adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 13 (2803)
30 marca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Michał Komar
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Korespondencja z Bliskiego Wschodu: upadek Husajna może zmienić cały region


Demokracja dla Arabów?

Marek Zając z Jerozolimy


Jeśli zapytasz dziś jerozolimskiego (arabskiego) taksówkarza o doniesienia z aliancko-irackiego frontu nad Zatoką Perską, udzieli lapidarnego, bo jednozdaniowego komentarza: "Ameryka" - starannie wymawia każdą sylabę, pukając palcem w naprężony muskuł ręki. Żaden arabski rząd na Bliskim Wschodzie otwarcie nie kwestionuje dziś potęgi USA, a coraz silniejsze jest przekonanie, że uderzenie na Irak jest tylko wstępem do politycznej "przebudowy" całego Bliskiego i Środkowego Wschodu.

W Izraelu pierwsze dni wojny upływają spokojnie. Kilkanaście godzin po przekroczeniu granicy kuwejcko-irackiej przez pancerne kolumny brytyjsko-amerykańskie, ulice jerozolimskiej dzielnicy przy Nowej Bramie pełne były rozkrzyczanych dzieci żydowskich ortodoksów, nie zważających ani na groźbę zemsty Husajna, ani na padający deszcz. I choć rząd Izraela polecił, by maski gazowe nosić cały czas przy sobie, rzadkością jest widok przechodnia z przewieszonym przez ramię nieporęcznym, tekturowym pudłem. Maskę można kupić za 200 szekli (ok. 40 dolarów) na poczcie: - Noś ze sobą, jeśli chcesz. I nie martw się, nic się tu nie wydarzy - ironicznie cedzi przez zęby znudzony żołnierz. Niemal leży na krześle, wyciągając nogi. Podczas procedury wydawania maski ani na moment nie zmienia pozycji.

W Izraelu powszechna jest bowiem wiara, że Irak, o wiele słabszy niż w 1991 r., nie zaatakuje rakietami, tym bardziej z bronią chemiczną bądź biologiczną. Tym większe poczucie pewności mają żydowscy i arabscy mieszkańcy Jerozolimy. To miasto nawet w 1991 r. mogło czuć się bezpieczne: wiadomo było, że Husajn nie zaryzykuje ataku, bo niezbyt celne irackie rakiety "scud" mogłyby spaść także na Wzgórze Świątynne, jedno z najświętszych miejsc islamu albo na wschodnią, muzułmańską część miasta.

Pokój i demokracja made in USA?

Nastroje palestyńskiej ulicy pokazują fotomontaże, wywieszone nad kasą w jednym z marketów arabskiej części Jerozolimy: "list gończy" za Bushem, z turbanem jak bin Laden; Szaron jako szympans; wreszcie Bush niańczący niemowlaka z twarzą Szarona. Antyamerykańskie demonstracje przetaczają się dziś przez wszystkie terytoria palestyńskie: w Nablusie, Dżeninie i Gazie demonstranci niosą portrety Husajna i flagi irackie, niektórzy wzywają dyktatora do ataku na Tel Awiw. "Brygady Męczenników Al-Aksa" rytualnie nawołują muzułmanów do atakowania Amerykanów, Brytyjczyków i Żydów na całym świecie.

Czy interwencja w Iraku może, jak sugeruje z nadzieją wielu zachodnich komentatorów, przyczynić się do zawarcia wreszcie pokoju między Izraelem a Palestyną?
- Zanim odpowiem, chcę zastrzec, że należę do tych Izraelczyków, którzy opowiadają się za wycofaniem z terytoriów palestyńskich i powstaniem niepodległej Palestyny - mówi prof. Avraham Diskin, politolog z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. - Błyskotliwy sukces w Iraku mógłby umocnić amerykańską dominację na Bliskim Wschodzie, a zwycięskie Stany byłyby w stanie wymóc na obu stronach podpisanie porozumienia. Ale w pokój nie wierzę. Wśród Palestyńczyków jest za wielu ekstremistów, których cel to wymazanie Izraela z mapy, aby pokój za życia mojego pokolenia był możliwy.

Zdaniem Diskina, układy podpisane pod naciskiem USA mogą mieć znaczenie, ale choć nazwane zostaną "porozumieniami pokojowymi", daleko będzie do stabilizacji w regionie - oraz do powszechnej akceptacji istnienia państwa żydowskiego na arabskim Bliskim i Środkowym Wschodzie. Jakby na potwierdzenie przypuszczeń Diskina władze Kuwejtu, a więc sojusznika USA, informują przebywających tam dziennikarzy, że przekazywanie relacji dla mediów izraelskich jest... przestępstwem.

Czy zatem niepodległe państwo palestyńskie może powstać w najbliższych miesiącach, zakładając, że reżim Husajna upadnie szybko? Diskin: - Być może Izrael, pod naciskiem Waszyngtonu, uzna jakąś formę palestyńskiej suwerenności. Ale nie będzie to jeszcze niepodległa Palestyna w jej ostatecznym kształcie, np. nie uda się tak szybko wytyczyć jej granic.

Żadnego związku między wynikiem wojny w Iraku a ewentualnym porozumieniem izraelsko-palestyńskim nie widzi natomiast dr Tarek Abusaid, Palestyńczyk z Gazy i wykładowca arabskiego uniwersytetu Al- -Quds: - Nie wiem, jak moglibyśmy skorzystać na cierpieniu innych? Mam na myśli nie rodzinę Husajna, ale naród iracki - precyzuje. Tak wyważona opinia to wśród Palestyńczyków rzadkość; dla większości iracki dyktator jest nadal bohaterem.

Pewne nadzieje na zakończenie trwającej 30 miesięcy wojny izraelsko-palestyńskiej wiąże się z powołanym na nowo utworzony urząd premiera Autonomii Palestyńskiej Mahmudem Abbasem (Abu Mazenem), politykiem budzącym zaufanie i Palestyńczyków, i Izraelczyków. Najbliższe miesiące zweryfikują te oczekiwania: czy premier będzie w stanie prowadzić politykę niezależnie od Arafata (na razie Palestyńska Rada Legislacyjna nie pozwoliła Arafatowi - prezydentowi Autonomii - zachować prawa do powoływania i odwoływania ministrów) oraz czy uda mu się powstrzymać zamachy terrorystyczne? Klucz do pokoju na Bliskim Wschodzie leży nie w Bagdadzie, ale w rękach rządów: palestyńskiego i izraelskiego. Ten ostatni daje niedwuznacznie do zrozumienia, by Waszyngton nie przesadzał z "podkręc aniem" tempa tego, co jeszcze kilka lat temu nazywano "procesem pokojowym" i raczej chłodno przyjmuje optymizm, z jakim Bush, kreśląc niedawno wizję demokracji w świecie arabskim, której nowy Irak ma być zaczynem, mówił o powstaniu niepodległej Palestyny.

Coraz częściej mówi się za to, że wojna w Iraku ma zapoczątkować generalną przebudowę całego regionu. Wprawdzie także w 1991 r. Waszyngton zapowiadał stworzenie "nowego Bliskiego Wschodu", ale wtedy Bush-senior postanowił nie obalać dyktatora z Bagdadu. Demokracja, którą Amerykanie zamierzają instalować, poczynając od Iraku, ma być przykładem dla innych krajów arabskich.

Tu mogą pojawić się jednak kłopoty. Nie wiadomo, jak potoczą się losy samego Iraku. Gdy na południu iraccy żołnierze bronili jeszcze dzielnic Basry, na północy zanosiło się już na konflikt między Turkami a Kurdami; jedni i drudzy są, jak na ironię, sojusznikami USA: Turcja nie chce dopuścić do powstania niepodległego państwa kurdyjskiego, a iraccy Kurdowie nie pozwolą ograniczyć swej autonomii, którą wywalczyli - i zachowali dzięki "opiece" Amerykanów - w północnym Iraku po 1991 r. W chwili zamykania tego numeru "TP" agencje podały, że Turcy i Kurdowie zawarli ugodę, ale nadal realna jest perspektywa, że po upadku Husajna Irak rozpada się na trzy części: północną (Kurdowie), środkową (Arabowie-sunnici) i południową (Arabowie-szyici). Może okazać się, że zamiast zaszczepiać demokrację, Amerykanie będą musieli gasić lokalne konflikty. Stany Zjednoczone wkraczają przecież w delikatną sieć bliskowschodnich interesów, podsycanych przez nacjonalizmy i fundamentalizmy.

Tu pojawia się sprawa druga, o której pisze czołowy amerykański komentator Thomas Friedman z "New York Timesa": administracja Busha świetnie radzi sobie z prowadzeniem wojny, ale w dyplomacji porusza się kiepsko. Czy więc Bush ma pomysł na pokój? I ostatnia kwestia, będąca przedmiotem odwiecznego sporu politologów: czy na Bliskim i Środkowym Wschodzie w ogóle można upowszechnić demokrację?

Prof. Diskin należy do sceptyków: - Oczywiście, demokrację należy promować na całym świecie, bez względu na kalkulacje naukowców. Jeśli Amerykanie odniosą w Iraku sukces, można się spodziewać niewielkich zmian także w innych krajach regionu. Ale o demokratycznym przełomie na Bliskim Wschodzie nie ma mowy: tu jest niesprzyjające "podłoże". To nie przypadek, że w regionie są tylko trzy demokracje: w Izraelu, Turcji i na Cyprze. A i tak daleko im do stabilności.

Doktor Abusaid, który studiował w Katowicach i przez 12 lat mieszkał w Polsce, pyta retorycznie: - Czy demokrację można zbudować za pomocą wojny? Tylko Bóg wie, do jakich wydarzeń na Bliskim Wschodzie doprowadzi ten konflikt... Tymczasem na horyzoncie rysuje się kolejna odsłona "wojny z terrorem".

"Szatan" w natarciu

Przesuwając się po wykreślonej przez Busha "osi zła", kolejnym po Bagdadzie punktem jest Teheran. Iran nie byłby jednak tak łatwym przeciwnikiem, a skoro uderzenie na łamiący rezolucje ONZ reżim wywołało takie spory polityczne w świecie i w ONZ, tym trudniej byłoby uzasadnić interwencję wymierzoną w irańską teokrację. Jest też inna przeszkoda (ale i przyczyna), która mogłaby utrudnić zdecydowanie wobec Teheranu: program nuklearny. Iran przyspiesza prace nad bombą atomową i zapowiada, że za dwa lata będzie mieć "skuteczny środek odstraszający". Jak trudno naciskać na państwo posiadające głowice jądrowe, pokazuje przykład Korei. Jednocześnie Bush nie może pozwolić, by Iran zdobył taką broń.

Nie ulega też wątpliwości, że Teheran wspiera terrorystów. Ostatnio Argentyna obciążyła władze Iranu i Hezbollah odpowiedzialnością za ataki na ambasadę izraelską w Buenos Aires w 1992 r. (29 zabitych) i budynek organizacji żydowskiej w 1994 r. (85 zabitych). Oskarża też Izrael: że wykorzystując libański Hezbollah i swych agentów wśród Palestyńczyków, Iran podejmuje działania wymierzone w Izrael - i w młodego króla Jordanii Abdullaha. Intrygi Iranu miały doprowadzić do fiaska rozmów syryjsko-izraelskich w latach 90. "Po zakończeniu interwencji w Iraku, Izrael będzie chciał przekonać USA do skierowania wojny z terrorem na Iran, Damaszek i Bejrut" - pisze lewicowy dziennik "Haarec".

- Zapomnijmy o izraelskiej perspektywie i zastanówmy się, co jest największym zagrożeniem dla świata - dowodzi prof. Diskin. - Otóż jest nim mieszanka terroryzmu, fundamentalizmu i dostępu do broni masowego rażenia. Dlatego Iran jest niebezpieczniejszy niż Irak. Pamiętając o błędzie ojca, który nie dokończył rozprawy z Husajnem, Bush będzie konsekwentnie realizować politykę wojny z terrorem, co oznacza konieczność zneutralizowania zagrożenia ze strony Iranu. Nie będzie interwencji, ale USA podejmą jakieś działania.

Istotnie, akcja zbrojna jest mało prawdopodobna. Obok nacisków dyplomatycznych USA mogą natomiast wspierać irańskich reformatorów, których nadzieje skupione są wokół prezydenta Mohammeda Chatamiego - na tyle delikatnie, by nie osłabić ich wiarygodności (czyli patriotycznego image). Spory między irańskimi "reformatorami" i "fundamentalistami" obrazuje ich stanowisko wobec Iraku: Saeed Hajjarian, główny strateg Chatamiego, mówił jeszcze przed interwencją: "Zmiana w Iraku stała się nieuchronna. Nie możemy jej zahamować ani jej przeciwdziałać. Zatem musimy ją zaakceptować, starając się o gwarancję, że kolejny rząd w Bagdadzie nie będzie wrogi wobec Iranu, i że nie będziemy kolejnym celem USA". Reformatorzy nie kryli też radości, że USA wreszcie usuną nieprzejednanego wroga Teheranu. Inaczej duchowy przywódca Iranu, ajatollah Ali Chamenei, który po wkroczeniu wojsk alianckich do Iraku nazwał Amerykanów "prostackimi bydlakami" i wezwał muzułmanów do "islamskiego przebudzenia", które miałoby powstrzymać "amerykańskie plany w świecie islamskim".

Podział jest czytelny: z jednej strony politycy zdroworozsądkowi i (mimo oficjalnej akceptacji dla teokracji) uprawiający Realpolitik; z drugiej fanatycy, dla których USA są "Wielkim Szatanem". Fundamentaliści już szykują się do politycznego starcia: - Amerykanie nie ośmielą się na interwencję militarną w Iranie na wielką skalę, ale będą prowadzić z nami "miękką wojnę" i działania taktyczne, by obalić nasz reżim. Musimy być gotowi do podjęcia kroków prewencyjnych - głosi Hassan Ruhani, sekretarz Rady Obrony Narodowej. Dodając, że najskuteczniejsze będzie otwarcie "nowych frontów" politycznych i militarnych przeciw Izraelowi. I tak koło się zamyka: wracamy pod jerozolimską Nową Bramę...


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny