adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 13 (2803)
30 marca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Michał Komar
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz


Najbardziej potrzebni

Józefa Hennelowa


"W zakonach nie ma bezrobocia" taki był tytuł niedawnej notatki w biuletynie Katolickiej Agencji Informacyjnej, donoszącej o obchodach Dnia Życia Konsekrowanego. Tytuł prawdziwy, a o wielu znaczeniach. Z jednej strony sygnalizuje bezdyskusyjną niezbędność duchowieństwa w społeczeństwie polskim, z drugiej wydaje się ujmować tę niezbędność jako rezultat zasług. A przecież jest nieco inaczej: potrzebność człowieka wraz z jego talentami i dobrą wolą to największy dar, jaki może on otrzymać w społeczności, niestety, od kilku lat coraz mniej dostępny dla coraz większej liczby ludzi, i to coraz mniej, albo i wcale nie z ich własnej winy. Dramatu bezrobocia faktycznie nie znają dziś tylko osoby duchowne, tak w sensie nie odczuwanej w jakikolwiek sposób zbędności tego, co oferują innym, jak konsekwencji, materialnych również.

Ta sytuacja, w Polsce tak wyrazista, ma oczywiście swoje przyczyny. Prócz najważniejszej - masowej wciąż, Bogu dzięki, religijności społeczeństwa - ogromną rolę odegrała zdolność struktur kościelnych do wypełniania funkcji wychowawczych, edukacyjnych, opiekuńczych, pomocowych w tylu dziedzinach, które państwo coraz chętniej zleca np. Caritasowi dzięki jego rzetelności i przygotowaniu. "Rzeczpospolita" wydała niedawno dodatek informacyjny pt. "Kościół na przełomie wieków", z którego można m.in. dowiedzieć się, że Caritas i zakony prowadzą - korzystając w tym i ze środków budżetowych - przeszło 1700 placówek, od zakładów opieki po szpitale, od szkół i burs po wyższe uczelnie. Rośnie znaczenie i zasięg działalności wydawniczej, kulturalnej i medialnej Kościoła, gdzie również role wiodące pełnią osoby duchowne - ale w tej mierze Kościół staje się coraz bardziej znaczącym pracodawcą. Wspomaga te formy działalności konkordatowa gwarancja ulg w podatkach wtedy, gdy celem jest duszpasterstwo i pomoc charytatywna. Naprawdę, żniwo w Polsce nie cierpi na brak robotników, ewangelizacja nie jest zagrożona, chciałoby się cieszyć, że wszystko coraz bardziej rozkwita.

A jednak, gdy się o tym myśli w trudnej sytuacji czy to własnej, czy jakiejś szerszej społecznie, w godzinach szczególnie ciemnych i pozbawionych nadziei, nie ma chyba wątpliwości, kogo wśród tych sług Pana potrzebujemy najbardziej, tak jak chleba i wody, i za których jesteśmy najbardziej wdzięczni, że są. To wcale nie muszą być gwiazdy intelektu, twórcy najbardziej nawet rozchwytywanych tytułów. To nie muszą być najciekawsi prelegenci z sal wykładowych i "modnych" kościołów rekolekcyjnych. Niekoniecznie organizatorzy spektakularnych dzieł, coraz chętniej prezentowanych także i przez świeckie media. Niekoniecznie wspaniali gospodarze inwestycji, dzięki którym Kościół w Polsce pięknieje i w swoich zabytkach, i w nowych budowach czy przedsięwzięciach. Nie, nie, nie. Tylko wierni słudzy najbiedniejszych, najmniej atrakcyjnych, najbardziej zniechęcających połamańców, tych, co już nie budzą niczyjej nadziei na poprawę, tylko wstręt odruchowy, instynktowny. To prowadzący od lat te same najcichsze placówki z tymi samymi biedami i brakami i nigdy nie występujący w telewizji, bo ta goni za nieustanną atrakcyjnością. To niosący Boga tam, gdzie coraz mniej nadziei i zawsze mający czas i cierpliwość, by pozostać, nie odbierać swojej obecności, wysłuchać skarg, dawać się dręczyć pytaniami o daremność nadziei lub dmuchać w jej iskierkę. To cierpliwie czekający w konfesjonale i potrafiący w nim podprowadzać bliżej do Pana Boga, a nie tylko odstukiwać mechaniczne formuły. Niekoniecznie drukujący każdą swoją homilię, tylko ludzie modlitwy w takim stopniu, ze nikt nie ma wątpliwości, że są bliżej Boga niż my, bo Nim promieniują. Nie mający ambicji odnoszenia jakichkolwiek zwycięstw. Nieraz ubodzy, o czym nigdy nie mówią.

Jeśli ktoś nie miał szczęścia spotkać dotąd takiego pośrednika między sobą a Bogiem, wie, jakie to dotkliwe, i jak bardzo powinno się zmienić. Jeśli spotkał, nie potrzeba mu nawet wspominać o powinności bycia wdzięcznym. Ani przekonywać, że nadzieja i siła Kościoła to właśnie ci świadkowie - najpotrzebniejsi.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny