dotb.gif

„TP”, Nr 13 (2803), 30 marca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2803/kultura06.php

Malarstwo europejskie XVII i XVIII wieku ze zbiorów polskich i amerykańskich


Spotkanie z obrazami, spotkanie obrazów

Bogusław Deptuła

"Malarstwo lustrem jest odbijającym, w którego wnętrzu cały świat istnieje (...) Jest to świata ozdoba, jest to skarbiec zawierający w sobie naturę i sztukę". Nie sądzę, by o dzisiejszym malarstwie można by napisać tak samo, ale ten cytat z XVII-wiecznego autora, Marco Boschiniego, odnosi się do obrazów dawnych mistrzów.
W warszawskim Muzeum Narodowym trwa właśnie wystawa europejskiego malarstwa XVII i XVIII wieku z jego zbiorów i ze zbiorów muzeów amerykańskich. Przyjechało do nas bowiem dwanaście obrazów europejskich mistrzów jako rewanż strony amerykańskiej za wystawę "Leonardo da Vinci and the Splendor of Poland" pokazywaną w Milwaukee, San Francisco i Houston. W tym zestawie znalazło się siedem portretów, trzy sceny rodzajowe i dwa pejzaże.
To rzeczywiście dzieła w większości znakomite, ale stworzenie z nich wystawy o jasnym i wyraźnym programie było zadaniem karkołomnym. Wszystkie czterdzieści siedem obrazów zestawiono w czterech grupach, dość umownych: "Człowiek między Biblią a mitologią", "Człowiek: obraz w zbliżeniu", "Człowiek wobec otaczającej go rzeczywistości: świat widziany skrupulatnym okiem", "Człowiek i natura". Autorką koncepcji, scenariusza i komisarzem wystawy jest Maria Kluk z warszawskiego muzeum, która, jak się wydaje, wybrnęła pomyślnie z tej skomplikowanej łamigłówki.
Wystawę można oglądać na wiele sposobów i pewnie wszystkie one są równoprawne. Znajdziemy tu wątki rembrandtowskie, choć niestety bez autorskiego dzieła mistrza. Obrazy Dou, Bola, Noordta i Victorsa, szczególnie portretowa para tego drugiego, to wspaniałej jakości realizacje w typie młodego Rembrandta. Dopełnieniem ich są dwa obrazy XVIII-wiecznych Francuzów: Grimou maluje w duchu wielkiego Holendra, a Fragonard podejmuje temat i tworzy jego swobodną kopię. Portret Stasława Mniszka, pędzla Gerarda, można obejrzeć jako nawiązanie do skromnego holenderskiego portretu mieszczańskiego, choćby takiego jak wiszące obok dzieła Victorsa. Z kolei "Mars" Honthorsta, obraz niezbyt wybitny, to przykład inspiracji dla sztuki Rembrandta malarzem o pokolenie wcześniejszym. Te rembrandtiana znajdują się w różnych częściach ekspozycji, więc to trop nie całkiem oczywisty.
Dla przywiezionych z Ameryki obrazów konteksty budowane są w bardzo różny sposób. "Mojżesza" de Champaigne'a zestawiono z jego "Portretem kardynała Richelieu". Kontekstem zaś dla tego dzieła jest inny portret autorstwa Nasona. Podobny czas powstania, podobny format, podobnie ważne osoby portretowane. Jednak Richelieu jest spowity wyłącznie w czyste malarstwo, czyli mieniący się mnóstwem tonów róż kardynalskiego płaszcza, gdy tymczasem Johan Maurits graf van Nassau-Siengen na swym portrecie ma wkoło wszystko, co tylko jeszcze mogło podkreślić jego znaczenie: zbroje, ordery, armatę, mapę i małego murzynka. Co więcej, to też jest dobry obraz, tylko kompletnie inaczej pomyślany i zrealizowany.
Jeszcze inaczej można zobaczyć oba te portrety, gdy zestawimy je z najlepszym z pewnością obrazem przywiezionym z Ameryki, a mianowicie portretem Dom Ramona de Posada y Soto, pędzla Goi. To przedstawienie kameralne, wręcz prywatne, i mimo że mamy przed sobą osobę dość ważną, to cały ceremonialny sztafaż stał się zbyteczny; został człowiek i genialny malarsko zapis spotkania z świetnym portrecistą.
Zaskakująco wypada inne spotkanie: "Pasterki" Fragonarda i kąpiących się nimf Norblina. Przy przesłodzonym obrazku Fragonarda, utrzymanym całkowicie w stylu jego nauczyciela Bouchera, o wiele swobodniejszy, szkicowy i stonowany w kolorach obraz Norblina wygląda znakomicie. Nie chcę tym samym powiedzieć, że trzeba coś przemieniać w ustalonych hierarchiach historii sztuki, a jedynie, że warto oglądać obrazy, a nie tylko czytać podpisy pod nimi, choć i te są ważne.
Nie wymieniłem wszystkich dzieł przywiezionych zza oceanu, a zostały jeszcze płótna van Dycka, Chardina, Canaletta, Lorraina... One jednak na pewno nie umkną uwadze zwiedzających, chciałbym natomiast zwrócić uwagę na obrazy z polskich zbiorów, bo jest wśród nich kilka dotychczas nie pokazywanych albo słabo znanych.
Londonio, Mutoni, Codde to może nie są nazwiska powszechnie znane, ale obrazy piękne. Ciekawostką jest dzieło naśladowcy Ter Borcha "Kobieta czytająca książkę". Wiele tu świetnie malowanych detali, choćby metalowych, błyszczących naczyń i sprzętów. Jest też utkwione w nas spojrzenie służącego, który jakby się wahał, czy przerwać lekturę damie; a wreszcie i fragment jej twarzy odbijający się w niewielkim lustrze. Do tego czerwień obrusa i zieleń kaftana służącego; jeden niewielki obrazek, a ilu może dostarczyć wzruszeń.
Natomiast z Ameryki właśnie powrócił jeden z najpiękniejszych obrazów europejskich w naszych zbiorach: Saenredama "Wnętrze kościoła św. Bawona w Haarlemie". "Jest to zresztą obraz wart szczególnej uwagi także ze względu na ostatnio dokonaną jego konserwację, przeprowadzoną w J. P. Getty Center w Los Angeles" - napisała Maria Kluk. Niewielki obrazek utrzymany w bielach i szarościach świeci prawdziwym światłem dnia.

"Konfrontacje, inspiracje, spotkania. Arcydzieła malarstwa europejskiego z muzeów amerykańskich i polskich." Kurator wystawy Maria Kluk, Muzeum Narodowe w Warszawie 28 lutego - 4 maja 2003.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl