adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Irak po Husajnie

NR 29 (2819)
20 lipca 2003


  Spis treści
  Komentarze

  Tematy miesiąca
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Wojna z Husjanem i "odwieczny" arabski spór o nowoczesność

Irak: wojna "w lustrze"


Dla świata arabskiego, który w minionych 50 latach doznał szeregu klęsk, w starciu o Irak jak w lustrze odbijają się sprzeczności, cechujące marzenia Arabów o wolności i demokracji - dowodzi emigracyjny pisarz iracki Fadhil Al-Azzawi. Marzenia, które Arabom pozwalają wierzyć, że i dla nich nadejdzie kiedyś czas, gdy wezmą wreszcie swój los we własne ręce.

Al-Azzawi - urodzony w 1940 r. w Kirkuku, w Iraku wielokrotnie zatrzymywany i więziony za działalność polityczną, od 1983 r. na emigracji na Zachodzie (tam wydawca arabskiej prasy i autor książek) - wpisuje konflikt wokół Iraku w trwający od dawna arabski spór o nowoczesność. I choć esej jego ukazał się w prasie zachodniej w połowie kwietnia, gdy kończyła się wojna, patrząc na to, co dzieje się w ostatnich tygodniach wolno przyjąć, że pojęcie "starcia" dotyczyło także całego wielkiego sporu - i politycznego, i ideowego - jaki toczy się dziś w oraz wokół Iraku. Arabscy władcy, dowodzi Al-Azzawi, czują presję czasu. Dlatego próbują w różnych krajach wzmacniać swą pozycję, chwytając się rozmaitych taktyk - mających stwarzać pozory, że rządzący są zwolennikami nowoczesności i modernizacji - albo odwołując się do starych pojęć, które miałyby uzasadniać ich rządy, jak "islamska religia", "narodowe interesy", "patriotyzm", "wieczne posłanie narodu arabskiego". Tymczasem "Arabowie stoją dziś w obliczu pytań, które mogą być rozwiązane tylko przez nowe odpowiedzi. Temu właśnie trzymający władzę chcą za wszelką cenę zapobiec". Walka Arabów o demokrację "jest w istocie jedynie częścią tej historycznej walki o przejście z epoki, która jeszcze nie całkiem się zakończyła, do nowej epoki, w której oni [Arabowie] zaistnieli na razie tylko pozornie".

Dotykamy tutaj pytania, co znaczą w świecie arabskim pojęcia "nowoczesność" i "modernizacja"? Religijni fundamentaliści i część nacjonalistów w ogóle je odrzuca, gdyż dla nich mają one tylko jedno oblicze: oznaczają "upadek arabskiej kultury, deformację własnej tożsamości i powrót imperializmu". Problem leży jednak w czymś innym: w polityczno-ideologicznym niezrozumieniu istoty nowoczesności w przeszłości przez Arabów. Arabscy władcy, zafascynowani w XX w. Zachodem, nowoczesność postrzegali głównie jako instrument umocnienia swej pozycji; dla nich nowoczesność sprowadzała się do dwóch elementów: nowoczesnych maszyn i nowoczesnej broni. A ponieważ "to można było kupić za pieniądze, po czegóż jeszcze zastanawiać się nad rolą, jaką w rozwoju zachodniej nowoczesności odgrywały: materialistyczne myślenie, moralność chrześcijańska oraz zachodnie struktury polityczne, które w ich mniemaniu na końcu doprowadzić miałyby jedynie do usunięcia tradycyjnego islamskiego stylu życia?". Arabowie nigdy nie zrozumieli, że - patrząc w historycznej perspektywie - nowoczesność to także niekończący się proces wyzwalania się człowieka. Błąd wielu myślicieli arabskich zajmujących się nowoczesnocią polega na tym, dowodzi Al-Azzawi, że próbują oni "interpretować nowoczesność w warunkach islamskich albo wręcz islamizować ją". Prowadzą tym samym walkę, która nigdy nie może być wygrana, szkodząc nie tylko rzeczywistości, ale także religii.

"Państwo islamskie, w rozumieniu tradycyjnych nauk religijnych, nie istniało nigdy w historii islamu i Arabów, nie istniało nawet w czasach samego Mahometa", który był Prorokiem, a nie monarchą - pisze Al-Azzawi. Ani szyiccy duchowni z Iranu, ani sunniccy radykałowie z Algierii nie wiedzą tak naprawdę, jak powinno wyglądać idealne "państwo islamskie". Dlatego także oni są zmuszeni do przejmowania organizacyjnych form nowoczesnego państwa, wypełniając je jednak inną treścią. Więcej nawet: także "islamscy fundamentaliści są w istocie zafascynowani siłą nowoczesności, ich dylemat polega jednak na tym, że przejmują jego zewnętrzną formę, odrzucając jego treść, jako nie-islamską czy nie-arabską, nie zdając sobie sprawy, że forma - pozbawiona swej rzeczywistej treści albo wypełniona inną treścią - traci swoją funkcję. To naiwne i mgliste wyobrażenie nowoczesności jest największą kulą u nogi w wysiłkach ku odnowieniu społeczeństw arabsko-islamskich".

Aby zrealizować wizję arabskiej/islamskiej demokracji, islam "musi najpierw uwolnić się z więzów plemiennej kultury nomadów, a Koran musi być postrzegany jako Pismo Święte jednej z wielkich religii świata, a nie wszechstronna wykładnia filozoficzna, naukowa i polityczna". Demokracja w świecie islamskim jest możliwa i pomiędzy islamem a demokracją nie musi istnieć nieusuwalna sprzeczność, gdyż "z jednej strony islam uosabia - w sensie kulturalnym, a nie tylko religijnym - tożsamość narodów arabskich i islamskich; z drugiej jednak strony narody te żyją równocześnie w epoce, w której to demokracja, jako jedyna możliwa forma porządku politycznego opartego na wolności, mogłaby uwolnić islam z jego historycznych więzów".

Na ile więc ukształtowana w islamskim kręgu kulturowym myśl państwowa dopuszcza demokratyzację w rozumieniu zachodnim? Na to pytanie można usłyszeć różne, wręcz sprzeczne odpowiedzi: z jednej strony, że w islamskiej interpretacji jedynie Bóg, nie człowiek, może być źródłem stanowienia prawa (co przemawia przeciw możliwości pogodzenia nauki islamskiej z wybraną demokratycznie władzą ustawodawczą). Z drugiej jednak strony, w islamie źródłem prawa może być też wspólnota muzułmańska, a ta mogłaby zostać powołana także drogą wyborów. Przy takiej interpretacji nie byłoby więc przeszkód, uniemożliwiających pogodzenie islamu z demokracją.

Czy to tylko myślenie życzeniowe intelektualistów?

Opracował WP


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny