|
„TP”, Nr 13 (2803), 30 marca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2803/kultura01.php
O Hannie Malewskiej w 20. rocznicę jej śmierci
Człowiek, dzieło, tajemnica
Z Haliną Bortnowską rozmawia Tomasz Fiałkowski
TOMASZ FIAŁKOWSKI: — Hanna Malewska: świetna pisarka, twórczyni miesięcznika
"Znak". Ci, którzy się z nią zetknęli, wiedzą, że była kimś wyjątkowym,
a równocześnie trudno o tym mówić; paraliżująco działa świadomość, jak niechętna
była ona sama kierowaniu uwagi na swoją osobę. Mam jednak poczucie, że trzeba tym
razem postąpić wbrew niej.
HALINA BORTNOWSKA: — Była osobowością tak potężną, że jeszcze dzisiaj niechętnie
się jej przeciwstawiam.
— Ale to nasz obowiązek — łatwiej przypomnieć dzieło, gdy się pokaże człowieka, który
za tym dziełem stoi.
— Cóż, próbujmy...

— Pracowałaś z Hanną Malewską w miesięczniku "Znak" przez dwanaście lat.
Pamiętasz pierwsze spotkanie?
— Pamiętam doskonale. To był chyba rok 1961, Stefan Wilkanowicz ściągnął mnie na wstępną
rozmowę. Potem poszliśmy na obiad do Grand Hotelu na Sławkowską, dokąd się
tradycyjnie z panią Hanią chodziło, i moje przyjęcie do redakcji uczciliśmy
kieliszeczkiem wiśniówki. Czułam od razu, że znajdę tam swoje miejsce, no i że
warunki ulegną urealnieniu, bo początkowo zaproponowano mi 600 złotych do wyrobienia w
wierszówce, a ja 600 złotych musiałam zapłacić za studencki pokój...
Od początku miałam wrażenie, że staję się częścią jakiegoś organizmu. Trochę
jak na stacji kosmicznej nad planetą Solaris.
— A pani Malewska była solaryjskim Oceanem?
— Naprawdę tak uważam. Była w niej zarówno tajemniczość, jak i trudno zrozumiałe
przenikanie nas i naszych planów. Niespodziane odpowiedzi na nie zadane pytania.
— Czy to nie był rodzaj łagodnej dyktatury, która odbiera współpracownikom
samodzielność i pozbawia ich twórczej inicjatywy?
— Jakiś potencjał zdołaliśmy jednak zachować, bo poradziliśmy sobie później w życiu...
Mówiąc serio: to nie była dyktatura, raczej rodzaj wchłonięcia. Owszem, było miejsce
na naszą inicjatywę, ale musiała zostać wlana w system. Czasem poszczególne osoby
bardziej samodzielnie redagowały konkretny numer, jeśli jednak na przykład ktoś zamówił
tekst, a pani Malewskiej on się nie spodobał — nic nie można było zrobić. Twoje
zobowiązanie wobec autora było bez znaczenia, liczyło się tylko to, że tekst nie spełnia
standardów. Bezpieczniej było wkładać własne pomysły do puli i zobaczyć, co z tego
wyniknie.
— Podobno Hanna Malewska czytała wszystkie teksty przeznaczone do numeru.
— Absolutnie wszystkie i to kilka razy. Wiedzieliśmy więc, że cokolwiek przeoczymy
przez nieuwagę czy lenistwo, i tak zostanie przez nią poprawione. Staraliśmy się
jednak to, co robimy, robić porządnie; przy niej nie wypadało uprawiać fuszerki.
— W czym widziałabyś główne rysy czy wektory jej koncepcji "Znaku"?
— Trudno mówić o linii, chyba że chodzi o linię pewnego rodzaju perfekcji. Materiał
musiał naprawdę być wysokiej klasy. I wokół tych bardzo dobrych materiałów coś się
układało: skomplikowane, delikatnie wyważone całości, wiele mówiące zestawy tekstów.
— Chodzi mi nie tyle o linię programową, ile o kierunki, w które ona patrzyła najchętniej
i z największą ciekawością.
— To się zmieniało: "Znak" szukał aktualności. Ale oczywiście pozostawała
historia i różne sposoby jej uprawiania: dojrzałe, mądrościowe, a zarazem źródłowe
podejście do historii. Bardzo ważny w latach 60. był Kościół i przemiany soborowe,
widziane też w perspektywie historycznej.
— A zbliżenie między chrześcijaństwem a rozmaitymi kierunkami filozofii XX wieku?
— Tu właśnie dotykamy paradoksu wchłaniania i przetwarzania wpływów. Kiedy pani
Malewska spotkała Tischnera i Stróżewskiego, wtedy oczywiście "Znak" wchłonął
to, co oni z sobą przynieśli.
— Więc jednak wspólne dzieło?
— Cały czas podkreślam, że ono było wspólne! Zespół nie był zresztą liczny, ale
dochodzili goście. Na przykład Henryk Elzenberg, który kilkakrotnie odwiedził
"Znak" i były to ważne wizyty. Albo profesor Antoni Kępiński.
— A jak "Znak" radził sobie z naciskami zewnętrznymi? Była oczywiście
cenzura, ale czy nie krytykowano was w Kościele za nadmierną otwartość?
— Nikt się zanadto nie przejmował tym, że ktoś się zmarszczył, a ktoś skrzywił.
Uważaliśmy, że jak pająk musi snuć swoją pajęczynę, tak i my musimy
"Znak" redagować, najlepiej jak potrafimy.
— Jak w ostatniej scenie z powieści ,,Przemija postać świata": świat runął w
gruzy, a mnisi w skryptorium przepisują "Ortografię"...
— Owszem, mieliśmy poczucie misji i przekonanie, że mamy zastawić nasz stół najlepiej
jak potrafimy. Tak bardzo się nad tym skupialiśmy, że nie zwracaliśmy uwagi, czy ktoś
się nam przygląda.
Ja akurat miałam szczególne przygotowanie do tego, żeby znaleźć się w roli kogoś,
kto przy tym stole posługuje. Wychowałam się intelektualnie i duchowo na 35 pierwszych
numerach "Znaku", wydanych do zamknięcia pisma w roku 1953. W Instytucie
Katolickim, w którym się kształciłam w początkach lat 50., żeby zostać katechetką,
te 35 numerów, każdy oprawiony w twardą okładkę, stanowiło rodzaj Biblii. Studiowało
się je drobiazgowo, układało się w oparciu o nie programy. Kiedy po Październiku
"Znak" zaczął się znów ukazywać, czuliśmy się tak, jakby ktoś zaczął
dopisywać do Biblii nowe księgi... Tamte studia zaszczepiły mi przekonanie, że gdzieś
istnieją czytelnicy, którzy konsumują "Znak" podobnie jak ja. Istnieją albo
będą istnieć, my zaś produkujemy zapasy do spiżarni.
— Wspomniałaś już nazwiska Tischnera i Stróżewskiego — a jaka była w piśmie rola
Anny Morawskiej? Hanna Malewska nazwała ją kiedyś swoją najbliższą przyjaciółką.
— To była osoba niezwykle dla niej ważna. Pani Malewska, z całą jej ogromną wewnętrzną
autonomią, wyrosła jednak w środowisku religijnie dość tradycyjnym. A doświadczenia
Anny Morawskiej były doświadczeniami typowej polskiej inteligencji: jeżeli ktoś odkrył
dla siebie religię, musiał ją wszczepić w laicki etos zupełnie innego typu. Pani
Hania darzyła takie poszukiwania ogromnym szacunkiem i chciała, by "Znak" im
towarzyszył. Bohdan Cywiński, jej następca i naczelny "Znaku" w latach
1973-78, świetnie wszedł w ten trop.
— Morawska wychodziła ku innym wyznaniom chrześcijańskim i innym religiom. U Malewskiej
także pojawia się, i to bardzo wcześnie, szerokie ponadwyznaniowe spojrzenie na jedność
w wierze. Przecież drugim skrzydłem opowiadania "Sir Tomasz More odmawia" jest
"Koniec Cranmera", gdzie męczennikiem staje się z kolei przeciwnik Tomasza...
— To jak najbardziej ortodoksyjne rozumienie tego, czym jest wiara. Malewska i Morawska
tutaj się spotykały. Zbliżała je też pracowitość i oszczędność w sensie
tworzenia sobie możliwości pełnego skupienia. Od Anny słyszałam często: do niczego
nie dojdziesz, bo za bardzo się rozpraszasz. Za dużo przedsięwzięć, ludzi, bieganiny.
W karceniu mnie była surowsza niż pani Hania.
— Pracowitość i skupienie dają widać skutki: ,,Żelazna korona" napisana została
przez młodą kobietę, która ledwie przekroczyła dwudziestkę! W tym wieku, niezależnie
od płci, pisze się raczej wiersze i rozmaite odmiany "Cierpień młodego
Wertera", a nie epicką powieść o cesarzu Karolu V.
— Ten przykład zdaje się wskazywać, że niesamowita zdolność koncentracji, którą
mogłam na co dzień obserwować, cechowały Malewską już w młodości. Ważne jest
jeszcze coś: mówiła nam zawsze, że pisanie powieści to wejście w inny świat, który
stopniowo zdobywa autonomię. Powieściowe postaci uzyskują wewnętrzną logikę, trzeba
się jej podporządkować. To także rodzaj wolności od siebie.
Coś mi się w ogóle wydaje, że ludzie mają znacznie większe możliwości niż to się
normalnie objawia, tylko że egocentryczne elementy ich osobowości zjadają ten potencjał.
A Hanna Malewska była jak skoncentrowany uran...
— Cechowała ją umiejętność wyrzeczenia i zdumiewająca asceza, która była czymś całkiem
naturalnym, pozbawionym ostentacji.
— Nie wiem, czy słowo ,,naturalny" jest odpowiednie, ona sama chyba nie uważała,
że cokolwiek naprawdę ważnego dzieje się w człowieku, jest samą tylko naturą. Dla
niej to był raczej dar, owoc wewnętrznego dialogu. Jej dialog z Bogiem był takiej
intensywności, że w naturalny sposób uwalniał ją od przejmowania się rzeczami zewnętrznymi.
Ale to była także ogromna duchowa autonomia wielkiej damy. W ,,Apokryfie rodzinnym"
widać wyraźnie, jak bardzo Malewska ceniła ten rodzaj wychowania, w którym ludzie
uzyskują przekonanie, że sami tylko siebie sądzą, że nie jest ważne, co inni o nich
pomyślą, i przez to nie tracą czasu ani na egocentryzm, ani na uzależnianie się od
czyjejś oceny czy reakcji. To olbrzymia oszczędność czasu i energii, kiedy ktoś nie
uczestniczy w grze wpływów i znaczenia, chociaż jednocześnie ogarnia ją
intelektualnie. Jestem przekonana, że gdyby Hanna Malewska chciała w nią grać, byłaby
mistrzem.
— "W zręcznościach swego wieku nie raczyła się ćwiczyć" — Irena Sławińska
użyła tej norwidowskiej formuły podczas pogrzebu Hanny Malewskiej. Taką postawę
spotyka się dziś niezmiernie rzadko — a ona doprowadzała ją do skrajności. Włącznie
z odsunięciem na bok potrzeb zewnętrznych. Starczy wspomnieć sublokatorski pokój, w którym
spędziła ostatnie trzy dziesięciolecia swego życia. Ks. Adam Boniecki opowiada, jak wręczyła
mu kiedyś kopertę z nagrodą, którą właśnie dostała, żeby rozdał pieniądze
potrzebującym, innym razem poprosiła, żeby w tym samym celu sprzedał sznur bursztynów
czy korali. Na początku stanu wojennego przynieśliśmy jej jakieś włoskie pierożki z
tak zwanych "zrzutów". Nigdy nie widziałem pani Malewskiej tak zirytowanej:
kazała nam te pierożki natychmiast zabrać.
— Wszystko to widzę jako jeden przedłużający się, obejmujący różne sfery ruch
upraszczania życia, by zrobić miejsce na twórczość i — tak uważam — na wewnętrzny
dialog z Bogiem.
— Jeżeli jednak taki opis przeczytają ludzie, którzy Hanny Malewskiej nie znali, może
im się wydać odpychającą ascetką. Tymczasem była to osoba ciekawa świata i pełna
życzliwej uwagi dla drugiego.
— Wizyty u niej — zawsze jakiś alkohol, kieliszek dla gościa ustawiony na szerokiej poręczy
zapadniętego fotela... Starczy zresztą sięgnąć do jej powieści, by zobaczyć, z
jakim zachwytem postrzegała świat także w jego zmysłowej warstwie. Tak odbierała i
ludzi, i zwierzęta, i całą przyrodę, i zabytki.
— Jej asceza nigdy nie była wyrzutem wobec innych, że nie postępują tak samo.
— Wręcz przeciwnie. Doskonale wiedziała, że ludzie są pod tym względem różni i każdy
musi pozostać sobą. Ale równocześnie trochę się też i dziwiła, nieco podobnie jak
Karol Wojtyła, jeśli ktoś z przyjaciół ustawiał sobie poprzeczkę dużo niżej niż
powinien. A jeśli uważała, że ktoś się nie wywiązuje z obowiązku twórczości, miała
poczucie zawodu.

— Redagowanie "Znaku" było rodzajem służby, ale w swoim życiorysie Hanna
Malewska miała kartę służby rozumianej całkiem dosłownie: była kapitanem AK,
pracowała w komórce szyfrów Komendy Głównej...
— Kiedy przesiadywaliśmy czasem w "Znaku" do późna w noc, by ratować tekst
pocięty przez cenzurę, słyszeliśmy od pani Hani w nagrodę, że teraz w redakcji jest
jak w komórce szyfrów. Była bardzo zadowolona, że ludzie z poświęceniem w czymś dłubią
i nie pytają, która godzina. Nigdy się nam nie udało wydobyć z niej żadnych wspomnień,
ale ten komplement był komplementem najwyższym.
— Kiedy czytamy szkice zebrane w tomie "O odpowiedzialności", uderza niezwykły
dla Malewskiej ton emocjonalnej żarliwości w krótkich tekstach, które tuż po wojnie
pisała o Powstaniu Warszawskim.
— Dlatego cieszę się, że dożyła jednak kolejnego zrywu, a nie dożyła jego
degrengolady. Chłopcy z nowohuckiej "Solidarności", których kiedyś do niej
przyprowadziłam, zachwycili ją, oglądała ich prawie jak Ostrogotów. "Solidarność"
była dla niej na pewno wielką pociechą, podobnie jak fakt, że solidarnościowy zryw
nie dał się stłamsić. Jakaś odrobina zmiłowania się jej w ten sposób dostała — bo
poza tym nic nie było jej darowane.

— Czas porozmawiać o ostatnich latach życia Hanny Malewskiej. Skąd jej niespodziewana
decyzja o odejściu ze "Znaku"?
— Ona zawsze mogła robić coś tylko w pełni i całkowicie. A w jej ocenie przyszedł
wtedy właściwy moment, by jej następca, Bohdan Cywiński, przejął "Znak",
by oddać mu pole.
Czuła jednocześnie upadek sił — i tutaj dochodzimy do sprawy, o której trudno mi mówić.
Jej choroba została źle zdiagnozowana, nie rozpoznano rozwijającej się gruźlicy.
Wobec tego była źle leczona. A uboczne skutki złego leczenia pogłębiały jeszcze
dolegliwości wywołane chorobą.
— Jej ostatnią książką był ,,Labirynt", wydany w roku 1970. Przez 13 następnych
lat publikowała już tylko krótkie teksty i tłumaczenia. Kiedy ją poznałem jako świeżo
upieczony redaktor "Znaku", jesienią roku 1980, była wciąż zainteresowana światem,
domagała się nowin, ale czytała niemal wyłącznie powieści kryminalne.
— W szpitalu, podczas ostatniej choroby, też poprosiła o taką powieść. Poczytałam
trochę, potem powiedziała: chyba już tego nie skończymy... Zawsze lubiła dobre
kryminały, przeczytałyśmy razem całego Simenona, i tylko sprzątaczka ze
"Znaku" była pokrzywdzona, bo też uwielbiała kryminały, ale nie umiała po
francusku; trzeba jej było opowiadać.
Tak wspaniale działająca intelektualna machina potrzebuje czasem zmiany biegu na
swobodniejszy — żywej akcji, intrygujących tajemnic. Coś z tego jest zresztą i w książkach
samej Malewskiej: mnóstwo dziania się, zawęźleń fabularnych. Z ,,Przemija postać świata"
można by zrobić świetny film, oczywiście pod warunkiem uproszczenia i zubożenia fabuły.
,,Apokryf rodzinny" to materiał na cały serial.

— Właśnie: które książki Malewskiej powinno się w pierwszym rzędzie przypomnieć?
Co w jej twórczości wydaje ci się najbardziej aktualne?
— Myślenie o Rzeczypospolitej, jakie znaleźć można w "Panach Leszczyńskich",
jest wyjątkowo aktualne. Czasami mówiono, że Malewska polemizuje z Sienkiewiczem, ale
chodzi raczej o zupełnie inną wizję polskości, inne myślenie o uczestnictwie w
historii i odpowiedzialności za nią. Widzimy Polskę bardzo europejską i mężów
stanu, którzy z różnym szczęściem pełnią swoją funkcję. Mechanizmy władzy i
niebezpieczeństwo prywaty. Chętnie czyta się dziś eseistykę; może przy pomocy
odpowiednich zabiegów graficznych wydobyć eseistyczny nurt ,,Panów Leszczyńskich"?
Zwłaszcza że język Malewskiej, bardzo oszczędny, pozostaje chyba czytelny dla młodszego
pokolenia.
— Nie ma bariery języka, jest bariera przygotowania, erudycji. Iwaszkiewicz zachwycał się
,,Panami Leszczyńskimi", a równocześnie ubolewał, że autorka rzuca czytelnika na
głęboką wodę...
— To nigdy nie będzie lektura dla mas, ale dobrze przypomnieć, jakich mieliśmy przodków,
może byśmy się wtedy sami trochę podciągnęli...
Drugi wątek twórczości Malewskiej zachowujący na pewno aktualność dotyczy życia
wiary. Wiara jej bohaterów uchwycona została w sposób bardzo nowoczesny: to właściwie
życie mistyczne, religijność obrzędowa czy obyczajowa ma tam znaczenie niewielkie.
Malewska chętnie pisze o ludziach, którzy odbyli wielką podróż wewnętrzną, by wrócić
jako świadkowie miłosierdzia i idei przebaczenia. Jej książki są w tej warstwie porównywalne
z Bernanosem, ale jest w nich też coś, co mi przypomina Greene'a ,,Moc i chwałę".
— Postacią bardzo dla Malewskiej ważną była Simone Weil, tłumaczyła przecież jej
esej "Miłość Boga a nieszczęście".
— Działo się to w mojej obecności, podczas wspólnych nadmorskich wakacji w rozprażonym
do białości Sobieszewie, a i odkrycie w pewnym sensie było wspólne. Hannę Malewską
zachwycił fakt, że ktoś wyraził coś z tego, co w zasadniczy sposób jest niewyrażalne.
Simone Weil niewątpliwie nazwała to, co było treścią jej własnych przeżyć. Pani
Hania znała tę materię z własnego doświadczenia. Ale z właściwą sobie dyskrecją
nie przywoływała jej inaczej jak poprzez postacie powieściowe.
— Zawsze kryła się za swoimi postaciami. Czy wyobrażasz sobie jej biografię, przy
takim zatarciu śladów?
— Ona śladów niemal w ogóle nie zostawiała. Biografia Hanny Malewskiej nie jest pomysłem
zbyt realistycznym. Ktoś musiałby wykonać pracę podobną do tej, jaką ona sama wykonała
dla Norwida, pisząc "Żniwo na sierpie": spróbować na poły intuicyjnie wejść
w postać i posłużyć się jej tekstami. Ale to jeszcze trudniejsze niż w przypadku
Norwida.
Poruszała się nie zostawiając śladów, a jednocześnie odcisnęła w nas ślad bardzo
głęboki, tyle że trudno go odsłonić inaczej, jak tylko zdejmując to, co nań się nałożyło
w minionych latach. Trzeba zajrzeć w siebie, by zobaczyć, jak to naprawdę było z tym
solaryjskim Oceanem.

HANNA MALEWSKA urodziła się 21 czerwca 1911 r. w Jordanowicach (obecnie część Grodziska Mazowieckiego) jako córka Jadwigi z Ciświckich i Bronisława Malewskiego, lekarza, pierwszego szefa wojskowej służby zdrowia w niepodległej Polsce (zm. 1920). Do szkoły średniej uczęszczała w Lublinie. W 1933. ukończyła studia historyczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i rozpoczęła pracę jako nauczycielka: najpierw w Niepołomicach, później w Krakowie i od 1935 w Warszawie.
Debiutowała w 1931 na łamach "Żołnierza Polskiego" nowelą "Cabrera (Opowieść prawdziwa)". Jej pierwszą książką była "Wiosna grecka" – opowieść o sportowej młodości Platona (1933, nagrodzona w konkursie przedolimpijskim). W 1934. ukończyła "Żelazną koronę", powieść biograficzną o Karolu V (nagroda w konkursie Książnicy-Atlas pod patronatem Polskiej Akademii Literatury, wyd. 1937). W 1938 wyjechała do Francji na stypendium Funduszu Kultury Narodowej, by zbierać materiały do powieści o średniowieczu "Kamienie wołać będą" (ukończona 1939, wydana 1946). Podczas wojny mieszkała w Warszawie, uczestniczyła w tajnym nauczaniu, należała do Służby Zwycięstwu Polski, a następnie do Armii Krajowej, gdzie kierowała Biurem Szyfrów Zagranicznych w Oddziale V Komendy Głównej (w randze kapitana). Pracowała nad powieścią o Norwidzie "Żniwo na sierpie" (ukończona tuż przed
wybuchem Powstania Warszawskiego, wydana 1947). Za udział w Powstaniu odznaczona została Krzyżem Walecznych.
Po upadku Powstania zamieszkała w Krakowie, w latach 1945-47 uczyła historii w Państwowym Liceum Handlowym. Od 1945 podjęła stałą współpracę z "Tygodnikiem Powszechnym" (m. in. cykl felietonów "Dziś").
W 1946 r. rozpoczęła redagowanie miesięcznika "Znak"; od numeru trzeciego do zamknięcia pisma w 1953 r.
była wraz ze Stanisławem Stommą jego redaktorem naczelnym. Publikowała też w "Twórczości", "Tygodniku Warszawskim" i "Meandrze". W 1947 r. wydała tom opowiadań "Stanica", otrzymała nagrodę Województwa Krakowskiego za całokształt twórczości i wyróżnienie redakcji "Odrodzenia" za "Żniwo na sierpie", w
następnym roku – Nagrodę im. Pietrzaka. Przygotowywana wtedy antologia poświęcona kulturze średniowiecznej nie doczekała się druku; część tekstów publikował "Znak", przekład "Spowiedzi Archipoety" ("Confessio Goliae") ukazał się osobno w 1958.
Po likwidacji "Znaku" i zawieszeniu, a następnie przejęciu przez PAX "Tygodnika Powszechnego" Malewska podjęła pracę jako archiwistka w Bibliotece Kórnickiej PAN. W 1954 ukazała się monumentalna powieść "Przemija postać świata" (o upadku Cesarstwa na Zachodzie i Gotach), a w 1956 kolejny zbiór opowiadań: "Sir
Tomasz More odmawia". Praca nad katalogowaniem miscellaneów historycznych XVII wieku w zbiorach kórnickich zaowocowała komentowaną antologią "Listy staropolskie z epoki Wazów" (1959).
Po Październiku i wznowieniu prawowitego "Tygodnika Powszechnego" pisarka przystąpiła do jego zespołu, w roku następnym weszła do redakcji wznowionego "Znaku", a od 1960 do 1973 była ponownie jego redaktorem
naczelnym. Równocześnie ukazywały się kolejne jej książki: "Opowieść o siedmiu mędrcach" (1959), "Panowie Leszczyńscy" (1961), "Apokryf rodzinny" (1965) oraz dylogia "Labirynt" i "LLW, czyli Co się może wydarzyć jutro" (1970; pierwsza wersja osadzonej w przyszłości powieści "LLW" powstała już w latach 40.), a także przekłady (m. in. powieści Willi Cather "Śmierć przychodzi po arcybiskupa", 1965).
Po odejściu ze "Znaku" i przekazaniu funkcji redaktora naczelnego Bohdanowi Cywińskiemu Malewska publikowała coraz mniej; w 1975 przekład rozważań Johna Dalrymple "Chrześcijańskie tak", poza tym sporadycznie teksty w "Znaku". Mimo postępującej choroby włączyła się w działalność opozycji schyłku lat 70.;
podpisała protest przeciw zmianom w Konstytucji i apel do Sejmu PRL w sprawie represji wobec robotników Radomia i Ursusa, w 1978 została członkiem Towarzystwa Kursów Naukowych, a w jej sublokatorskim pokoju odbywały się seminaria TKN. W 1976 otrzymała nagrodę Fundacji Jurzykowskiego, w 1981, w 70-lecie urodzin i półwiecze debiutu – nagrodę miasta Krakowa. Ukazał się wtedy wybór jej publicystyki "O odpowiedzialności"
(wydanie poszerzone, z kalendarium i bibliografią opracowaną przez Andrzeja Sulikowskiego – 1987) i przygotowano dedykowany jej numer miesięcznika "Znak" – "O wolności" (zatrzymany przez cenzurę po 13 grudnia 1981, rozpowszechniany kanałami półoficjalnymi). Zmarła w Krakowie 27 marca 1983, w Niedzielę Palmową; jej grób znajduje się na cmentarzu w Tyńcu.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|