adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 13 (2803)
30 marca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Michał Komar
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

"Godziny" na filmowym ekranie

Dziwaczne więzy

Tadeusz Lubelski


Można zarzucić filmowi "Godziny" Stephena Daldry'ego, że jego uroda i konstrukcyjna doskonałość zanadto rzucają się w oczy. Ale przecież autor nie tyle się nimi pyszni, ile raczej dopuszcza nas, widzów, coraz bliżej do tajemnicy, odsłania coraz przepastniejsze jej głębie.

Początkowo wydaje się, że idzie o samo smakowanie równoległości losów trzech głównych bohaterek, umieszczonych w trzech różnych czasach i miejscach. W 1924 roku Virginia Woolf w domu na podlondyńskim wygnaniu zaczyna pisać swoją najważniejszą powieść "Pani Dalloway". Dwadzieścia siedem lat później Amerykanka Laura Brown, w domu na przedmieściu Los Angeles, zaczyna tę powieść czytać. Po dalszych pięćdziesięciu latach, w Nowym Jorku, Clarissa Vaughn, nazywana "panią Dalloway" przez swego byłego kochanka, poetę Richarda, świadomie wchodzi w rolę tej bohaterki przygotowując od rana przyjęcie na jego cześć. Przyglądamy się, jak każda z nich budzi się, wstaje, jak komentowany jest rytuał śniadania i jakimi drogami w salonie każdej z nich zjawiają się kwiaty. Ta równoległość staje się tym bardziej ekscytująca, im lepiej rozumiemy, że u kresu ujawnianego przed nami doświadczenia każdej z nich znajduje się śmierć, w każdym wątku doznawana inaczej, z innej perspektywy i z odmiennej strony. W pewnym momencie zaczynamy się orientować, że nie tyle sama równoległość losów jest ekscytująca, ile fakt, że ich źródłem jest jeden projekt artystyczny. To Virginia Woolf jest najważniejsza, to jej samobójcza śmierć ukazana jest w ramie, na czwartej jeszcze płaszczyźnie czasu, w 1941 roku, w zgodzie z biografią pisarki. To z jej uważnego, skoncentrowanego na realizacji swojego pomysłu spojrzenia, rodzi się cała fabuła, jej zaskakujące sploty. To z jej - wyławianych z rozmów z mężem - komentarzy dotyczących decyzji pisarskich dedukujemy losy bohaterów dwóch kolejnych wątków. "Godziny" są więc także filmem o twórczości, o sile jej oddziaływania, o energii, jaka się w niej skupia.

W końcu jednak dochodzimy do wniosku, że ostatecznym celem użytych w filmie środków jest nie tyle sama refleksja o naturze twórczości, ile wzbudzenie w widzu doznania nieogarnionego bogactwa życia, doznania najpełniej możliwego właśnie dzięki kontaktowi ze sztuką, rezultatem twórczości. Oto montażowo-muzyczne połączenie dwóch spojrzeń: Virginii Woolf, wpatrującej się z bliska w martwe oczy umarłego ptaka, i Laury Brown, oczekującej na śmierć w wynajętym pokoju hotelowym i w ostatniej chwili wymykającej się temu oczekiwaniu. To niezwykłe połączenie otwiera jeszcze rozleglejsze perspektywy, jeśli pamiętać, że w obu przypadkach spojrzenia bohaterek krzyżowały się wcześniej ze wzrokiem dzieci: w wątku Virginii - ze spojrzeniem jej małej siostrzenicy, przeżywającej w kontakcie z nią swą dziecinną inicjację; w wątku Laury - ze wzrokiem jej synka, jedynego świadka przeżywającego przyszły dramat. Już do samego odbiorcy należy wyciąganie konsekwencji z podobnych zbieżności i pokrewieństw. Czytelnik powieści Woolf, do której film Stephena Daldry (za pośrednictwem książki Michaela Cunninghama) odsyła, zorientuje się łatwo, że u podłoża takiej intencji stoi tamten rzeczywisty, prozatorski projekt. Literacka niepowtarzalność "Pani Dalloway" Virginii Woolf, której akcja rozgrywa się w ciągu jednego letniego dnia 1923 roku w Londynie, opiera się na konfrontacji monologów wewnętrznych dziesiątków postaci. Sens tego zabiegu komentuje tam sama tytułowa bohaterka: "Jadąc któregoś dnia omnibusem po Shaftesbury Avenue Klarysa powiedziała, że czuje siebie wszędzie; nie tylko "tu, tu, tu", powiedziała uderzając w oparcie siedzenia; wszędzie. Zatoczyła ręką koło (...). Jest wszystkim tym, powiedziała. Więc żeby ją poznać (czy żeby w ogóle poznać kogokolwiek), trzeba odszukać tych ludzi, którzy ją uzupełniają; a nawet poznać miejsca, które ją uzupełniają. Dziwaczne więzy łączą ją z ludźmi, z którymi nigdy nie rozmawiała - z kobietami na ulicy, z mężczyznami za ladą sklepów, nawet z drzewami". Film Stephena Daldry wzbogaca ten projekt o obrazy wydobyte z przyszłych losów, z kolejnych epok.

Związek filmu z powieścią Virginii Woolf jest zresztą daleko bardziej skomplikowany. W powieści, przy całej jej wielogłosowości, dominuje równoległe przedstawianie dwóch centralnych postaci, które nigdy, ani na moment się z sobą nie spotykają. To Klarysa Dalloway i Septimus Warren Smith, który popada w obłęd w wyniku niedawnych przeżyć wojennych. Konstrukcja utworu podpowiada, że tych dwoje nie znających się ludzi to dwie cząstki tej samej osobowości; motyw androgyna powróci po trzech latach w kolejnej powieści Woolf "Orlando". W filmie odpowiednikami tej pary są bohaterowie historii nowojorskiej: Clarissa Vaughn i poeta Richard; to oni są z sobą dozgonnie połączeni, a zarazem nie unoszą swojego związku. W filmie Daldry'ego (co nie dziwi w dziele reżysera, który debiutował niedawno wspaniałym skądinąd "Billy Elliotem") owa androgynia przełożona jest nieco zbyt prostolinijnie na biseksualizm.

Zarówno w wątku Laury Brown, jak w historii Clarissy i Richarda pojawiają się - delikatne, lecz jednoznaczne - sugestie, że niespełnienie bohaterów w życiu małżeńskim i rodzinnym wynika ze współistnienia w ich osobowościach odmiennych orientacji seksualnych. Na szczęście jednak motyw ten nie wybija się na plan pierwszy zbyt natrętnie; jest tylko istotną cząstką wielorakiego splotu tonacji i barw, wyrażającego tragizm losu. Tragizm ów jest jednak w "Godzinach" tonowany przez poczucie harmonii. Uścisk łączący starą Laurę Brown z młodziutką córką Clarissy (jej niedoszłą wnuczką), wyrażający zrozumienie i przebaczenie, stanowi najpiękniejszy wyraz tej harmonii.

Dawno już (chyba od czasu "Co się wydarzyło w Madison County" Clinta Eastwooda) nie widziałem w kinie dzieła tak spełnionego. Toteż gdybym głosował na Oscary, przyznałbym je w tym roku "Godzinom" we wszystkich możliwych kategoriach (może poza główną rolą męską). Największy kłopot miałbym naturalnie w konkurencji "główna rola kobieca". Wybierając między zmienioną nie do poznania Nicole Kidman, poruszającą Julianne Moore a najbardziej wielobarwną i tajemniczą Meryl Streep, zdecydowałbym się na tę ostatnią. To jej udało się najlepiej oddać istotę osobowości pani Dalloway: żadne jej określenie nie jest ostateczne i niczego nie można być do końca pewnym, kiedy się o niej mówi.

"GODZINY" (The Hours). Reż.: Stephen Daldry. Scen.: David Hare wg powieści Michaela Cunninghama. Zdj.: Seamus McGarevey. Muz.: Philip Glass. Wykonawcy: Nicole Kidman (Virginia Woolf), Meryl Streep (Clarissa Vaughn), Julianne Moore (Laura Brown), Ed Harris (Richard), Miranda Richardson (siostra Virginii), Stephen Dillane (Leonard Woolf), John Reilly (Dan Brown), Jack Rovello (Richie), Clare Danes (córka Clarissy), Allison Janney (Sally), Toni Colette (Kitty), Jeff Daniels (przyjaciel Richarda). USA 2002. Dystrybucja SPI. 114 min.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny