|
|
Utopie

Andrzej Rostocki
Obudził się bardzo wcześnie, ale i tak jego dziecięco bezradne oczy natychmiast
poszukały tarczy budzika. Nie mógł się przecież spóźnić do pracy, nie pozwalał mu
na to cholerny inteligencki etos. Odetchnął z ulgą, przebudził się na szczęście
wcześniej niż zwykle. I był znacznie mniej zmęczony niż zazwyczaj. Pochwalił siebie
w duchu - dobrze, że już o godzinie drugiej w nocy zrezygnował z czytania (a raczej
przypominania sobie) "Cywilizacji na ławie oskarżonych" Leszka Kołakowskiego
wydanej przez Res Publikę w roku 1990.
Długo poszukiwał tego tomu w antykwariatach. Przyjaciele dziwili się, dlaczego tak
bardzo zależało mu na tym właśnie wydaniu, przecież właściwie wszystkie artykuły w
nim zawarte są w innych książkach tego sławnego polskiego filozofa. Zrezygnował z
kolejnego, cierpliwego wyjaśniania, że ma ogromny sentyment do tego autora od czasu, gdy
na drugim roku studiów, w drugiej połowie lat 60. pożyczył od kolegi "szczotkę"
pewnej nigdy nie wydanej książki. Na czytanie miał tylko dwa dni, gdyż w kolejce
niecierpliwie czekali inni. Część, która najmocniej utkwiła mu w pamięci, to był słynny
artykuł "Kapłan i błazen".
Nie wszystko pamiętał, ale bardzo często we fragmentach wspomnień powracały ślady
ogromnych emocji wywołanych przez tę lekturę. Nie wszystko było w niej jasne, a wielu
zdań nawet nie rozumiał. Wiedział jednak, iż czytając ten podniszczony maszynopis, na
którym dziesiątki par oczu wyryły ślady swoich intelektualnych tęsknot, uczestniczył
w zakazanym misterium - stał się cząstką małej wspólnoty umysłów niezawisłych.
Jeszcze wiele lat po studiach przy każdej przeprowadzce znajdował wielki zeszyt, w którym
zapisywał swoje refleksje z lektury. Nie miał odwagi, by go wyrzucić i jednocześnie bał
się je powtórnie przeczytać. Kiedyś wydawały mu się ważne i podniosłe, potem zdał
sobie sprawę, że są naiwne i głupie. W końcu pewnego wiosennego dnia wyrzucił prawie
całkowicie zniszczony brulion, gdy po kilkunastu zdaniach przeżył szok - zorientował
się, że wszystko, co napisał, jest żałośnie nieudolnym naśladowaniem stylu pisania
Kołakowskiego. A przecież nie chodziło tylko o sposób pisania, przede wszystkim zauważył
ogromną różnicę w jakości myślenia. To nie był najszczęśliwszy dzień w jego życiu,
wtedy bowiem pojął, że nigdy już nie zostanie sławnym filozofem. Ani nawet mniej
znanym.
Wiele zatem zawdzięczał Leszkowi Kołakowskiemu. Ma teraz prawie wszystkie jego książki,
w tym kilka opublikowanych przez różne wydawnictwa. Na szczęście nikt już się nie
dziwi, dlaczego obok "Pochwały niekonsekwencji" wydanej w roku 1989 przez
Niezależną Oficynę Wydawniczą stoją dumnie na półce piękne trzy tomy tego samego
tytułu opublikowanego w zeszłym roku przez PULS. Dla niego wszystko jest jasne, każda z
nich pojawiła się bowiem w jego życiu w zupełnie innym momencie i zawsze traktował je
jako próbę unieruchomienia uciekającego ku nicości czasu.
Wczoraj, w rytualnej wędrówce najdłuższą ulicą miasta, przez które nie przepływa
ani jedna rzeka, zaszedł jak zwykle do małego sklepiku fotograficznego, w którym można
także kupić książki taniej niż gdzie indziej. Ku swojemu zdumieniu (a już niewiele
spraw jest go w stanie zaskoczyć) zauważył na półce przecenione "Główne nurty
marksizmu" Leszka Kołakowskiego, tym razem poznańskiej oficyny Zysk i S-ka. Długo
przeglądał książkę i zastanawiał się, czy jej nie kupić. Miał już wprawdzie
wydanie "Aneksu", ale ta wśród innych, nie tak emocjonalnie ważnych tomów,
wyglądała zagubiona i bezbronna. Nikt jej już nie chciał? Wyszedł bez niej ze sklepu,
ale cały czas miał poczucie, że coś lub kogoś zdradził. Przecież w czasie stanu
wojennego SB rekwirowało w czasie rewizji domowych przede wszystkim właśnie "Główne
nurty marksizmu". W końcu doszło do tego, że wśród przyjaciół i znajomych
zachował się tylko jeden egzemplarz II tomu z tak poszukiwanego w tamtych czasach słynnego
wydania paryskiej "Kultury".
Nic już nie mógł zrobić, poza konstatacją, iż ten dziwny świat staje się coraz
mniej zrozumiały. Nie stwierdził tego z goryczą - nie miał już jej w sobie - lecz z
rezygnacją. Wiedział przecież, że ludzie mają na głowie znacznie ważniejsze, chociaż
bardziej przyziemne sprawy, niż rozmyślanie o sensie nie tak dawno unicestwionej utopii.
Narastał w nim jednak bunt. Jutro pójdzie do sklepu i wykupi wszystkie tomy "Głównych
nurtów marksizmu". Nie mogą tam zostać, są w nich przecież opisane marzenia o
idealnym ustroju. Także jego marzenia. I nie szkodzi, że ich prymitywizm zmarnował mu
część życia. Nawet wobec wrogów trzeba być lojalnym.
|