dotb.gif

„TP”, Nr 29 (2819), 20 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tematy/irakpl/irak05.php

Trzy "modele" rozwoju państw Bliskiego i Środkowego Wschodu, czyli:

Zmierzch starych elit



W opinii większości zachodnich i arabskich politologów jest nieprawdopodobne, by elity rządzące w świecie arabskim/islamskim zdecydowały się z własnej woli na jakąkolwiek demokratyzację. Jeśli można czegoś po nich oczekiwać, to wprowadzania elementów pluralistycznych i ograniczonego otwarcia.

Opublikowany niedawno raport ONZ "Arab Human Development Report", w którym analizie poddano 22 kraje Ligii Arabskiej (przygotowali go eksperci arabscy, nie zachodni) - wskazuje, że problemy rozwoju gospodarczego i społecznego (bezrobocie, ubóstwo, mała atrakcyjność dla inwestorów, którzy przynieśliby tam potrzebny kapitał) w państwach arabskich wiążą się ściśle z problemami politycznymi. Systemy autorytarne nie sprzyjają kreatywności, edukacji, samodzielności myślenia i inicjatywie, również gospodarczej (także z powodów banalnych: przedsiębiorca egipski czy tunezyjski, który chce prowadzić interesy w innych krajach arabskich, musi się liczyć z ograniczeniami w swobodzie podróżowania; wizy itd.). Charakterystyczne, że współpraca i wymiana gospodarcza nawet między krajami arabskimi pozostaje grubo poniżej potencjalnych możliwości i zdaniem autorów raportu ONZ łatwo mogłaby zostać podwojona. Realia przeczą więc retoryce przywódców, mówiących o współpracy Arabów.

Pouczające jest doświadczenie Iranu w ostatnich latach; widoczne są tam nie tylko "oddolne" tendencje pluralistyczne, ale także w elitach władzy toczy się spór między "konserwatystami" a "reformatorami". Właśnie Iran - posiadający konstytucję, parlament z wyboru i rząd - poddane jednak kontroli instytucji duchownych (stojących na "straży" rewolucji islamskiej i nie mających legitymacji demokratycznej), znajduje się dziś pomiędzy dwiema tendencjami. Z jednej strony państwa, które są formalnie - na papierze - republikami charakteryzuje od kilku lat zjawisko wiele mówiące: "personifikacja stabilności państwa" (Victor Kocher, ekspert od Środkowego Wschodu). W obliczu starzenia się generacji przywódców, rządzących od dziesięcioleci, następstwo władzy dokonuje się drogą sukcesji z ojca na syna. Tak było już w Syrii w 2000 r. (po śmierci prezydenta Hafeza Al-Assada rządy objął jego 34-letni wtedy syn Baschar, z wykształcenia okulista) i tak stanie się zapewne w Egipcie, Jemenie i Libii - wszędzie tam ważne urzędy państwowe, z coraz większymi kompetencjami, obejmują synowie obecnych prezydentów (i podobnie miało być w Iraku, gdzie do następstwa przygotowywali się synowie Saddama, Udaj i Kusaj). Z drugiej strony, to w monarchiach (np. emiraty Zatoki Perskiej), od paru lat zaobserwować można tendencję do tworzenia form reprezentacji - o charakterze doradczym, nie ustawodawczym, częściowo wybieranych, częściowo mianowanych przez władcę.

Tak wyglądają dwa - a łącznie z Iranem trzy - modele rozwoju państw Bliskiego i Środkowego Wschodu. W którą stronę pójdzie Irak? Rozważając różne modele, natrafia się na szereg sprzeczności - także dlatego dotąd nawet Amerykanie nie sformułowali konkretnej wizji przyszłego państwa: wizja taka, narzucona "odgórnie", mogłaby więcej zaszkodzić niż pomóc. Współczesny panarabizm, wskazują politolodzy zachodni i arabscy, jest inny niż panarabizm z lat 50. i 60. Tamten, symbolizowany przez charyzmatycznego prezydenta Egiptu Nasera, określić można mianem arabskiego nacjonalizmu: postulował on jedność i solidarność wszystkich Arabów, jednoczenie państw, znoszenie granic. USA wspierały go wówczas: panarabski nacjonalizm szedł w parze z dekolonizacją (popieraną przez USA); po drugie, był przydatny w konflikcie z komunizmem. Fakt, że w takich krajach jak Irak, Syria czy Egipt doszło do połączenia idei nacjonalistycznych z elementami socjalizmu, nie oznaczał bliskości ideologicznej z ZSRR: w tych krajach socjalizm odgrywał rolę "służebną" wobec nacjonalizmu: miał zapobiec osłabieniu "narodu arabskiego" na skutek różnic socjalnych.

Panarabizm współczesny cechuje inna samoświadomość i poczucie wspólnoty innego rodzaju, co ma związek z rozwojem mediów audiowizualnych. Ogólnie dostępne stacje telewizyjne - takie jak Al-Dżazira, "arabska CNN" - rozpowszechniają nie tylko obrazy, które wzmacniają poczucie wspólnoty, ale są także impulsem do ogólnoarabskiej dyskusji o takich problemach jak korupcja, niedołężność władzy czy brak demokracji.

Historia świata arabskiego dotarła do nowego punktu zwrotnego - dowodzi Volker Perthes, znawca Bliskiego Wschodu. - W przyszłości będziemy mieć do czynienia z jeszcze silniejszą tendencją do tworzenia państwa narodowego. Przywódcy poszczególnych państw arabskich będą się troszczyć przede wszystkim o dobro własnych krajów, a mniej o cały świat arabski jako całość, od którego nie będą oczekiwać pomocy w rozwiązaniu swych problemów. Decydującą rolę odgrywać będzie podział pokoleniowy: na razie w ponad połowie państw arabskich u władzy pozostają elity, liczące po 60-70 lat i ukształtowane w czasie wielkich wojen arabsko-izraelskich, konfliktu Wschód-Zachód i debaty o arabskim nacjonalizmie - spraw odległych od rzeczywistości współczesnego, zglobalizowanego świata. Nowe pokolenie, dążące do władzy, kształtowało się w latach 80. i 90. Jego przedstawiciele stoją dziś na czele Maroka, Syrii i Jordanii. To pokolenie nie musi być nastawione prodemokratycznie. Ale wie doskonale, że do zbudowania funkcjonującej gospodarki niezbędne są dziś otwarte granice dla osób i towarów oraz szybka i nieskrępowana wymiana informacji.

Opracował WP

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl