowych - którzy zginęli w nalotach na niemieckie miasta. Nowa wojna jest złem, jak każda wojna - ale „złem mniejszym”; „większym” może stać się uderzenie terrorystyczne w jakieś miasto, tym razem nie przy pomocy porwanych samolotów pasażerskich, ale np. niedużej bomby atomowej albo broni biologicznej. Takiego myślenia w warunkach nowych zagrożeń nie zrozumieli najwyraźniej niektórzy sojusznicy Stanów Zjednoczonych (np. Chirac i Schröder). Ale to nie oni stali się 11 września celem ataku; celem była Ameryka, która dziś czuje się zagrożona i postrzega siebie jako kraj w stanie wojny.

W tym miejscu trzeba powtórzyć pytanie, które często pojawiało się w ostatnich miesiącach: czy nie było innej drogi niż siłowe usunięcie Husajna? Inaczej: czy rozbrojenie Iraku - cel, który sformułowała ONZ - musi nieuchronnie prowadzić do upadku Husajna? Na to pytanie odpowiedział sam dyktator: on najlepiej zrozumiał, że rezygnując ze swych siłowych atrybutów - w tym z części broni konwencjonalnej, ale przede wszystkim z broni masowej zagłady - pozbawiłby się nie tylko instrumentów dla budowania „imperium wszystkich Arabów”, ale także dla zabezpieczenia swej władzy od wewnątrz. Tym przede wszystkim należy tłumaczyć tak wielki, z pozoru bezsensowny opór Husajna przed spełnieniem żądań ONZ.

Kluczową teraz kwestią nie jest, czy działania wojenne potrwają kilka dni czy kilka tygodni - choć naturalnie im szybciej się skończą, tym lepiej - ale: co zrobić z Irakiem po Husajnie? Demokracja? Państwo federacyjne? I czy zadziała „teoria domina”, a nowy Irak stanie się zaczynem demokracji w świecie arabskim? Demokratyczny Irak nie jest pomysłem Busha: już w 1998 r. Kongres USA przyjął tzw. Iraq Liberation Act, wzywając prezydenta Clintona do działań na rzecz zmiany władzy w Bagdadzie.

A co z całym regionem, zwłaszcza z konfliktem izraelsko-palestyńskim? Że to może być problem większy niż wygranie wojny, pokazuje przykład Afganistanu - uwolnionego od talibów, ale nadal niestabilnego. Niemniej w Afganistanie i nie tylko tam widać coraz wyraźniej kontury amerykańskiej strategii, która - starając się dopasowywać do historii i mentalności świata arabskiego - zmierza do osłabiania wrogów modernizacji w krajach muzułmańskich. Jeżeli Polska jest dziś wśród krajów, popierających czynnie obalanie Husajna, to motywem naszym - podobnie jak wielu innych państw Europy Środkowej i Wschodniej - jest także to, co neutralny, bo nie wywodzący się ani z Europy „starej”, ani „nowej” komentator szwajcarskiego dziennika „Neue Zürcher Zeitung” nazwał „szkołą dyktatury”. Wedle niego to „wryte w pamięć [narodów byłego bloku komunistycznego - red.] doświadczenia historyczne” sprawiają, że narody te "występują przeciw frakcji europejskich pacyfistów (...) i za zdecydowanym amerykańskim działaniem wobec tyrana z Bagdadu". Doświadczenie dwóch totalitaryzmów sprawia, że krajom Europy Środkowo-Wschodniej „obca jest tolerancja wobec dyktatorów i obcy jest też pesymizm, który głosi, że z chaosu, jaki pociąga za sobą rozpad, wyniknąć może wyłącznie chaos jeszcze większy”.

Przed 1939 r. wielu Europejczyków uważało, że opór wobec Hitlera jest niewskazany, bo może prowadzić do powtórki koszmaru lat 1914-18. Koszmar i tak się powtórzył, w formie jeszcze straszniejszej. Także w czasie „zimnej wojny” wielu na Zachodzie sądziło, że opozycja przeciw komunizmowi w krajach podporządkowanych ZSRR jest groźna „dla pokoju i odprężenia” w Europie. Po 1989 r. historia pokazała, że chaos rozpadu może prowadzić także do czegoś dobrego.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl