adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Ksiazki nr 32/2003

„Książki w Tygodniku”
„TP„ nr 32/2003



  Tygodnik Powszechny


  Felietony

  Tematy miesiąca


STAŁE DODATKI

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz




Utopie

Andrzej Rostocki


Obudził się bardzo wcześnie, ale i tak jego dziecięco bezradne oczy natychmiast poszukały tarczy budzika. Nie mógł się przecież spóźnić do pracy, nie pozwalał mu na to cholerny inteligencki etos. Odetchnął z ulgą, przebudził się na szczęście wcześniej niż zwykle. I był znacznie mniej zmęczony niż zazwyczaj. Pochwalił siebie w duchu - dobrze, że już o godzinie drugiej w nocy zrezygnował z czytania (a raczej przypominania sobie) "Cywilizacji na ławie oskarżonych" Leszka Kołakowskiego wydanej przez Res Publikę w roku 1990.

Długo poszukiwał tego tomu w antykwariatach. Przyjaciele dziwili się, dlaczego tak bardzo zależało mu na tym właśnie wydaniu, przecież właściwie wszystkie artykuły w nim zawarte są w innych książkach tego sławnego polskiego filozofa. Zrezygnował z kolejnego, cierpliwego wyjaśniania, że ma ogromny sentyment do tego autora od czasu, gdy na drugim roku studiów, w drugiej połowie lat 60. pożyczył od kolegi "szczotkę" pewnej nigdy nie wydanej książki. Na czytanie miał tylko dwa dni, gdyż w kolejce niecierpliwie czekali inni. Część, która najmocniej utkwiła mu w pamięci, to był słynny artykuł "Kapłan i błazen".

Nie wszystko pamiętał, ale bardzo często we fragmentach wspomnień powracały ślady ogromnych emocji wywołanych przez tę lekturę. Nie wszystko było w niej jasne, a wielu zdań nawet nie rozumiał. Wiedział jednak, iż czytając ten podniszczony maszynopis, na którym dziesiątki par oczu wyryły ślady swoich intelektualnych tęsknot, uczestniczył w zakazanym misterium - stał się cząstką małej wspólnoty umysłów niezawisłych. Jeszcze wiele lat po studiach przy każdej przeprowadzce znajdował wielki zeszyt, w którym zapisywał swoje refleksje z lektury. Nie miał odwagi, by go wyrzucić i jednocześnie bał się je powtórnie przeczytać. Kiedyś wydawały mu się ważne i podniosłe, potem zdał sobie sprawę, że są naiwne i głupie. W końcu pewnego wiosennego dnia wyrzucił prawie całkowicie zniszczony brulion, gdy po kilkunastu zdaniach przeżył szok - zorientował się, że wszystko, co napisał, jest żałośnie nieudolnym naśladowaniem stylu pisania Kołakowskiego. A przecież nie chodziło tylko o sposób pisania, przede wszystkim zauważył ogromną różnicę w jakości myślenia. To nie był najszczęśliwszy dzień w jego życiu, wtedy bowiem pojął, że nigdy już nie zostanie sławnym filozofem. Ani nawet mniej znanym.

Wiele zatem zawdzięczał Leszkowi Kołakowskiemu. Ma teraz prawie wszystkie jego książki, w tym kilka opublikowanych przez różne wydawnictwa. Na szczęście nikt już się nie dziwi, dlaczego obok "Pochwały niekonsekwencji" wydanej w roku 1989 przez Niezależną Oficynę Wydawniczą stoją dumnie na półce piękne trzy tomy tego samego tytułu opublikowanego w zeszłym roku przez PULS. Dla niego wszystko jest jasne, każda z nich pojawiła się bowiem w jego życiu w zupełnie innym momencie i zawsze traktował je jako próbę unieruchomienia uciekającego ku nicości czasu.

Wczoraj, w rytualnej wędrówce najdłuższą ulicą miasta, przez które nie przepływa ani jedna rzeka, zaszedł jak zwykle do małego sklepiku fotograficznego, w którym można także kupić książki taniej niż gdzie indziej. Ku swojemu zdumieniu (a już niewiele spraw jest go w stanie zaskoczyć) zauważył na półce przecenione "Główne nurty marksizmu" Leszka Kołakowskiego, tym razem poznańskiej oficyny Zysk i S-ka. Długo przeglądał książkę i zastanawiał się, czy jej nie kupić. Miał już wprawdzie wydanie "Aneksu", ale ta wśród innych, nie tak emocjonalnie ważnych tomów, wyglądała zagubiona i bezbronna. Nikt jej już nie chciał? Wyszedł bez niej ze sklepu, ale cały czas miał poczucie, że coś lub kogoś zdradził. Przecież w czasie stanu wojennego SB rekwirowało w czasie rewizji domowych przede wszystkim właśnie "Główne nurty marksizmu". W końcu doszło do tego, że wśród przyjaciół i znajomych zachował się tylko jeden egzemplarz II tomu z tak poszukiwanego w tamtych czasach słynnego wydania paryskiej "Kultury".

Nic już nie mógł zrobić, poza konstatacją, iż ten dziwny świat staje się coraz mniej zrozumiały. Nie stwierdził tego z goryczą - nie miał już jej w sobie - lecz z rezygnacją. Wiedział przecież, że ludzie mają na głowie znacznie ważniejsze, chociaż bardziej przyziemne sprawy, niż rozmyślanie o sensie nie tak dawno unicestwionej utopii. Narastał w nim jednak bunt. Jutro pójdzie do sklepu i wykupi wszystkie tomy "Głównych nurtów marksizmu". Nie mogą tam zostać, są w nich przecież opisane marzenia o idealnym ustroju. Także jego marzenia. I nie szkodzi, że ich prymitywizm zmarnował mu część życia. Nawet wobec wrogów trzeba być lojalnym.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny