dotb.gif

„TP”, Nr 13 (2803), 30 marca 2003, http://www2.tygodnik.com.pl/tp/2803/komentarze.php

Komentarze

Bez daty ani rusz
Andrzej Brzezicki

Dwa miesiące temu premier Miller zapowiadał, że kampania przed referendum unijnym będzie mieć „twarz rządu”. Ale choć do czerwca niewiele ponad dwa miesiące, kampania nie ma żadnej twarzy - bo kampanii po prostu nie ma. Gdy Lech Nikolski został ministrem odpowiedzialnym za referendum, zapowiadał, że z informacją o integracji dotrze do każdej gminy. W styczniu podpisał z ministrem pracy Jerzym Hausnerem porozumienie: w ramach programu „Pierwsza praca” samorządy miały zatrudniać w punktach informacji europejskiej po dwie osoby odpowiedzialne za informowanie o Unii; w projekcie „Moja gmina w UE” kosztem 3 mln zł przygotowano staże dla 5 tys. osób. W liście do „europejskich asystentów społeczności lokalnych” Nikolski pisał: „Czeka was trudna i odpowiedzialna praca, ale nie oszczędzajcie sił (...) Trzymam za was kciuki. Powodzenia”. Obok trzymania kciuków, minister Nikolski obiecał także: po pięćset egzemplarzy broszury „Polski rolnik w UE” i po trzysta egzemplarzy „50 pytań o UE”. Każdy stażysta miał dostać długopis, znaczek indentyfikacyjny z logo kampanii, koszulkę, plecak na ulotki. Na każdy punkt - jedna podkładka pod myszkę...

Zadzwoniliśmy do jednego z gminnych ośrodków w południowej Polsce. O ulotkach ani materiałach nie ma mowy. "Na forum internetowym, dostępnym tylko dla uczestników programu (www.mojagmina.wp.pl), pojawiają się podobne głosy: że nic nie ma, żadnych materiałów. Plakat o Unii koleżanka rysowała kredkami. Czy ja wierzę, że ulotki dotrą? Wierzę. „I na tym się kończy” - mówi stażystka. Zresztą, trzysta broszur starczyłoby na jedno spotkanie. Kampania miała trwać 4 miesiące, a gmina liczy 20 tys. mieszkańców.

Nie jest to wyjątek. Pozostawieni sami sobie, stażyści proszą o pomoc organizacje pozarządowe. „Ciągle zwracają się do nas z prośbą o jakiekolwiek materiały, choć powinno być chyba tak, że to rząd wspiera społeczeństwo obywatelskie, a nie na odwrót. A tu okazuje się, że stażyści są kolejnym elementem, któremu muszą pomagać i tak przeciążone i biedne organizacje pozarządowe” - mówi Róża Thun, prezes Polskiej Fundacji im. Roberta Schumana.

Minister Nikolski w rozmowie z „Tygodnikiem” nie zgodził się z tak surowymi ocenami. I podkreślił, że zadaniem rządu jest nie przekonywanie, ale informowanie o Unii, co rząd robi od dawna. Zgoda - ośrodki gminne ledwo zaczęły działalność. Jednak kampania telewizyjna trwa od miesięcy. Mimo to ktoś złośliwy mógłby rzec, że rząd Jaruzelskiego lepiej przygotował się do stanu wojennego niż obecny do referendum: 13 grudnia 1981 przemówienie generała tłumaczono na język migowy, teraz osoby niesłyszące pozbawione są informacji o Unii. Przekaz jest dla nich niedostępny, bo brakuje tłumaczenia. Rzecznik Praw Obywatelskich Andrzej Zoll dwukrotnie zwracał się do ministra w tej sprawie - bez odpowiedzi. Sekretarz Polskiego Związku Głuchych Józef Hendzel szacuje liczbę tych, dla których przekaz migowy byłby źródłem informacji na 150 tys. osób (choć osób z wadą słuchu jest aż milion). Hendzel powiedział „TP”, że zwracał się z propozycją kampanii wśród niedosłyszących. Minister był za, i na tym się skończyło.

Minister jednak bronił rządu: jego zdaniem „letnia”atmosfera kampanii (która powinna być obywatelska, nie rządowa) to wynik „niepełnego zaangażowania się sił politycznych”. Minister zwrócił też uwagę, że kampania jeszcze się nie rozpoczęła, gdyż nie znamy ani daty referendum, ani pytania referendalnego. Lidze Polskich Rodzin to nie przeszkadza.

Silni sprawni, gotowi?
Jarosław Makowski Ospa, wąglik, schron, maska gazowa - to pojęcia znane nam z doniesień prasowych i obrazów telewizyjnych z Izraela, z USA po 11 września, a ostatnio z ulic Kuwejtu i Londynu, gdzie prowadzono ćwiczenia obrony cywilnej. Dziś, gdy aliancka koalicja zaatakowała reżim Husajna, a Polska poparła operację „Iracka wolność” dyplomatycznie i militarnie (wysyłając kilkuset żołnierzy nad Zatokę Perską), warto zapytać, czy mieszkańcy Warszawy bądź Gdańska mogą stać się ofiarami ataków terrorystycznych? Teoretycznie tak, choć - jak mówią prezydent i premier - "Polska jest bezpieczna". Aleksander Kwaśniewski zapewniał wręcz, że „wszystko, co jest niezbędne dla bezpieczeństwa Polski i bezpieczeństwa naszych rodaków, jest na odpowiednim poziomie”.

Ale czy zapewnienia, że Polska jest przygotowana na ewentualny atak - także chemiczny czy biologiczny - mają podstawę w faktach? Wątpliwości budzi już to, że rząd powołał oficjalnie zespół ds. kryzysowych, gdy rozpoczęła się interwencja i dopiero teraz np. MSWiA uruchamia specjalną informacyjną linię telefoniczną. Że atak nastąpi, było oczywiste od dawna, podobnie jak to, że nasi żołnierze są od dawna w rejonie walk. Już choćby dlatego obywatele powinni zostać wcześniej poinstruowani, jak zachowywać się w razie ataków terrorystycznych. Tymczasem minister Janik oświadcza, że rząd koncentruje się na ochronie obiektów wojskowych i tych cywilnych, które są ważne dla funkcjonowania państwa (ujęcia wody, energetyka, lotniska, granice) - wszystko to obiekty, które chronione powinny być zawsze, także w czasie pokoju.

To nie jedyny problem. Dla przeciętnego Polaka istotne jest, czy rząd ma odpowiednią ilość szczepionek i masek gazowych, i czy jest plan postępowania w razie ewentualnego ataku? Tymczasem nie ma przesłanek, by sądzić, że stan przygotowań jest w jakikolwiek sposób porównywalny już nie tylko Wielką Brytanią, ale nawet nie biorącymi udziału w konflikcie Niemcami. We Francji rząd zaraz po 11 września przedstawił program działań; ówczesny minister zdrowia już w październiku 2001 r. sporządził listę chorób, jakie mogą sprowokować terroryści, i plan przeciwdziałania. Weźmy ochronę przed ospą. Francja zaszczepiła kilkaset osób (policjanci, lekarze), które w razie pojawienia się wirusa staną na pierwszej linii „frontu”, by w ciągu 2 tygodni umożliwić zaszczepienie wszystkich (Francja ma 61 mln porcji szczepionki). 80-milionowe Niemcy zaopatrzyły się w 100 mln szczepionek. A Polska? Jak wyznał niedawno - z satysfakcją... - premier Miller, mamy dokładnie sto tysięcy porcji szczepionki, „wkrótce” zaś będziemy mieć milion (na 40 mln mieszkańców). Specjaliści chorób zakaźnych twierdzą, że lekarze pierwszego kontaktu nie umieją wykryć objawów ospy, bo od 1980 r. nie uczy się studentów o tej chorobie. A co do masek gazowych, dopiero zaczyna się ich nerwowe liczenie i sprawdzanie terminu przydatności.

Jest tylko jedno wytłumaczenie: może także w tej sprawie rząd polski liczy na sojuszników, najpewniej Amerykanów, którzy po 11 września przeznaczyli tak gigantyczne kwoty budżetowe na rozwój nowych szczepionek, technologii i gromadzenie środków do zwalczania skutków skażenia biologicznego i chemicznego, że dziś - jak zapewniają - są w stanie „obsłużyć” nie tylko 270 mln mieszkańców USA, ale wspomóc też „niektórych” sojuszników...

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl