dotb.gif

„TP”, Nr 13 (2803), 30 marca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2803/film07.php

Philip Glass i "Godziny"

W dźwiękowej kuli

Tomasz Cyz

"Najkrótszą i najprostszą odpowiedzią na pytanie, dlaczego piszę powieści - notuje Michael Cunningham - jest to, że nie potrafię śpiewać, grać na instrumencie lub komponować sonaty". I dalej: "Miłość do muzyki i brak talentu do jej tworzenia staram się kompensować przez słuchanie jej każdego ranka przed pisaniem, przypominając sobie na nowo, że język słowa może być tak samo rytmiczny jak muzyka Schuberta, Vana Morrisona czy Philipa Glassa". Przez pierwszą godzinę filmu wsłuchiwałem się intensywnie w ścieżkę dźwiękową. Odczuwałem jej przypływy i odpływy, sposoby istnienia (wzbogacanie, wyprzedzanie, podbijanie, dopowiadanie, współtworzenie), strukturę (kilka zamkniętych jak w krwiobiegu akordów, charakterystyczna struktura rytmiczno-ruchowa, ciągłe repetycje, czysta "glassowość" - choć z rozwiniętą nutą sentymentalną), klimat (niepokojący, gorączkowy, smutny), charakter (narracyjny, epicki, także silnie liryczny, nie pozbawiony dramatycznego nerwu). Wiedziałem przecież, że mam o tym napisać kilka zdań... Ale w drugiej godzinie przestałem zwracać na muzykę uwagę, niemal przestałem jej słuchać. Idealna muzyka filmowa nie narzuca się. Staje się niesłyszalna i przezroczysta. Jak szyba.

Ta muzyka jest podróżą (dlatego tak genialnie zestraja się z przejeżdżającym samochodem czy pędzącym pociągiem), cudowną narracją (jakby stapiała się z wewnętrzną opowieścią Virginii), poezją (jakby uruchamiała te same struny, co liryczna kondensacja umierającego Richarda), wyrażaniem najczystszej tęsknoty i najpiękniejszej śmierci. Jest intensywna, przy pierwszym spotkaniu zagarniająca, jakby narzucająca się. Ale kiedy pozwolimy się jej zdobyć, będzie nas napełniać, będzie sączyć się, płynąć i krążyć nieustannie.

Cunningham pierwszy raz poznał muzykę Philipa Glassa poprzez "Einstein On The Beach". Pamiętam, że kupiwszy czteropłytowy album tej opery słuchałem jej bez ustanku - a właściwie tylko pierwszego krążka. Nie dlatego, że właśnie w tych fragmentach zasmakowałem najbardziej. Po prostu nie zauważyłem (nie było to istotne), że od kilku godzin czy dni słucham ciągle tego samego.

Muzyka Glassa ma w sobie coś z bezpiecznej hipnozy, medytacyjnego transu. Jest w niej mały fragment metafizycznej głębi muzyki Bacha. Pomyślałem nawet, że może dzisiejszy Bach pisałby właśnie tak: krótkie, kołujące motywy, kameralność brzmienia, dominująca rola smyczków (co stałoby się, gdyby fortepian zastąpić klawesynem...), czytelnie harmoniczna determinacja, powtarzalność i minimal jako zastąpienie retoryki i ozdobności. Różnica w tym, że Bach myślał linearnie, polifonicznie; Glass myśli horyzontalnie, repetycyjnie. Ale obaj tworzą cudownie pełną dźwiękową kulę, przestrzeń, w której jest bezpiecznie, w której można się zatopić, ale nie utonąć. Gdyby Virginia (albo Richard) słuchali Glassa-Bacha...

Jeszcze raz Cunningham: "Kiedy zobaczyłem film z dodaną muzyką, pomyślałem automatycznie o tym, żeby słuchać jej podczas szukania zakończenia kolejnej książki".

"THE HOURS". Music from the Motion Picture composed by PHILIP GLASS. Nonesuch 2002.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl